Wpisy użytkownika
Bezdomny
| |
|
15 grudnia 2010
20 I 2009 (wtorek)
W tych dniach pełnych obaw o przyszłość zajmowałem się sprawami odległymi... np korespondowałem z Tadziem na temat fizyki, jak zwykle sporo grałem w szachy i brydża. Zamierzam zamieścić tu fragment mojej korespondencji z Tadziem, aby przekazać obraz tego co mnie zajmowało przez ostatnich parę miesięcy. Oto dwa przykładowe maile do Tadzia ode mnie jaki wysłałem mu w ostatnim czasie:
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Nieco filozoficznie
Hej Tadeusz
Kolejny rok. Święta spędziłem spokojnie, nawet nie upiłem się porządnie. Gdzieś pod skórą tkwiły wspomnienia i pamięć o osobach, z którymi wprawdzie nie byłem szczególnie blisko ale, które odegrały rolę w moim życiu. Siedzę w tej chwili w Zabielu i myślę o naszych rozmowach przez Internet, do czego wspólnie doszliśmy i co z tego wynika. Piszę ten tekst na laptopie ,a w niedzielę zamierzam przesłać go mailem pod twój adres na Tlenie.
W ostatnich swoich mailach usiłowałem nakreślić coś jakby program działania dla siebie i ewentualnie (gdybyś chciał się dołączyć) dla Ciebie zajmowania się fizyką. Wydaje mi się bowiem ,że wobec rozległości tematu i niejakiej chaotyczności i przypadkowości naszych rozważań i dyskusji przydałby się jakiś kierunek, jakiś leitmotiv w naszym wspólnym myśleniu o fizyce, czy o nauce w ogóle. Oczywiście nie wykluczam licznych dygresji, luźnych obserwacji ,pomysłów, spostrzeżeń i odstępstw od głównego toku myśli w miarę jak docierają do nas informacje , które wydają się być ciekawe bądź inspirujące. W moim przekonaniu jednak, w obecnych czasach istnieje większe niebezpieczeństwo ,że człowiek może się zagubić w skądinąd nawet ważnych czy inspirujących wiadomościach niż, że przeoczy czy nie dostrzeże jakiegoś ważnego szczegółu. Inaczej mówiąc wolę narazić się na miano ignoranta niż błąkać się bez drogowskazu po bezdrożach licznych odkryć, idei pomysłów, teorii i koncepcji. Tradycyjny probierz przydatności jakiegoś pomysłu czy weryfikacji teorii, a więc zgodność z doświadczeniem czy uniwersalność jego zastosowania zaczyna być kwestionowany i lekceważony na rzecz nieograniczonej "twórczości" z udziałem obliczeń numerycznych, które wycinkowo dają jakieś wyjaśnienia bądź przewidywania natomiast nie mają ambicji wypracowania spójnego światopoglądu na temat świata fizycznego.
Zadanie ,które postawiłem przed sobą (a także być może przed Tobą) jest z pewnością zbyt ambitne i prawdopodobnie dla nas nieosiągalne, ale jako pewien program rozwoju osobistego i jako doping dla dalszego zajmowania się fizyką, a także jako pewien kompas we świecie idei i koncepcji fizykalnych może być przydatne i może mięć pewne znaczenie tym bardziej ,że starałem się je możliwe jak najbardziej ukonkretnić i sprecyzować. Przypominam ,ze chodziło mi o próbę sformułowania zasady fizycznej równie fundamentalnej i uniwersalnej jak zasada względności lub zasada nieoznaczoności. Ambicją moją było "pogodzenie" lub uogólnienie obu tych zasad będących podstawami dla fizyki współczesnej. Wydaje się, na obecnym etapie mojego doświadczenia, że zasada ta powinna dotyczyć pojęcia informacji lub przyczynowości ( z czym i Ty się chyba zgadzasz).Nie chodzi mi wcale o proste kopiowanie innych zasad np. zasady zachowania energii w odniesieniu do informacji , lecz raczej o wydobycie takich aspektów z pojęć "informacja" i "przyczynowość" o, których jeszcze być może nikt nie pomyślał. Wymagałoby to poszukiwań w literaturze i Internecie różnych koncepcji tych pojęć wśród przyrodników (i być może filozofów), ale przede wszystkim własnych oryginalnych przemyśleń, przykładów i prób ich zastosowania do jakichś układów fizycznych (również z zastosowaniem jakiejś matematyki dla wypracowania ilościowych przewidywań).
Na marginesie chciałem zauważyć ,że pojęcie "informacji" jest w naturalny sposób związane nie tyle z energią i jej zasadą zachowania , co z drugą zasadą termodynamiki i pojęciem wzrostu entropii przez wspólny dla nich mianownik, czyli "prawdopodobieństwo zaistnienia określonego stanu fizycznego". Mam nawet wrażenie, że zasadę wzrostu entropii można by równoważnie sformułować jako zasadę zmniejszania się informacji zawartej w jakimś układzie fizycznym. Od razu jednak muszę zaznaczyć ,ze wcale nie o to mi chodzi. Chodzi mi ,aby przez wnikliwe studiowanie (przy pomocy dostępnych środków) pewnych aspektów pojęcia informacji ( nie wykluczając jej przedefiniowania) tak ją uogólnić, aby było przy jej pomocy możliwe sformułowanie zasady z, której wynikałaby zarówno zasada nieoznaczoności, jak i zasada względności ( to na razie bardzo niejasny pomysł i raczej "program" czy postulat ,a nie gotowy projekt). Nie wykluczam , że dla takiej syntezy konieczne być może posłużenie się innymi pojęciami np. "przyczynowością".
Od razu muszę zaznaczyć, że ostatnie wydarzenia w moim życiu odciągnęły mnie (nie wiem na jak długo, być może na zawsze) od tego mojego projektu. Nie wiem czy będę dysponował w najbliższym czasie dostatecznym dostępem do Internetu, aby dostatecznie pogłębić moje rozumienie tych zagadnień. Doskwiera mi również brak odpowiedniej literatury oraz możliwości przedyskutowania w szerszym gronie pojęć "informacja" ,czy "przyczynowość" (po za Tobą nie znam nikogo, kto choćby trochę interesował się nimi na odpowiednim stopniu ogólności).
Obecnie sporo czasu przebywam na wsi w towarzystwie mojego "przyszywanego" teścia., który jest oryginałem i nie wierzy w teorię Kopernika (podejrzewam ,że nie dopuszcza nawet możliwości ,ze Ziemia jest kulista).Marzena zamierza w najbliższym czasie przeprowadzić remont domu w Zabielu (dach, centralne ogrzewanie, łazienka, kanalizacja i ocieplenie oraz być może zrobienie dwóch dodatkowych pokoików na poddaszu), tak abyśmy mogli wraz z najmłodszym synem za parę lat przeprowadzić się tutaj oddając mieszkanie w Radzyniu ,któremuś ze starszych synów. Ja specjalnie nie protestuję przeciwko tym planom uznając je za racjonalne. Stawiam jedynie warunek, że należy postarać się o zainstalowanie jakiegoś Internetu i ewentualnie jakiegoś mechanicznego środka lokomocji np. skutera, aby być bliżej miasta.
________________________________________________________
Szachy
Hej Tadeusz
Poczułem się poniekąd zniewolony do napisania Ci odpowiedzi na Twoją "odpowiedź" głównie dlatego, że nie mam nic lepszego do roboty. Moje konkretne pomysły dotyczące pojęcia "informacji", które mogłyby być przydatne do sformułowania "super-zasady" są jeszcze w powijakach i muszę nad nimi jeszcze popracować i to i owo gruntownie przemyśleć. Moje myśli ukierunkowują się na jak najbardziej ogólne, ale matematyczne opisywanie sytuacji, którą roboczo nazywam "Grą".
Spróbuję na przykładzie szachów pokazać Ci o co mi mniej więcej chodzi. Człowiek (ale także komputer) grający w szachy staje co chwila (jeśli wypada na niego kolejne posunięcie) przed koniecznością wyboru określonego ruchu zgodnego z regułami gry. Człowiek podobnie jak maszyna może np. w sposób losowy ze zbioru wszystkich możliwych posunięć wybrać jedno (napisałem nawet kiedyś taki program komputerowy w Delphi). Oczywiście taka "gra" jest grą idioty i nawet nie zasługuje na to miano gdyż taki "gracz" zawsze przegra z przeciwnikiem, który choć trochę zachowuje się "racjonalnie" i odrzuca z jakichś powodów "złe" posunięcia.
Łatwo sobie wyobrazić również Gracza (komputer ,albo Pana Boga), który zawsze gra idealnie, tzn w danej sytuacji wybiera ze zbioru posunięć ruch najlepszy (lub ściśle mówiąc jeden spośród ruchów najlepszych) .Posunięcia , które stoją przed graczem można bowiem podzielić na dwie zasadnicze grupy: jedna to "ruchy najlepsze", które nie zmieniają oceny sytuacji np. gdy pozycja jest oceniana (przez superkomputer lub Pana Boga czyli "super-gracza") jako remisowa lub wygrana dla białych, to po wykonaniu jednego z tych posunięć ocena sytuacji się nie zmieni. Druga grupa posunięć to posunięcia "błędne" po wykonaniu takiego posunięcia ocena pozycji zmienia się z wygranej na remisową, z remisowej na przegraną lub nawet z wygranej na przegraną.
Jest oczywiście jeszcze trzecia grupa posunięć czyli "posunięcia bez znaczenia" gdy twoja sytuacja jest przegrana , a przeciwnikiem jest "super-gracz". Zwróć uwagę ,że taki podział na "ruchy najlepsze" i "ruchy błędne" jest bardzo ogólny i można go odnieść (jeśli ktoś np. nie lubi szachów) do każdej gry strategicznej , w której posunięcia wykonuje się na przemian np. do warcabów, czy do gry "w kółko i krzyżyk" ,czy do gry zwanej "ewolucją" , gdzie graczem są geny, a każde posunięcie to osobnik ukształtowany w oparciu o instrukcje zawarte w genach..
Niezwykle istotne jest to ,ze wśród "reguł gry" znajdują się takie, ze jedna ze stron grających uznaje daną sytuację za pożądaną i określa ja mianem wygranej ( np mat w szachach lub ustawienie trzech krzyżyków w rzędzie w grze w kółko i krzyżyk ,czy też możliwość dalszej replikacji w grze zwanej "ewolucją") Niezmiernie ważną jest również "ocena pozycji', która ze zbioru wszystkich możliwych ruchów pozwala wybrać te ,choćby subiektywnie najlepsze ruchy. Wynik gry zależy właśnie najbardziej od obiektywności "oceny pozycji", Według mojej terminologii obiektywnie oceniać pozycję potrafi jedynie postulowany przeze mnie "super-gracz".
.Oczywiście w tych najbardziej ogólnych rozważaniach należy brać pod uwagę zjawisko "losowości'", gdzie wybór optymalnego posunięcia może zależeć od losowego rozkładu elementów pozycji , tak dzieje się np. w Brydżu lub w "ewolucji" gdzie zakładamy, że "super-gracz" nie ma całkowitej wiedzy o wszystkich elementach "pozycji' , jednak również w tym przypadku jest możliwe w zasadzie odróżnienie ruchów "racjonalnych" czyli' "najlepszych", od ruchów "błędnych".
W świetle powyższej analizy chcę przejść do Fizyki, czy ogólniej Nauki, która. jawi mi się jako gra Człowieka z Naturą , w której zasady, cele gry nie są do końca określone ( tu jakby analogia do szachów zawodzi).Poszczególni ludzie w swym indywidualnym istnieniu prowadzą szereg "gier" o różnych regułach i celach jak np. gry ekonomiczne, gry polityczne. gra w, której wszyscy musimy brać udział , czyli gra w biologiczną ewolucję itd. Możemy sobie z resztą wymyślić praktycznie nieskończoną ilość gier o różnych zasadach i celach, które możemy prowadzić na poziomie indywidualnym. Najbardziej typowe to hedonizm , czy wygoda życiowa , których celem jest uzyskanie możliwego maksimum zadowolenia przy minimum cierpienia i kosztów psychicznych, ale możliwe są tez inne cele np. zapisanie się w historii, albo wyprodukowanie "dzieł nieśmiertelnych" np. w dziedzinie sztuki lub nauki, można tez wymienić jako jedno z najbardziej typowych "zbawienie duszy" czy inne cele religijne.
Wróćmy jednak do Nauki jako jednej z podstawowych "gier" jaką prowadzi człowiek zarówno w aspekcie indywidualnym jak i gatunkowym. Muszę od razu zauważyć , że moja metafora szachów tu nieco się chwieje, gdyż nie znane nam są zarówno '"zasady tej gry' jak i "cele tej gry". Jedną z odpowiedzi na ten problem na jaką zdobyła sie współczesna nauka jest pojęcie ewolucji. Byłaby to podstawowa "gra", przegrana w której zakończyłaby wszystkie inne "gry" i cele jakie stawia sobie Człowiek.
Istotnie przegrana dinozaurów oznaczała równocześnie zakończenie wszystkich "gier" jednostkowych , wszystkich pojedynczych losów osobniczych i stanowiła koniec dla każdego osobnika z rodzaju dinozaurów. Oczywiście nie stanowiło to końca "gry w ewolucję" .Geny (w tym niektóre z genów dinozaurów) przetrwały i powielały sie nadal zgodnie z zasadami tej gry i zgodnie z celem, którym jest "egoistyczne samo-powielenie" tak obrazowo opisane np. przez Dawkinsa.
Istnieje jednak zasadnicza różnica między dinozaurami a Człowiekiem. Człowiek w pewnym momencie uświadomił sobie istnienie ewolucji. poznał wiele z zasad i reguł tej gry oraz jej cel czyli "wygraną" w postaci przetrwania i powielania się w jak największej ilości i w jak najdłuższym okresie czasu genów. Nie wiadomo wcale ,czy ta świadomość jet atutem i daje jakąkolwiek przewagę w grze, może być bowiem tak, że posunięcia człowieka "są bez znaczenia" , gdyż z punktu widzenia "Super-gracza" być może Człowiek jako gatunek i tak znalazł się w pozycji przegranej. Tym nie mniej wydaje się, ze jest istotną różnicą możliwość (choćby potencjalna) odrzucania ruchów "błędnych" wiodących ku niechybnej zagładzie, a wykonywanie jedynie "ruchów najlepszych" przynajmniej w miarę coraz lepszego i dokładniejszego poznawania "reguł gry".
Inaczej mówiąc dinozaury były jedynie bezwolnymi pionkami przesuwanymi na szachownicy ewolucji, natomiast Człowiek gra jakby w "żywe szachy" pełniąc jednocześnie rolę bierek na szachownicy, ale mając również wpływ (poprzez swoich przedstawicieli) na przebieg samej gry i kolejne posunięcia...
Po tych dość ogólnych uwagach zamierzam przejść do zaprezentowania Ci mojego konkretnego "pomysłu' ,którego celem jest pogodzenie zasad Mechaniki Kwantowej i Teorii Względności .Będę rozważał sytuację o wiele prostszą niż ta, która występuje w realnej nauce, ale będę się starał prowadzić rozważania na tak dużym stopniu ogólności, aby wnioski jakie wyciągnę mogły odnosić się również do nauki
.Na początek chcę przedstawić Ci pewien ogromnie uproszczony model sytuacji jaka panuje w Fizyce.Za przykład posłużą mi szachy (ale może to być dowolnie inna gra strategiczna np. warcaby, lub GO).Otóż z jednej strony moglibyśmy to co dzieje się na szachownicy, zakładając istnienie pewnych reguł dotyczących ruchów bierek, jako zapis pewnej historii , która się odbyła (lub musi się odbyć). Ten zapis byłby pewną funkcją współrzędnych przestrzennych poszczególnych bierek czyli (dla szachów) par liczb mieszczących się w zbiorze liczb naturalnych od 1 do 8 oraz czasu, dla szachów byłby to numer kolejnego posunięcia..
Sytuacja byłaby więc analogiczna do sposobu opisu historii cząstek w Teorii Względności .Podstawowym narzędziem matematycznego opisu byłaby funkcja przestrzeni i czasu a cała "historia" byłaby ściśle zdeterminowana, tak jak zapis partii , która się odbyła lub która jest dla nas instrukcją jak przesuwać kolejno bierki na szachownicy.
Z drugiej strony sytuację na szachownicy moglibyśmy opisywać, tak jak czyni to Mechanika Kwantowa. Podstawowym narzędziem opisu byłaby już nie funkcja, ale operator działający. na funkcję falową zależną od współrzędnych przestrzeni i czasu. Położenie bierek nie byłoby już ściśle określone, a np czarny skoczek mógłby w trzecim ruchu znajdować się na polu F6 z prawdopodobieństwem 0.75 lub na polu G8 z prawdopodobieństwem 0.25.Istniałyby oczywiście nadal reguły gry, a wśród nich np. dodatkowa reguła (coś w rodzaju zakazu Pauliego),że w danym ruchu ,na danym polu nie może znajdować się więcej niż jedna figura.
.Nie istniałaby już jedna ściśle zdeterminowana "historia" czyli zapis przebiegu parti,ale istniałby szereg (bardzo dużo) zapisów alternatywnych partii możliwych do rozegrania, z których (jakby w czasie rzeczywistym ) realizowałby się jeden konkretny ruch.
W tym miejscu należy zauważyć ,że zarówno w sytuacji pierwszej jak i drugiej nie ma miejsca na pojęcie prawdziwej Gry. W pierwszym przypadku jest to właściwie ściśle zdeterminowana sekwencja posunięć, w drugim ruchy realizują się (materializują, lub aktualizują) zgodnie z regułami prawdopodobieństwa, a więc (jakby wbrew Einsteinowi) Bóg jednak "gra w kości".
Mój pomysł polega na tym, ażeby wbrew tym dwóm wykluczającym się nawzajem opisom partii szachowej, uznać sytuację prawdziwej Gry za realną. Od strony matematycznej oznaczałoby to poszukiwania matematycznego bytu, który o ile wiem jeszcze nie istnieje i należałoby go wymyślić..
Roboczo taki byt nazwałbym Operandem, który nie byłby ani funkcją ani operatorem , ale czymś pośrednim pomiędzy nimi. Operand taki miałby tę własność, że w jednej granicy, jakiegoś parametru (ale nie mogłaby to być ani prędkość światła ani stała Planca) przechodziłby w zwykłą funkcję, w innej przechodziłby w zwykły operator.
Gdyby udało mi się w matematyczny sposób opisać sytuację gry w szachy,. przy pomocy takiego Operandu, to miałbym nadzieję na uogólnienie tego pojęcia i próbę budowy opisu fizycznego w oparciu o takie operandy. Ogólna zasada, której poszukuję miałaby matematyczny wyraz przez odwołanie się do tego nowego pojęcia podobnie jak wyrazem Zasady Względności są funkcje zachowujące się w określony sposób przy transformacjach przestrzeni i czasu, a wyrazem matematycznym Zasady Nieoznaczoności są niekomutujące ze sobą operatory pewnych wielkości fizycznych.
Przyszło mi do głowy ,ze pojęcie "Gry' jest dużo bogatsze od tego zaprezentowanego na początku maila. Sytuacja , że naprzeciwko siebie siadają dwaj "przeciwnicy' ktorzy mają sprzeczne nawzajem cele "pokonać rywala", nie jest jedyną możliwą .Możemy np. umówić się , że naszym wspólnym celem jest powiedzmy rozegranie możliwie najdłuższej zgodnej z regułami gry partii, albo doprowadzenie do pewnej z góry upatrzonej pozycji w jak najmniejszej liczbie ruchów. W szachach istnieje właściwe nieograniczona ilość takich celów jakie możemy stawiać przed sobą i jest to chyba najbardziej charakterystyczna cecha każdej sytuacji jaką możemy określić mianem "Gry".
Odbiegłem na chwilę od tematu jakim jest dla mnie niewątpliwie określenie jakie warunki powinien spełniać "operand" i co jest potrzebne dla jego zdefiniowania oraz stworzenia reguł matematycznych potrzebnych do efektywnego posługiwania się tym pojęciem. Na obecnym etapie moich rozważań postuluję aby operand zależał od dwóch niezależnych argumentów, z jednej strony od współrzędnych przestrzennych i czasowych (tak ,aby w granicy stać się funkcją) z drugiej strony od funkcji falowej tak, aby w granicy (na przeciwnym biegunie) przechodzić w operator działający na tej funkcji falowej.
Koniecznym jest zdefiniowanie parametru od, którego wartości zależałoby. czy dany operand opisuje sytuację zdeterminowaną ( a więc rodem z teorii Względności) czy sytuację "rzutu kostką" (sytuacje opisywaną przez Mechanikę Kwantową) czy tez sytuację pośrednią, a więc sytuację "Gry".
Kandydatem na taki parametr byłaby "złożoność układu" co sugerowałeś zastanawiając się nad problemem świadomości. Problem polega na tym ,że złożoność układu niezwykle trudno ująć matematycznie, wiemy np. że niezwykle złożone układy ( z punktu widzenia wszystkich parametrów szczegółowych je opisujących) jak np. ciecze, czy gazy zachowują się najczęściej makroskopowo w sposób deterministyczny i nie bardzo wiadomo co przyjąć za kryterium "prawdziwej złożoności".
.Lepszym kandydatem (matematycznie dobrze zdefiniowanym) wydaje się być Informacja .W przypadkach ściśle zdeterminowanych (jak Teoria Względności) Informacja przyjmuje wartość nieskończoność albo 0 ( dany stan zajdzie na pewno, albo nie zajdzie w ogóle) w sytuacji Mechaniki Kwantowej Informacja przybiera skończoną wartość (ściśle określoną będącą logarytmem przy podstawie dwóch z odwrotności prawdopodobieństwa zaistnienia danego stanu kwantowego)..
Problemem staje się określenie ilości Informacji dla sytuacji "Gry".. Intuicyjnie rzecz biorąc sytuacja "Gry" powinna być jak najbardziej związana z pojęciem informacji .Zmuszeni jesteśmy przyjąć , że w tej sytuacji (Gry), albo ilość informacji jest nieokreślona (co jest bardzo kłopotliwe matematycznie) albo , że jest ujemna.
Pozostawiam sobie na najbliższy czas rozważenie co oznaczałaby taka "ujemna informacja" (ze standardowego matematycznie punktu widzenia jest to niemożliwe, gdyż logarytm przy podstawie 2 nigdy nie może być ujemny).Możliwe, że takie uogólnienie pojęcia informacji okaże się bardzo owocne.
Zmęczyłem się nieco, jeśli miałbym kroczyć drogą powyższego rozumowania czekałoby mnie jeszcze ogromnie dużo pracy np. wymyślenie całego nowego formalizmu dla "Operandów" i ewentualne wprowadzenie ich na drodze aksjomatycznej, opracowanie zasad przechodzenia od Teorii Względności do Mechaniki Kwantowej poprzez sytuację "Gry" oraz wreszcie sformułowanie zasady fizycznej , która zawierałaby w sobie zarówno Zasadę Względności jak i Zasadę Nieoznaczoności w oparciu o matematykę Operandów, której jeszcze na razie nie ma..
Na razie zamierzam trochę odpocząć od tych spraw, trochę pograć w brydża , trochę w szachy, może coś poczytać , a idee które próbowałem ci opisać na pewno będą jeszcze do mnie wielokrotnie wracały i nie dadzą mi spokoju.
Darek
---------------------------------------------------------------------------
Takie były w owym czasie me myśli i to przezywałem, oprócz szeregu innych myśli i zdarzeń ....
2010 V 14 (piątek)
Jest to dalszy ciąg „Mojego dziennika niecodziennego”. Pisałem go na swoim laptopie i w innych miejscach. Postradałem rok (2009) tych zapisków wskutek własnej głupoty i innych pewnych okoliczności , które oddziałały na mnie zbyt mocno. Mam jeszcze pewne minimalne szanse odzyskania tych danych.. Mimo wszystko kontynuuję. Nie wiem po co ?
Zaszło wiele wydarzeń we świecie, w Polsce, które na mnie również pewien wpływ wywarły. Mam sporo refleksji, przemyśleń, hipotez, interpretacji z którymi trudno mi się podzielić z otoczeniem z tego względu, że każdy dialog , każda dyskusja jest permanentnie i stale zakłócana przez różnorakie czynniki. Nie sposób po prostu żadnej myśli, żadnego poglądu, żadnego wywodu doprowadzić nawet do tego momentu w którym może mieć on jakiś sens. W praktyce jeżeli tylko zaczynasz coś mówić, budować jakiś wywód, czegoś dowodzić to zawsze zostanie ci on przerwany pod pozorem , że twój rozmówca zna ciąg dalszy , przeważnie twoja myśl zostaje tak zniekształcona i skarykaturyzowana i spłycona , że twój partner w rozmowie (czasami przeciwnik) z tryumfem rozprawia się z nią, albo po prostu manifestuje on „swoje” stanowisko jako ważniejsze, zupełnie nie dbając o argumentacje albo nie zauważając , że to co wygłasza jest banałem, truizmem albo nic nie znaczącym ogólnikiem. Zupełnie zanikła w rozmowach sztuka wysłuchania swego partnera, próba zrozumienia jego stanowiska, a dopiero potem ustosunkowania się do tego. Argumentacji na rzecz takiej albo przeciwnej tezy. Jasne, że ktoś kto próbuje w taki staroświecki sposób prowadzić rozmowę , a zwłaszcza spór, stoi na z góry straconej pozycji zostanie bowiem zagadany albo wytrącony z wątku albo zbyty kretyńskim dowcipem lub pseudo-żartem i przeważnie musi zamilknąć i poddać się w bezsilnym przeświadczaniu, że głupota jednak jest niezwyciężona i jedyne co nam pozostaje (jeśli sami nie chcemy prowadzić rozmowy na takim poziomie) to dać za wygraną i po prostu zakończyć cała sprawę odwracając się na pięcie i zająć się czymś innym. Jasne , że odpowiedzialna za taki stan rzeczy jest telewizja która żywi się głupotą, pustotą, jałowością, banałem, truizmem, małostką itd. Telewizja dostarcza wzorów i modeli zachowania dla olbrzymich mas ludzkich nie tylko podsuwając pewne tematy do rozmów lub (i co jest równie ważne) przeciwnie unikając jak ognia innych, ale także propaguje i rozpowszechnia pewne formy zachowania się w dyskusji lub rozmowie, które zgodnie z naturą telewizji muszą być płaskie, powierzchowne, płytkie, trywialne i jak najgłupsze oraz jak najbardziej pretensjonalne. Jasne jest ,że ja również musiałem nieraz mniej lub bardziej świadomie stosować takie metody lub dostosowywać się do takich form.
Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie dodać, że przeważnie (choćby post factum) zdawałem sobie z tego sprawę i nawet potrafię się tego wstydzić.
2010-05-19 (środa)
W tych czasach niepewnych jak zawsze wydalam z siebie toksyny …
Nerki duszy mojej są przeciążone.
Ty losie mój i przypadku.
Ty Historio, która zapisujesz się na twardym dysku Pana Boga...
Jesteś czasem bardziej nieprzewidywalna i szalona niż partia szachów rozgrywana przez Super-wariata..
Bóg czy Szatan rozgrywa tą partię ?
Jeśli to Gra Boga z Szatanem i jeśli wynik nie jest z góry znany to Bóg nie jest wszechmocny.
Wynik musi być otwarty..
I skąd się wzięła ta siatka pojęć Bóg-Szatan?
Może Gra toczy się i przebiega zupełnie inaczej ?
Któż to wie ?
Nie mogę jednak obyć się bez pojęć, bez znaczeń..
Moje Ja domaga się nazywania.
Domaga się porządkowania,.
Domaga się sensu tam gdzie sens być może nie istnieje.
Pogodzić się z brakiem sensu ?
„Jeśli Boga nawet nie ma to dobrze się stało, że Człowiek go wymyślił”
Jeśli Sensu nawet nie ma to chyba dobrze się dzieje, że Człowiek
takie Sensy nadaje wszystkiemu.
Pojęcia Bóg, Ludzkość, Naród, Nauka, Rodzina nadają sensy pewnym działaniom.
Generują pewne Gry, w których ja również uczestniczę i od których uchylić się nie mogę..
Ale nie umiem odpowiedzieć na pytanie:
Która z pośród gier jest najważniejsza ?
Odpowiedź byłaby zupełnie apodyktyczna i nieszczera.
Tedy grywam w Szachy, grywam w Brydża, grywam w Ateistę, grywam w Polaka, grywam w Ojca i Męża , niektóre Gry omijając i unikając ich, o ile nie zostanę przymuszony Sytuacją do wzięcia w tym udziału.
Nie gram w Kobieciarza, nie gram w Biznesmena, nie gram w Artystę.
Omijam, siłą rzeczy, setki gier i sensów na tyle na ile mogę ich uniknąć.
Co ? Że jest jeden sens najważniejszy, że jest coś co nie jest Grą, że jest coś więcej, że marnuję czas nie poświęcając się Jednemu ?
Odpowiem Ci tak:
Jeśli jesteś przekonany ,że gotów jesteś oddać własne życie na rzecz tego Jednego, to zważ także ,że jesteś gotów odebrać komuś życie za to , że jest zwolennikiem Innego.
Nie jest również wykluczone, że Ja także mogę stanąć u Twego boku w Godzinie Próby (albo przeciwnie po drugiej stronie) i narazić swoją egzystencję na szwank.
Ja jednak zawsze uczynię to z najwyższą niechęcią ,świadom tego, że w dużym stopniu o wszystkim decyduje często przypadek , ślepy los, a sens ofiary z własnego życia jest zawsze przeinaczana, przekręcana i zniekształcana przez Historię.
Odpowiesz może : To relatywizm, nihilizm, amoralność.
A ja Ci być może odpowiem to fanatyzm, okrucieństwo ,despotyzm brak tolerancji albo może hipokryzja..
Moja etyka polega jedynie na tym ,że zgodnie ze swoim wewnętrznym głosem i charakterem wolę być posądzanym o relatywizm lub nawet nihilizm niż uchodzić za fanatyka i despotę.
Nie chcę również być nieszczerym i okłamywać sam siebie. To dla mnie jedyna Etyka na jaką mnie stać.
.
Ale nade wszystko racz wziąć pod uwagę morał, który zawiera się w pewnej historyjce, która wydarzyła się w pewnym małym miasteczku, gdzieś pośród setek innych małych miasteczek w naszym kraju. Sens tej opowiastki najlepiej i najdokładniej opisuje moje stanowisko i mój pogląd na sprawy ostateczne, na metafizykę i filozofię życia w ogóle. Oto ona::
Pewna Zosia, już nie-młoda
co robiła wszystkim loda
poszła sobie do apteki
by wykupić jakieś leki.
Trzy kondomy potrzebuje.
Pyta, ile to kosztuje ?
Pan magister
chłop niewielki
już zaczyna ściągać szelki
i o loda Zosię prosi.
gratis da kondomy Zosi.
4 VIII 2010 (środa)
Wyobraźmy sobie następującą sytuację: Dwóch szachistów rozgrywa partię szachów w kawiarni. Partię tę obserwuje dwóch kibiców. Jeden jest szachistą i sporo rozumie z tego co dzieje się na szachownicy, a drugi nawet nie zna reguł gry.. Jeden z szachistów, nieświadomy niczego po prostu gra w szachy i stara się wygrać, drugi choć jest znacznie lepszym szachistą ma zupełnie inny cel, on umówił się z pewnym złodziejaszkiem , że przytrzyma tego pierwszego jak najdłużej w kawiarni, aby obrabować w tym czasie jego willę.. Każdy z uczestników tej sytuacji gra jakby w zupełnie inną grę.. Kibic nie szachista po prostu obserwuje graczy, ich mimikę i zachowanie, próbuje wyciągać wnioski co do charakteru graczy na podstawie tego co widzi , analizuje (choćby podświadomie) ich wygląd, postawę sposób gry itd. Sytuacja na szachownicy jest dla niego zupełnie bez znaczenia i jest to dla niego przypadkowe i z jego punktu widzenia bezsensowne przesuwanie drewnianych figurek po czarno-białych polach szachownicy. Drugi kibic jest istotnie zaciekawiony rozgrywaną partią, analizuje warianty, ocenia poszczególne posunięcia wyciąga wnioski co do klasy i poziomu gry poszczególnych graczy. Być może sam zechce zagrać z którymś z graczy. Gracz A nazwijmy go nieświadomym jest istotnie zaangażowany w grę, ale jeśli uzna ,że przeciwnik jest dla niego za silny lub rozgrywane partie staną się dla niego z jakichś względów nieciekawe w każdej chwili gotów jest przerwać grę i udać się do domu, a wtedy istnieje spore ryzyko , że natknie się na złodziejaszka „obrabiającego” jego mieszkanie .Gracz B nazwijmy go fałszywiec wcale nie dba o wynik partii i mimo , że jest lepszym szachistą jego jedyną troską jest przytrzymanie gracza A w kawiarni i sytuacja na szachownicy ma dla niego jedynie pośrednie znaczenie, tzn. stara się nie zdradzić swoimi posunięciami, że jest istotnie lepszy od gracza A, aby go nie zniechęcić do dalszej gry, ale musi unikać również całkowicie słabej i nudnej gry z tego samego powodu..
Do czego zmierzam i co właściwie ma ilustrować opisana przeze mnie sytuacja ? Rzecz w tym , że zadałem sobie pytanie czym jest Sens, jakie są najbardziej ogólne wyznaczniki i cechy tego co nazywamy Sensem ? Czym jest działanie (czy postępowanie) sensowne a czym jego przeciwieństwo czyli zachowanie bezsensowne ? Jak bezsens ma się do przypadkowości, a jak do całkowitego zdeterminowania przyczynowo-skutkowego określonej sytuacji ?
Otóż wydaje mi się, że warunkiem koniecznym działania sensownego (celowego ?) jest występowanie sytuacji, którą ogólnie nazywam Grą, a której przeciwieństwem są sytuacje (układy ?) albo całkowicie zdeterminowane, albo przeciwnie rozwijające się w sposób całkowicie przypadkowy ( losowy ?). Jak widać z wyżej opisanej historyjki może się zdarzyć, że wiele osób (podmiotów ?) biorących udział w określonej sekwencji zdarzeń może obiektywnie tej samej sytuacji nadawać zupełnie swoiste (subiektywne ?) Sensy (znaczenia, cele ?). Bardzo chciałbym ująć rzecz matematycznie (w miarę możliwości nawet ilościowo).Chodzi mi o to, aby z pojęć Gra, Sens, Przypadkowość, Absolutne Zdeterminowanie usunąć wszelkie cechy zakłócające (przypadkowe), a pozostawić jedynie
te , które w wystarczający sposób charakteryzują te pojęcia. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że zapewne w czystej postaci w realnych sytuacjach te pojęcia mają charakter względny i są wymieszane, ale mam wrażenie, że podanie ścisłych ich definicji mogłoby sporo wnieść dla zrozumienia kondycji człowieka (podmiotu) w otaczającym go świecie (przyrodzie).
Sprawa jest jednak niezmiernie trudna i zapewne próbowano to uczynić przede mną w Nauce, a zwłaszcza w Filozofii, mnie chodzi jednak o podjęcie próby podania ścisłych matematycznych definicji tych pojęć, a nawet w miarę możliwości zaksjomatyzowanie związków miedzy nimi występujących.
A jak zakończyła się historyjka w szachowej kawiarni ? Zakończeń może być mnóstwo. We wszystko może wmieszać się przypadek np. meteoryt uderzający w lokal i pozostawiający po nim jedynie olbrzymi krater albo świadome działanie osób trzecich, powiedzmy gangsterów powiązanych z mafią, mających porachunki z właścicielem kawiarenki podkładających bomby zapalające pod lokal i wywołujących groźny pożar..
Oczywiście wszystko jest względne. Z punktu widzenia jakiegoś astronoma dysponującego odpowiednimi danymi sytuacja może wyglądać na całkowicie zdeterminowaną, można sobie wyobrazić , ze on dokładnie wie co musi się wydarzyć i np. może nie mieć dostatecznej ilości czasu , by się wmieszać w to co nieuniknione. Podobnie z punktu widzenia gangsterów podkładających bomby sytuacja nie jest przypadkowa, a raczej ściśle zdeterminowana oni wiedzą co musi nastąpić w danym czasie… Widzimy więc, że największym stopniu poszczególne Gry, ich cele i sensy zleżą od tego co jest obiektywne , czyli o wiedzy (inaczej mówiąc dostatecznej ilości informacji) o całej sytuacji. Jasne jest również, że prawie nigdy nie dysponujemy dostateczną wiedzą o całości i zmuszeni jesteśmy do prowadzenia swoich Gier z pozycji bardzo subiektywnych. Jest to bardzo charakterystyczna cecha sytuacji, którą określam mianem Gry. Ujęcie tej subiektywności, a więc ocena sytuacji w oparciu o aktualną swoją wiedzę i zdefiniowanie w związku z tym sytuacji Gry dla określonego Podmiotu w sposób ścisły, a więc matematyczny wydaje mi się najważniejszym, a zarazem najbardziej trudnym zadaniem jakie przed sobą postawiłem.
9 XII 2010 (czwartek)
Mój dziennik , jakże niecodzienny. Właściwie nie-dziennik. Nie znajduję w sobie motywacji, by kontynuować to przedsięwzięcie z jakąś konsekwencją, z jakimś przekonaniem.
Wżyciu moim wydarzyło się sporo. Nie będę o tym pisał. To wszystko jakoś jest zapisane w historii mojej rodziny , w historii moich dzieci, być może w historii miasteczka Radzyń. Chcę napisać jedynie o tym co mi doskwiera, co mnie boli, co mnie rani, co nie pozwala mi funkcjonować w miarę normalnie i w miarę w miarę szczęśliwie. Nieraz myślę o samobójstwie, nawet wbrew pozornie dla mnie przychylnych wydarzeń.
Małostkowość, drobiazgowość, głupota, chamstwo i elementarna nieuczciwość niektórych ludzi, w tym i Marzeny (co dla mnie jest szczególnie istotne i bolesne) doprowadza mnie do ostrych kryzysów. , które blokują i zakłócają całą moją egzystencję, Po prostu , gdy sobie uświadomię , że istnieją świadomości tak małostkowe, tak chamskie, tak durne, które w dodatku nadają ton i rytm całemu życiu społecznemu środowiska, w którym się obracam i jeśli jeszcze uświadomię sobie , że jestem wobec tego zjawiska całkowicie bezradny i jedynie pozostaje mi dostosować się do tego poziomu to, odechciewa mi się w ogóle żyć , cała energia ulatuje ze mnie jak powietrze z przedziurawionego balonu i wtedy właśnie pojawiają się myśli o samobójstwie, jako ostatecznym rozwiązaniu całego problemu.. Ludzie dość powszechnie rozumieją cierpienie fizyczne, ból, głód, niewygodę itp. Natomiast uzyskanie zrozumienia przez innych dla mentalnych cierpień spowodowanych, niesprawiedliwością, głupotą, zachłannością i chciwością, egoizmem i chamstwem jest praktycznie niemożliwe do osiągnięcia. Jeśli akurat padłeś ofiarą nieuczciwości, niesprawiedliwości, chamstwa, głupoty i krótkowzroczności to inni wmawiają ci , żeś sam sobie winien bo powinieneś być przezorny i liczyć się z tym ,ze każdy chce cię oszukać, wykorzystać, okraść, a nawet zabić.
Nie potrafię żyć ze stałą świadomością zagrożenia, że np. w sklepie nie wydadzą ci reszty, że jeśli ktoś chce od ciebie pożyczki to świadomie nie zamierza ci nigdy oddać lub liczy, ze zapomnisz, że każdy prędzej czy później okaże się świnią i jeszcze każe się po rękach całować lub obmówi cię w swoim środowisku jeżeli zdarzyło ci się zrobić mu bezinteresowną przysługę..
Do tego , że tak właśnie wygląda życie przekonuję mnie nie tylko liczne osoby ( w tym Marzena), ale również niektóre fakty. Logika tych ludzi jest taka:.” Padłeś ofiarą chamstwa lub świństwa to sam sobie jesteś winien boś głupi”. Ciekawe jest zwłaszcza to, że większość ludzi podobnie myślących określa siebie samych, jako katolików i ludzi wierzących w Boga i jest święcie przekonana o swojej moralnej doskonałości, a nawet potrafią demonstrować swoją wyższość moralną wobec innych..
Nie do końca się zgadzam z tym , że tak właśnie wygląda świat, gdyż zdarzyło mi się jednak doznać w życiu również życzliwości, bezinteresowności ciepła oraz zrozumienia od całkiem zdawałoby się obcych ludzi. Natomiast problemem dla mnie jest to, że np.. Marzena (nie umniejszając jej zasług) wmawia mi , że każdy chciałby mnie utopić w łyżce wody , a ja jestem strasznie naiwny. Gdy tymczasem na co dzień ma ona więcej ciepła , uczucia i zrozumienia np. dla psa lub świnek morskich niż dla mnie. Oschłość , brak pozytywnych uczuć, stała walka i rywalizacja z jej strony, obok wszechobecnej głupoty, chamstwa, chciwości i zachłanności innych doprowadzają mnie do myśli samobójczych, Powodują, że nie potrafię zajmować się czymś pożytecznym lub neutralnym, a tracę czas na walkę wewnętrzną.
Wpis pochodzi z bloga użytkownika:
Bezdomny
2011-05-28 22:07:05 Użytkownik: Filibert
|
| |
| |
|
15 grudnia 2010
26 VIII 2008 (wtorek)
Skończyła się olimpiada w Pekinie. Mam pewne projekty i pomysły jak rozwiązać sytuację z bratem Mirkiem w Łukowie. Sprawy z tym związane są nader cienkie. Czytam sobie Ericha Fromma "Mieć czy być". W moim środowisku (prowincjonalnym, powiatowym, radzyńskim) powoływanie się na książkę Żyda (niezależnie od meritum sprawy) wypada zawsze źle i ustawia mnie na z góry przegranej pozycji we wszelkiej dyskusji. Ten fakt bardziej mnie irytuje niż głupota i ignorancja wszelkich potencjalnych dyskutantów. Żaden z nich (obrońca polskich wartości wobec "żydowskiego żywiołu") nie próbuje nawet podjąć merytorycznej dyskusji wobec spraw poruszanych np. w tej książce i sam fakt ,że Fromm jest Żydem jest powodem ,że należy go ignorować ,lekceważyć i pomijać niezależnie od tego jaki odzew "we świecie" wywołała jego książka. Ja nie czuję się z tym dobrze.
Zastanawiam się jaki jest powód ,że książki polskich autorów (np, o orientacji katolickiej) nie są czytane , dyskutowane i cenione w środowisku humanistów, filozofów i szerokiej rzeszy prostych czytelników, dlaczego są tak skostniałe i miałkie , że prawie nikt się z nimi nie liczy. Wytłumaczenie jakie lansują mi zwolennicy teorii o żydowskim albo masońskim albo jakimś innym spisku tak mnie odstręcza i zniechęca ,że czasami nawet nie mam siły protestować. Ciekawe jest to ,że tak zwani "ludzie lewicy" z którymi czasami mam kontakt (np. przy brydżu) w ogóle nie znają Fromma, nie usiłują odświeżać i uwspółcześniać Marksa, a wręcz przeciwnie akceptują i godzą się z liberalną i kapitalistyczną ideologią posiadania i robią wszystko, aby się znaleźć w tak zdefiniowanej rzeczywistości i obronić swe więcej niż wątpliwe racje moralne związane z ich ( i naszego polskiego narodu) przeszłością. Wydaje się ,ze brak mi jest partnerów do dyskusji o sprawach zasadniczych jako ,że jedyni potencjalni dyskutanci przedstawiciele kościoła katolickiego ustawiając się na pozycjach tych, których akceptuje władza państwowa (sami niejako są u władzy) raczej unikają dyskusji (czy dialogu).Mnie w każdym razie nie pojawiają się okazje do rozmowy z przedstawicielami katolików ,mimo że okazji takich nie unikam ,a nawet ich poszukuję.
28 VIII 2008
Właściwie nie wiem po co włączyłem komputer, po co próbuję coś napisać. Nic istotnego. Na polu prowincjonalnych, powiatowych rozgrywek wydarzyło się tyle , że powiatowy, prowincjonalny kacyk , prezes SPOMlEK-u, prezes klubu "Orlęta Spomlek". miniony poseł Szczepan Skomra stracił posadę w wyniku licznych protestów pracowników i byłych pracowników Spomleku. Zawsze byłem przeciwko temu przedstawicielowi post-PRL-owskiej nomenklatury i jego obecna klęska na pewno mnie cieszy. Uważam, że prawdziwa lewica powinna być nawet bardziej radykalna od prawicy w rozliczaniu pro-radzieckiej (czyli pro-rosyjskiej) nomenklatury, która dzięki między innymi polityce Wałęsy i Kwaśniewskiego okopała się bardzo wygodnie w polskiej posolidarnościowej rzeczywistości. To ,że zaczynają dobierać się do dupy działaczom związanym z dawnym PZPRem i późniejszym układem okrągłostołowym czyli cynicznym graczom wywodzącym się z pewnych odłamów PZPR-u bardzo mnie cieszy. To wszystko nie znaczy jednak, że jestem zadowolony z ogólnej sytuacji politycznej w kraju. Klęska politycznej "pseudo-lewicy" reprezentowanej przez SLD oczywiście mnie cieszy, ale jednocześnie brak jest jakichkolwiek ruchów związanych z budową alternatywnej wobec PIS i Platformy partii czy ruchu społecznego, który spróbowałby podjąć walkę, lub chociażby dyskusję z wszechobecną liberalno-kapitalistyczną ideologią posiadania i przewagą "mieć" nad "być" w społeczeństwie polskim. Zdaję sobie sprawę, ze personalizm katolicki uzurpował sobie prawo do idei "bycia" i przeciwstawienia jej wszechobecnej idei "posiadania" , jednak praktyka funkcjonowania kościoła katolickiego w Polsce całkowicie zaprzecza tym ideom i jak wynika z moich (ale nie tylko z moich) obserwacji kościół katolicki w Polsce istnieje głównie w oparciu o "mieć" i stale broni i domaga się aby coraz to więcej "mieć".
Powiem mocniej ,gdyby kościół katolicki przekonał mnie ,że dla całej jego machiny , urzędów, biurokratycznej struktury i tego co można określić materialną osnową jego istnienia ważniejsze jest " być" niż "mieć" to gotów bym się określić jako katolik (którym jestem formalnie z racji chrztu) mimo ,że co do istnienia Boga mam poważne wątpliwości.
27 X 2008 (poniedziałek)
Byłem u Marka Droba na jabłkach Zarobiłem trochę pieniędzy, które wspomogą oczywiście nasz budżet rodzinny i mój osobisty również. W czasie pobytu u Marka Droba w Woli Przybysławskiej było wiele dni deszczowych, bezczynnych w czasie , których czytałem i próbowałem pisać coś "od siebie". Zamieszczę tutaj teksty , które powstały rok temu w zestawieniu z tekstami tegorocznymi, aby można było porównać jak ewoluował mój stosunek do samego siebie przez okres jednego roku.
2007.09.27
Gdy szyba okna ocieka deszczem
historia szachów, jak historia epok
tkwi w obecnej mojej chwili.
A jabłko na zbiór czeka jeszcze.
Człowiek od wieków był podglądany
lecz przez opatrzność, nie przez kamery.
Człowiek od zawsze był podsłuchiwany
lecz nie dyktafonem, do jasnej cholery.
Ja pragnę tylko chwil sam na sam z absolutem i tylko wtedy się nie wstydzę mej ludzkiej cielesności i grzeszności, gdyż wiem, że posiada on gębę analogiczną do mojej, dupę do mojej odpowiednią i inne organy jak najbardziej funkcjonujące i podobne do moich. Może mój mózg z defektem jest przejawem jakiegoś defektu ogólnego. Może Bóg też jest niedoskonały skoro tworzy rzeczy niedoskonałe...
Jabłka rumieńcem wstydu pałają,
natrętna polityka z radia się sączy,
"nieśmiertelne" partie szachów już rozegrane,
chwila z chwilą jak ogniwa łańcucha się łączy,
przypadek i chaos Czasem władają.
Ale nade wszystko odpowiedz mi na pytanie: Czy jesteś zwolennikiem długonogich brunetek, czy raczej wyżej cenisz blondynki z dużym biustem o błękitnych, zmysłowych oczach ?
(2007.09.27 czwartek).
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
natomiast w tym roku w okresach dość długiej bezczynności spowodowanej pogodą i wypełnionej lekturami książek popularnonaukowych oraz różnymi rozmyślaniami powstały takie teksty:
20 IX 2008
Dzień taki jak dziś...
Deszcz, piwo, bezczynność, melancholia..
Pośród dni wypełnionych wysiłkiem fizycznym.
Myśl dryfuje przez ocean informacji.
Świadomość organizuje chaos przestrzeni, czasu i przedmiotów
Kruszyna soli organizuje porządek wokół siebie
na kształt świadomości.
Lecz dusza moja zawiera także zalążek chaosu.
Jestem bałaganem, żyjącym w symbiozie
z pedantyczną organizacją.
Jestem aktywnością, dążeniem, wolą.
Ja, wytwór miliardów lat loterii zwanej życiem,
usiłuję znaleźć swoją prywatną rację istnienia,
która będąc pewnie kłamstwem,
potrzebna mi jest jak powietrze.
Owo złudzenie i kłamstwo, jak idea duszy,
idea solidarności międzyludzkiej, idea miłości,
czy idea samego Boga pośród wielości innych wyobrażeń,
jest taką samą koniecznością dla mej osoby
jak konieczność jedzenia i oddychania..
22 IX 2008 (Eksperyment)
Wykopłszy z grubsza trzy metry marchewki
zapominam wkrótce co gdzie się kędy.
Na wspak do kiedy, tyż dobrze.
Za kroplą humoru bym się na zaś,
toż człek bezkształtny na oścież.
Czym bez kształtu rozdziera, to tym jest los ludzki
do przodu i wstecz, sens jak struktura, co tworzy się
w bezsensie sensów pod oknem.
Dyszcz mocny, czerwień w zieleni tonie
w podskokach w górę i nazad.
Piwo jak chliwo wyciąga do spodu.
Co przez początek końcem się zwie,
Nie patrz przez okno,
tam wilgoć w powietrzu, coraz to mocniej
od nieba po szczaw.
Czym jest pospólstwo wśród krzaków
do przodu, to tyłem
moloch wśród gwiazd.
Bąbelek z pianką niż bardziej co?
To gdy pod spodem coraz to naprzód.
Chich dolny od skarpet po sam wierzch
nad chmury.
Mój "Ja" samotny, utkany ze słów i znaczeń
gubi się niekiedy w kosmosie
wyłaniającym się
z chaosu wrażeń.
-----------------------------------------------------------------------
4 X 2008
Kropka, kreska, kropka...
Alfabet, który znalazł się na śmietniku historii..
Inne alfabety, inne litery, inne słowa.
Alfabet Braila, alfabet migowy,
alfabet DNA , z którego składają się słowa-geny,
alfabet pierwiastków i słowa związków chemicznych,
alfabet cząstek elementarnych osnowa całej materii.
I jeszcze inne...
Człowiek jest zniewolony do wynajdowania coraz to nowych alfabetów, aby wyrazić to co niewyrażalne w starym języku.
Jak wyjść "po za" ?
Jak uchwycić sens tego czego nie da się wyrazić ?
Nawet w matematyce są twierdzenia i prawdy, które wykraczają po za system aksjomatów.
Dlaczego zawsze wydaje się, że to co niewypowiedziane i nie do udowodnienia jest najważniejsze ? Ile jeszcze alfabetów, języków, systemów musi powstać by uchwycić sens ostateczny?
Przy pomocy jakich nut wyśpiewać wreszcie pieśń, która byłaby kompletna, ostateczna?
Zawsze w połowie drogi, nigdy nie zaspokojeni, zawsze głodni i spragnieni, niepewni dokąd zajdziemy. Niepewni nigdy i niczego.
W tym rozdarciu Ja staję, zatrzymuję się i usiłuję stworzyć swój prywatny język, który składa się z liter, których jeszcze nie znam i wymienić ani nawet policzyć nie umiem, a który zawierałby słowa i sensy pozwalające wyrazić i przekazać dalej (nie wiem komu?) moją prawdę, mój ból i moje szczęście.
Czy przekaz czyli komunikat ma sens bez wyobrażania sobie odbiorcy ?
Czy nadawca nie postępuje głupio i nieostrożnie wysyłając informacje
nie wiedząc do kogo one dotrą ?
Ludzkość juz to zrobiła wysyłając sondę kosmiczną zwierającą informacje o sobie do potencjalnej inteligencji pozaziemskiej.
Być może nie jestem więc tak odosobniony w swoim pragnieniu by być jednak przez kogoś zrozumiany, nawet jeśli obiektywnie mogłoby to zaszkodzić nadawcy.
Jaki miałbym wybrać kanał nadawczy, jakie szumy zniekształciłyby treść i czy na zgubę swoją czy na zbawienie miałbym to zrobić?
Czy przedsięwzięcie takie nie jest nazbyt szalone?
Przecież próby takie podejmowałem już (gdy byłem młody) i stałem się kompletnie niezrozumiały dla innych ludzi.
Przekaz pozostał bez odpowiedzi. .Nie wiem nawet czy był adresowany do innych ludzi, czy do Boga
( którego istnienia przecież nie wykluczam),czy do obcej inteligencji, czy do sztucznej inteligencji,
czy do szeroko rozumianej natury.( Jak napisałem, adresata nie znałem i nadal nie znam).
Być może należy się poddać dyscyplinie i najpierw dokładnie określić alfabet znaków i treść tego co chce się przekazać, ale przecież wtedy nie wyjdę po za krąg tego co daje się wyrazić normalną drogą, a to nie jest najważniejsze...
Wiem , poezja, muzyka i w ogóle sztuka usiłuje niekiedy wyrazić to czego w standardowy sposób nie da się wyrazić. Bywa ,że jest to jakoś odbierane i rozumiane przez innych ludzi, ale dla mnie nie jest to aż tak ważne, chciałbym wyrazić się bardziej uniwersalnie (pozaludzko).
Czy to w ogóle możliwe ?
Na razie posługuję się zwykłym alfabetem, niezbyt zgrabną polszczyzną i jestem "normalny",
Czy jednak nie zapragnę kiedyś znowu tego co zawładnęło mną w przeszłości ?
Spróbuję teraz narysować coś , moją niezgrabną kreską, zwykłym długopisem, na zwykłej kratkowanej kartce. Być może odda to jakąś część tego co było kiedyś we mnie i co być może nadal drzemie uśpione...
8 XI 2008 (sobota)
Piłem,. Dwa, trzy cztery piwa wypijane codziennie ostatnio.. dają mi pewną ulgę, ale czym okupioną. Upijam się na trzeźwo, zdając sobie w pełni sprawę ,ze być może popadam w alkoholizm....Rzadko zapominam o swoim "krzyżu" ,o swojej ułomności, swoim niedostosowaniu. Snuję i propaguję swoje różne koncepcje np. polityczne lub związane z nauką, zwłaszcza fizyką, ale jakby bez przekonania , jakby z dystansem, jakbym ja i nie ja mówił jednocześnie. Życie nieubłaganie płynie, ocieram się o śmierć ,a w każdym razie chorobę osób może nawet niecałkiem mi bliskich, ale z którymi los powiązał moje życie. Szwagier (brat Marzeny) już prawie miesiąc na OIOMie zmaga się z tym co nieuniknione. Teściowa z diagnozą raka żołądka przebywa w domu i wymaga niejakiej opieki. Większość problemów spada na Marzenę, ale i na mnie odbija się to rykoszetem. Coraz trudniej krzesać niezbędną do życia energię, coraz trudniej udawać normalność. Synowie, którzy dają sobie jakoś radę w codziennych zmaganiach z życiem są dla mnie niejaką pociechą.
Aajajaj bumcyk cyk,hej.
10 XII 2008 (środa)
Jestem w Zabielu. W poprzednim tygodniu dwa pogrzeby . najpierw szwagier Irek, a trzy dni później teściowa. Bezpośrednie obcowanie ze śmiercią. Dyżurowanie przy ciele teściowej w nocy i wczesnym rankiem, telefony do pogotowia, do zakładu pogrzebowego, wszystkie te formalności związane z pogrzebem...Konkret śmierci, konkret ciała ,które stanowi problem ,z którym należy sobie poradzić. Ja w tym wszystkim z całym bagażem swojego doświadczenia, które na nic się nie przydaje w takiej chwili ,które jest nieistotne i zbędne. Zatroskanie o Marzenę, moją rodzinę, niepewność co do przyszłości, świadomość zmian w stylu życia które muszą nastąpić Już trzy dni nocuję na wsi towarzysząc mojemu "przyszywanemu" teściowi Olkowi w znoszeniu .samotności , nudy i pustki. Jutro wybieram się do lekarza, kończą mi się leki, pojutrze wyjazd do Łukowa Chwila za chwilą życie posuwa się naprzód , konieczne czynności ,zachowania, formy, kontakty z kolegami, trochę alkoholu trochę myśli ciemnych, tragicznych, trochę zapomnienia i trwania w codzienności...
17 XII 2008
Nieuniknione zmiany w codziennym życiu moim się zapowiadają. Będę pewnie musiał zrezygnować z części dotychczasowych zajęć na rzecz codziennej walki o przetrwanie, muszę (chociaż niby nikt tego ode mnie nie wymaga) częściej bywać na wsi w Zabielu (ostatnio prawie codziennie tam nocuję).W domku na wsi nie ma Internetu, nie ma ciepłej wody, nie ma łazienki ani ubikacji, trzeba codziennie palić w kaflowym piecu (a i tak w nocy jest strasznie zimno),trzeba zająć się pieskami i kotkami, a także moim "przyszywanym" teściem Olkiem Książkiem, z którym rozmowy i przebywanie staje się dla mnie coraz uciążliwsze. Olek jest jakby z innej epoki, jakby z innej planety, nie umie posługiwać się telefonem ani nawet włączyć sobie telewizora, nie wierzy i nie potrafi zrozumieć, że Ziemia jest kulista i obiega Słońce, świat dla niego zatrzymał się na latach 50-tych,60-tych ubiegłego stulecia, ma kompletne pomieszanie pojęć politycznych, historycznych i geograficznych, przez ostatnie 15 lat nie oglądał telewizji i jedynie sporadycznie słuchał radia, skutecznie nie dopuszczany do tych mediów przez mojego szwagra Irka i moją teściową nieboszczkę.
Olek jest reliktem przeszłości ,który jakimś cudem dotrwał do czasów współczesnych jak trzonopłetwa ryba Latimeria. Jako relikt przeszłości jest on ciekawy i nawet lubię z nim "podyskutować" i spróbować wejść w jego sposób myślenia. Olek jest jak najbardziej pożyteczny i nieuciążliwy potrafi byle jakimi narzędziami robić użyteczne przedmioty z drewna jak grabie, krzesła, uchwyty do noży itp. Lubię Olka i zawsze przeciwstawiałem się teściowej i Irkowi, którzy nim poniewierali, a Marzena im dzielnie sekundowała. Martwi mnie jednak to ,że na dłuższą metę nie potrafię się jednak zanurzyć w ten odchodzący świat i całkowicie się w nim pogrążyć, ciągłe wyjaśnianie świata współczesnego i "edukowanie" Olka w końcu zacznie mnie nużyć i zacznie mi brakować kontaktów ze światem współczesnym mimo (zdaję sobie z tego sprawę), że dla moich synów (zwłaszcza dla Krystiana) sam staję się takim "dinozaurem" i reliktem przeszłości( z kolei on nie zdaje sobie sprawy ,że jego również prawdopodobnie czeka taki sam los ha, ha, ha).
Godz 21.15 jestem w Zabielu, wypiłem parę piw z Olkiem, telefonowałem do Przemka, czuję sie samotny, a moja egzystencja przedstawia mi się jako bez znaczenia i bez sensu, napaliłem w piecu, ale jest zimno .Niewesołe myśli o najbliższej przyszłości, zabraknie drzewa do palenia.
Marzena zostawia wszelkie problemy na później, mało się interesuje tym co dzieje się w jej domu rodzinnym, jest pochłonięta przygotowaniami do nadchodzących świąt, chyba nie ma planu na dłuższą metę, odsuwa wszelkie problemy od siebie, zupełnie nie obchodzi jej to co dzieje się z rodziną z mojej strony czyli z moimi braćmi, synowie żyją dniem codziennym i trudno od nich wymagać większego zainteresowania jakimiś planami na przyszłość dla naszej rodziny. Ja jestem jak we mgle. Nie mam planu na przyszłość , z trudem znoszę codzienność ratując się alkoholem. Będę musiał jednak coś postanowić.
20 I 2009 (wtorek)
W tych dniach pełnych obaw o przyszłość zajmowałem się sprawami odległymi... np korespondowałem z Tadziem na temat fizyki, jak zwykle sporo grałem w szachy i brydża. Zamierzam zamieścić tu fragment mojej korespondencji z Tadziem, aby przekazać obraz tego co mnie zajmowało przez ostatnich parę miesięcy. Oto dwa przykładowe maile do Tadzia ode mnie jaki wysłałem mu w ostatnim czasie:
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Nieco filozoficznie
Hej Tadeusz
Kolejny rok. Święta spędziłem spokojnie, nawet nie upiłem się porządnie. Gdzieś pod skórą tkwiły wspomnienia i pamięć o osobach, z którymi wprawdzie nie byłem szczególnie blisko ale, które odegrały rolę w moim życiu. Siedzę w tej chwili w Zabielu i myślę o naszych rozmowach przez Internet, do czego wspólnie doszliśmy i co z tego wynika. Piszę ten tekst na laptopie ,a w niedzielę zamierzam przesłać go mailem pod twój adres na Tlenie.
W ostatnich swoich mailach usiłowałem nakreślić coś jakby program działania dla siebie i ewentualnie (gdybyś chciał się dołączyć) dla Ciebie zajmowania się fizyką. Wydaje mi się bowiem ,że wobec rozległości tematu i niejakiej chaotyczności i przypadkowości naszych rozważań i dyskusji przydałby się jakiś kierunek, jakiś leitmotiv w naszym wspólnym myśleniu o fizyce, czy o nauce w ogóle. Oczywiście nie wykluczam licznych dygresji, luźnych obserwacji ,pomysłów, spostrzeżeń i odstępstw od głównego toku myśli w miarę jak docierają do nas informacje , które wydają się być ciekawe bądź inspirujące. W moim przekonaniu jednak, w obecnych czasach istnieje większe niebezpieczeństwo ,że człowiek może się zagubić w skądinąd nawet ważnych czy inspirujących wiadomościach niż, że przeoczy czy nie dostrzeże jakiegoś ważnego szczegółu. Inaczej mówiąc wolę narazić się na miano ignoranta niż błąkać się bez drogowskazu po bezdrożach licznych odkryć, idei pomysłów, teorii i koncepcji. Tradycyjny probierz przydatności jakiegoś pomysłu czy weryfikacji teorii, a więc zgodność z doświadczeniem czy uniwersalność jego zastosowania zaczyna być kwestionowany i lekceważony na rzecz nieograniczonej "twórczości" z udziałem obliczeń numerycznych, które wycinkowo dają jakieś wyjaśnienia bądź przewidywania natomiast nie mają ambicji wypracowania spójnego światopoglądu na temat świata fizycznego.
Zadanie ,które postawiłem przed sobą (a także być może przed Tobą) jest z pewnością zbyt ambitne i prawdopodobnie dla nas nieosiągalne, ale jako pewien program rozwoju osobistego i jako doping dla dalszego zajmowania się fizyką, a także jako pewien kompas we świecie idei i koncepcji fizykalnych może być przydatne i może mięć pewne znaczenie tym bardziej ,że starałem się je możliwe jak najbardziej ukonkretnić i sprecyzować. Przypominam ,ze chodziło mi o próbę sformułowania zasady fizycznej równie fundamentalnej i uniwersalnej jak zasada względności lub zasada nieoznaczoności. Ambicją moją było "pogodzenie" lub uogólnienie obu tych zasad będących podstawami dla fizyki współczesnej. Wydaje się, na obecnym etapie mojego doświadczenia, że zasada ta powinna dotyczyć pojęcia informacji lub przyczynowości ( z czym i Ty się chyba zgadzasz).Nie chodzi mi wcale o proste kopiowanie innych zasad np. zasady zachowania energii w odniesieniu do informacji , lecz raczej o wydobycie takich aspektów z pojęć "informacja" i "przyczynowość" o, których jeszcze być może nikt nie pomyślał. Wymagałoby to poszukiwań w literaturze i Internecie różnych koncepcji tych pojęć wśród przyrodników (i być może filozofów), ale przede wszystkim własnych oryginalnych przemyśleń, przykładów i prób ich zastosowania do jakichś układów fizycznych (również z zastosowaniem jakiejś matematyki dla wypracowania ilościowych przewidywań).
Na marginesie chciałem zauważyć ,że pojęcie "informacji" jest w naturalny sposób związane nie tyle z energią i jej zasadą zachowania , co z drugą zasadą termodynamiki i pojęciem wzrostu entropii przez wspólny dla nich mianownik, czyli "prawdopodobieństwo zaistnienia określonego stanu fizycznego". Mam nawet wrażenie, że zasadę wzrostu entropii można by równoważnie sformułować jako zasadę zmniejszania się informacji zawartej w jakimś układzie fizycznym. Od razu jednak muszę zaznaczyć ,ze wcale nie o to mi chodzi. Chodzi mi ,aby przez wnikliwe studiowanie (przy pomocy dostępnych środków) pewnych aspektów pojęcia informacji ( nie wykluczając jej przedefiniowania) tak ją uogólnić, aby było przy jej pomocy możliwe sformułowanie zasady z, której wynikałaby zarówno zasada nieoznaczoności, jak i zasada względności ( to na razie bardzo niejasny pomysł i raczej "program" czy postulat ,a nie gotowy projekt). Nie wykluczam , że dla takiej syntezy konieczne być może posłużenie się innymi pojęciami np. "przyczynowością".
Od razu muszę zaznaczyć, że ostatnie wydarzenia w moim życiu odciągnęły mnie (nie wiem na jak długo, być może na zawsze) od tego mojego projektu. Nie wiem czy będę dysponował w najbliższym czasie dostatecznym dostępem do Internetu, aby dostatecznie pogłębić moje rozumienie tych zagadnień. Doskwiera mi również brak odpowiedniej literatury oraz możliwości przedyskutowania w szerszym gronie pojęć "informacja" ,czy "przyczynowość" (po za Tobą nie znam nikogo, kto choćby trochę interesował się nimi na odpowiednim stopniu ogólności).
Obecnie sporo czasu przebywam na wsi w towarzystwie mojego "przyszywanego" teścia., który jest oryginałem i nie wierzy w teorię Kopernika (podejrzewam ,że nie dopuszcza nawet możliwości ,ze Ziemia jest kulista).Marzena zamierza w najbliższym czasie przeprowadzić remont domu w Zabielu (dach, centralne ogrzewanie, łazienka, kanalizacja i ocieplenie oraz być może zrobienie dwóch dodatkowych pokoików na poddaszu), tak abyśmy mogli wraz z najmłodszym synem za parę lat przeprowadzić się tutaj oddając mieszkanie w Radzyniu ,któremuś ze starszych synów. Ja specjalnie nie protestuję przeciwko tym planom uznając je za racjonalne. Stawiam jedynie warunek, że należy postarać się o zainstalowanie jakiegoś Internetu i ewentualnie jakiegoś mechanicznego środka lokomocji np. skutera, aby być bliżej miasta.
________________________________________________________
Szachy
Hej Tadeusz
Poczułem się poniekąd zniewolony do napisania Ci odpowiedzi na Twoją "odpowiedź" głównie dlatego, że nie mam nic lepszego do roboty. Moje konkretne pomysły dotyczące pojęcia "informacji", które mogłyby być przydatne do sformułowania "super-zasady" są jeszcze w powijakach i muszę nad nimi jeszcze popracować i to i owo gruntownie przemyśleć. Moje myśli ukierunkowują się na jak najbardziej ogólne, ale matematyczne opisywanie sytuacji, którą roboczo nazywam "Grą".
Spróbuję na przykładzie szachów pokazać Ci o co mi mniej więcej chodzi. Człowiek (ale także komputer) grający w szachy staje co chwila (jeśli wypada na niego kolejne posunięcie) przed koniecznością wyboru określonego ruchu zgodnego z regułami gry. Człowiek podobnie jak maszyna może np. w sposób losowy ze zbioru wszystkich możliwych posunięć wybrać jedno (napisałem nawet kiedyś taki program komputerowy w Delphi). Oczywiście taka "gra" jest grą idioty i nawet nie zasługuje na to miano gdyż taki "gracz" zawsze przegra z przeciwnikiem, który choć trochę zachowuje się "racjonalnie" i odrzuca z jakichś powodów "złe" posunięcia.
Łatwo sobie wyobrazić również Gracza (komputer ,albo Pana Boga), który zawsze gra idealnie, tzn w danej sytuacji wybiera ze zbioru posunięć ruch najlepszy (lub ściśle mówiąc jeden spośród ruchów najlepszych) .Posunięcia , które stoją przed graczem można bowiem podzielić na dwie zasadnicze grupy: jedna to "ruchy najlepsze", które nie zmieniają oceny sytuacji np. gdy pozycja jest oceniana (przez superkomputer lub Pana Boga czyli "super-gracza") jako remisowa lub wygrana dla białych, to po wykonaniu jednego z tych posunięć ocena sytuacji się nie zmieni. Druga grupa posunięć to posunięcia "błędne" po wykonaniu takiego posunięcia ocena pozycji zmienia się z wygranej na remisową, z remisowej na przegraną lub nawet z wygranej na przegraną.
Jest oczywiście jeszcze trzecia grupa posunięć czyli "posunięcia bez znaczenia" gdy twoja sytuacja jest przegrana , a przeciwnikiem jest "super-gracz". Zwróć uwagę ,że taki podział na "ruchy najlepsze" i "ruchy błędne" jest bardzo ogólny i można go odnieść (jeśli ktoś np. nie lubi szachów) do każdej gry strategicznej , w której posunięcia wykonuje się na przemian np. do warcabów, czy do gry "w kółko i krzyżyk" ,czy do gry zwanej "ewolucją" , gdzie graczem są geny, a każde posunięcie to osobnik ukształtowany w oparciu o instrukcje zawarte w genach..
Niezwykle istotne jest to ,ze wśród "reguł gry" znajdują się takie, ze jedna ze stron grających uznaje daną sytuację za pożądaną i określa ja mianem wygranej ( np mat w szachach lub ustawienie trzech krzyżyków w rzędzie w grze w kółko i krzyżyk ,czy też możliwość dalszej replikacji w grze zwanej "ewolucją") Niezmiernie ważną jest również "ocena pozycji', która ze zbioru wszystkich możliwych ruchów pozwala wybrać te ,choćby subiektywnie najlepsze ruchy. Wynik gry zależy właśnie najbardziej od obiektywności "oceny pozycji", Według mojej terminologii obiektywnie oceniać pozycję potrafi jedynie postulowany przeze mnie "super-gracz".
.Oczywiście w tych najbardziej ogólnych rozważaniach należy brać pod uwagę zjawisko "losowości'", gdzie wybór optymalnego posunięcia może zależeć od losowego rozkładu elementów pozycji , tak dzieje się np. w Brydżu lub w "ewolucji" gdzie zakładamy, że "super-gracz" nie ma całkowitej wiedzy o wszystkich elementach "pozycji' , jednak również w tym przypadku jest możliwe w zasadzie odróżnienie ruchów "racjonalnych" czyli' "najlepszych", od ruchów "błędnych".
W świetle powyższej analizy chcę przejść do Fizyki, czy ogólniej Nauki, która. jawi mi się jako gra Człowieka z Naturą , w której zasady, cele gry nie są do końca określone ( tu jakby analogia do szachów zawodzi).Poszczególni ludzie w swym indywidualnym istnieniu prowadzą szereg "gier" o różnych regułach i celach jak np. gry ekonomiczne, gry polityczne. gra w, której wszyscy musimy brać udział , czyli gra w biologiczną ewolucję itd. Możemy sobie z resztą wymyślić praktycznie nieskończoną ilość gier o różnych zasadach i celach, które możemy prowadzić na poziomie indywidualnym. Najbardziej typowe to hedonizm , czy wygoda życiowa , których celem jest uzyskanie możliwego maksimum zadowolenia przy minimum cierpienia i kosztów psychicznych, ale możliwe są tez inne cele np. zapisanie się w historii, albo wyprodukowanie "dzieł nieśmiertelnych" np. w dziedzinie sztuki lub nauki, można tez wymienić jako jedno z najbardziej typowych "zbawienie duszy" czy inne cele religijne.
Wróćmy jednak do Nauki jako jednej z podstawowych "gier" jaką prowadzi człowiek zarówno w aspekcie indywidualnym jak i gatunkowym. Muszę od razu zauważyć , że moja metafora szachów tu nieco się chwieje, gdyż nie znane nam są zarówno '"zasady tej gry' jak i "cele tej gry". Jedną z odpowiedzi na ten problem na jaką zdobyła sie współczesna nauka jest pojęcie ewolucji. Byłaby to podstawowa "gra", przegrana w której zakończyłaby wszystkie inne "gry" i cele jakie stawia sobie Człowiek.
Istotnie przegrana dinozaurów oznaczała równocześnie zakończenie wszystkich "gier" jednostkowych , wszystkich pojedynczych losów osobniczych i stanowiła koniec dla każdego osobnika z rodzaju dinozaurów. Oczywiście nie stanowiło to końca "gry w ewolucję" .Geny (w tym niektóre z genów dinozaurów) przetrwały i powielały sie nadal zgodnie z zasadami tej gry i zgodnie z celem, którym jest "egoistyczne samo-powielenie" tak obrazowo opisane np. przez Dawkinsa.
Istnieje jednak zasadnicza różnica między dinozaurami a Człowiekiem. Człowiek w pewnym momencie uświadomił sobie istnienie ewolucji. poznał wiele z zasad i reguł tej gry oraz jej cel czyli "wygraną" w postaci przetrwania i powielania się w jak największej ilości i w jak najdłuższym okresie czasu genów. Nie wiadomo wcale ,czy ta świadomość jet atutem i daje jakąkolwiek przewagę w grze, może być bowiem tak, że posunięcia człowieka "są bez znaczenia" , gdyż z punktu widzenia "Super-gracza" być może Człowiek jako gatunek i tak znalazł się w pozycji przegranej. Tym nie mniej wydaje się, ze jest istotną różnicą możliwość (choćby potencjalna) odrzucania ruchów "błędnych" wiodących ku niechybnej zagładzie, a wykonywanie jedynie "ruchów najlepszych" przynajmniej w miarę coraz lepszego i dokładniejszego poznawania "reguł gry".
Inaczej mówiąc dinozaury były jedynie bezwolnymi pionkami przesuwanymi na szachownicy ewolucji, natomiast Człowiek gra jakby w "żywe szachy" pełniąc jednocześnie rolę bierek na szachownicy, ale mając również wpływ (poprzez swoich przedstawicieli) na przebieg samej gry i kolejne posunięcia...
Po tych dość ogólnych uwagach zamierzam przejść do zaprezentowania Ci mojego konkretnego "pomysłu' ,którego celem jest pogodzenie zasad Mechaniki Kwantowej i Teorii Względności .Będę rozważał sytuację o wiele prostszą niż ta, która występuje w realnej nauce, ale będę się starał prowadzić rozważania na tak dużym stopniu ogólności, aby wnioski jakie wyciągnę mogły odnosić się również do nauki
.Na początek chcę przedstawić Ci pewien ogromnie uproszczony model sytuacji jaka panuje w Fizyce.Za przykład posłużą mi szachy (ale może to być dowolnie inna gra strategiczna np. warcaby, lub GO).Otóż z jednej strony moglibyśmy to co dzieje się na szachownicy, zakładając istnienie pewnych reguł dotyczących ruchów bierek, jako zapis pewnej historii , która się odbyła (lub musi się odbyć). Ten zapis byłby pewną funkcją współrzędnych przestrzennych poszczególnych bierek czyli (dla szachów) par liczb mieszczących się w zbiorze liczb naturalnych od 1 do 8 oraz czasu, dla szachów byłby to numer kolejnego posunięcia..
Sytuacja byłaby więc analogiczna do sposobu opisu historii cząstek w Teorii Względności .Podstawowym narzędziem matematycznego opisu byłaby funkcja przestrzeni i czasu a cała "historia" byłaby ściśle zdeterminowana, tak jak zapis partii , która się odbyła lub która jest dla nas instrukcją jak przesuwać kolejno bierki na szachownicy.
Z drugiej strony sytuację na szachownicy moglibyśmy opisywać, tak jak czyni to Mechanika Kwantowa. Podstawowym narzędziem opisu byłaby już nie funkcja, ale operator działający. na funkcję falową zależną od współrzędnych przestrzeni i czasu. Położenie bierek nie byłoby już ściśle określone, a np czarny skoczek mógłby w trzecim ruchu znajdować się na polu F6 z prawdopodobieństwem 0.75 lub na polu G8 z prawdopodobieństwem 0.25.Istniałyby oczywiście nadal reguły gry, a wśród nich np. dodatkowa reguła (coś w rodzaju zakazu Pauliego),że w danym ruchu ,na danym polu nie może znajdować się więcej niż jedna figura.
.Nie istniałaby już jedna ściśle zdeterminowana "historia" czyli zapis przebiegu parti,ale istniałby szereg (bardzo dużo) zapisów alternatywnych partii możliwych do rozegrania, z których (jakby w czasie rzeczywistym ) realizowałby się jeden konkretny ruch.
W tym miejscu należy zauważyć ,że zarówno w sytuacji pierwszej jak i drugiej nie ma miejsca na pojęcie prawdziwej Gry. W pierwszym przypadku jest to właściwie ściśle zdeterminowana sekwencja posunięć, w drugim ruchy realizują się (materializują, lub aktualizują) zgodnie z regułami prawdopodobieństwa, a więc (jakby wbrew Einsteinowi) Bóg jednak "gra w kości".
Mój pomysł polega na tym, ażeby wbrew tym dwóm wykluczającym się nawzajem opisom partii szachowej, uznać sytuację prawdziwej Gry za realną. Od strony matematycznej oznaczałoby to poszukiwania matematycznego bytu, który o ile wiem jeszcze nie istnieje i należałoby go wymyślić..
Roboczo taki byt nazwałbym Operandem, który nie byłby ani funkcją ani operatorem , ale czymś pośrednim pomiędzy nimi. Operand taki miałby tę własność, że w jednej granicy, jakiegoś parametru (ale nie mogłaby to być ani prędkość światła ani stała Planca) przechodziłby w zwykłą funkcję, w innej przechodziłby w zwykły operator.
Gdyby udało mi się w matematyczny sposób opisać sytuację gry w szachy,. przy pomocy takiego Operandu, to miałbym nadzieję na uogólnienie tego pojęcia i próbę budowy opisu fizycznego w oparciu o takie operandy. Ogólna zasada, której poszukuję miałaby matematyczny wyraz przez odwołanie się do tego nowego pojęcia podobnie jak wyrazem Zasady Względności są funkcje zachowujące się w określony sposób przy transformacjach przestrzeni i czasu, a wyrazem matematycznym Zasady Nieoznaczoności są niekomutujące ze sobą operatory pewnych wielkości fizycznych.
Przyszło mi do głowy ,ze pojęcie "Gry' jest dużo bogatsze od tego zaprezentowanego na początku maila. Sytuacja , że naprzeciwko siebie siadają dwaj "przeciwnicy' ktorzy mają sprzeczne nawzajem cele "pokonać rywala", nie jest jedyn
Wpis pochodzi z bloga użytkownika:
Bezdomny
|
| |
| |
|
14 grudnia 2010
28 VIII 2008
Właściwie nie wiem po co włączyłem komputer, po co próbuję coś napisać. Nic istotnego. Na polu prowincjonalnych, powiatowych rozgrywek wydarzyło się tyle , że powiatowy, prowincjonalny kacyk , prezes SPOMlEK-u, prezes klubu "Orlęta Spomlek". miniony poseł Szczepan Skomra stracił posadę w wyniku licznych protestów pracowników i byłych pracowników Spomleku. Zawsze byłem przeciwko temu przedstawicielowi post-PRL-owskiej nomenklatury i jego obecna klęska na pewno mnie cieszy. Uważam, że prawdziwa lewica powinna być nawet bardziej radykalna od prawicy w rozliczaniu pro-radzieckiej (czyli pro-rosyjskiej) nomenklatury, która dzięki między innymi polityce Wałęsy i Kwaśniewskiego okopała się bardzo wygodnie w polskiej posolidarnościowej rzeczywistości. To ,że zaczynają dobierać się do dupy działaczom związanym z dawnym PZPRem i późniejszym układem okrągłostołowym czyli cynicznym graczom wywodzącym się z pewnych odłamów PZPR-u bardzo mnie cieszy. To wszystko nie znaczy jednak, że jestem zadowolony z ogólnej sytuacji politycznej w kraju. Klęska politycznej "pseudo-lewicy" reprezentowanej przez SLD oczywiście mnie cieszy, ale jednocześnie brak jest jakichkolwiek ruchów związanych z budową alternatywnej wobec PIS i Platformy partii czy ruchu społecznego, który spróbowałby podjąć walkę, lub chociażby dyskusję z wszechobecną liberalno-kapitalistyczną ideologią posiadania i przewagą "mieć" nad "być" w społeczeństwie polskim. Zdaję sobie sprawę, ze personalizm katolicki uzurpował sobie prawo do idei "bycia" i przeciwstawienia jej wszechobecnej idei "posiadania" , jednak praktyka funkcjonowania kościoła katolickiego w Polsce całkowicie zaprzecza tym ideom i jak wynika z moich (ale nie tylko z moich) obserwacji kościół katolicki w Polsce istnieje głównie w oparciu o "mieć" i stale broni i domaga się aby coraz to więcej "mieć".
Powiem mocniej ,gdyby kościół katolicki przekonał mnie ,że dla całej jego machiny , urzędów, biurokratycznej struktury i tego co można określić materialną osnową jego istnienia ważniejsze jest " być" niż "mieć" to gotów bym się określić jako katolik (którym jestem formalnie z racji chrztu) mimo ,że co do istnienia Boga mam poważne wątpliwości.
27 X 2008 (poniedziałek)
Byłem u Marka Droba na jabłkach Zarobiłem trochę pieniędzy, które wspomogą oczywiście nasz budżet rodzinny i mój osobisty również. W czasie pobytu u Marka Droba w Woli Przybysławskiej było wiele dni deszczowych, bezczynnych w czasie , których czytałem i próbowałem pisać coś "od siebie". Zamieszczę tutaj teksty , które powstały rok temu w zestawieniu z tekstami tegorocznymi, aby można było porównać jak ewoluował mój stosunek do samego siebie przez okres jednego roku.
2007.09.27
Gdy szyba okna ocieka deszczem
historia szachów, jak historia epok
tkwi w obecnej mojej chwili.
A jabłko na zbiór czeka jeszcze.
Człowiek od wieków był podglądany
lecz przez opatrzność, nie przez kamery.
Człowiek od zawsze był podsłuchiwany
lecz nie dyktafonem, do jasnej cholery.
Ja pragnę tylko chwil sam na sam z absolutem i tylko wtedy się nie wstydzę mej ludzkiej cielesności i grzeszności, gdyż wiem, że posiada on gębę analogiczną do mojej, dupę do mojej odpowiednią i inne organy jak najbardziej funkcjonujące i podobne do moich. Może mój mózg z defektem jest przejawem jakiegoś defektu ogólnego. Może Bóg też jest niedoskonały skoro tworzy rzeczy niedoskonałe...
Jabłka rumieńcem wstydu pałają,
natrętna polityka z radia się sączy,
"nieśmiertelne" partie szachów już rozegrane,
chwila z chwilą jak ogniwa łańcucha się łączy,
przypadek i chaos Czasem władają.
Ale nade wszystko odpowiedz mi na pytanie: Czy jesteś zwolennikiem długonogich brunetek, czy raczej wyżej cenisz blondynki z dużym biustem o błękitnych, zmysłowych oczach ?
(2007.09.27 czwartek).
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
natomiast w tym roku w okresach dość długiej bezczynności spowodowanej pogodą i wypełnionej lekturami książek popularnonaukowych oraz różnymi rozmyślaniami powstały takie teksty:
20 IX 2008
Dzień taki jak dziś...
Deszcz, piwo, bezczynność, melancholia..
Pośród dni wypełnionych wysiłkiem fizycznym.
Myśl dryfuje przez ocean informacji.
Świadomość organizuje chaos przestrzeni, czasu i przedmiotów
Kruszyna soli organizuje porządek wokół siebie
na kształt świadomości.
Lecz dusza moja zawiera także zalążek chaosu.
Jestem bałaganem, żyjącym w symbiozie
z pedantyczną organizacją.
Jestem aktywnością, dążeniem, wolą.
Ja, wytwór miliardów lat loterii zwanej życiem,
usiłuję znaleźć swoją prywatną rację istnienia,
która będąc pewnie kłamstwem,
potrzebna mi jest jak powietrze.
Owo złudzenie i kłamstwo, jak idea duszy,
idea solidarności międzyludzkiej, idea miłości,
czy idea samego Boga pośród wielości innych wyobrażeń,
jest taką samą koniecznością dla mej osoby
jak konieczność jedzenia i oddychania..
22 IX 2008 (Eksperyment)
Wykopłszy z grubsza trzy metry marchewki
zapominam wkrótce co gdzie się kędy.
Na wspak do kiedy, tyż dobrze.
Za kroplą humoru bym się na zaś,
toż człek bezkształtny na oścież.
Czym bez kształtu rozdziera, to tym jest los ludzki
do przodu i wstecz, sens jak struktura, co tworzy się
w bezsensie sensów pod oknem.
Dyszcz mocny, czerwień w zieleni tonie
w podskokach w górę i nazad.
Piwo jak chliwo wyciąga do spodu.
Co przez początek końcem się zwie,
Nie patrz przez okno,
tam wilgoć w powietrzu, coraz to mocniej
od nieba po szczaw.
Czym jest pospólstwo wśród krzaków
do przodu, to tyłem
moloch wśród gwiazd.
Bąbelek z pianką niż bardziej co?
To gdy pod spodem coraz to naprzód.
Chich dolny od skarpet po sam wierzch
nad chmury.
Mój "Ja" samotny, utkany ze słów i znaczeń
gubi się niekiedy w kosmosie
wyłaniającym się
z chaosu wrażeń.
-----------------------------------------------------------------------
4 X 2008
Kropka, kreska, kropka...
Alfabet, który znalazł się na śmietniku historii..
Inne alfabety, inne litery, inne słowa.
Alfabet Braila, alfabet migowy,
alfabet DNA , z którego składają się słowa-geny,
alfabet pierwiastków i słowa związków chemicznych,
alfabet cząstek elementarnych osnowa całej materii.
I jeszcze inne...
Człowiek jest zniewolony do wynajdowania coraz to nowych alfabetów, aby wyrazić to co niewyrażalne w starym języku.
Jak wyjść "po za" ?
Jak uchwycić sens tego czego nie da się wyrazić ?
Nawet w matematyce są twierdzenia i prawdy, które wykraczają po za system aksjomatów.
Dlaczego zawsze wydaje się, że to co niewypowiedziane i nie do udowodnienia jest najważniejsze ? Ile jeszcze alfabetów, języków, systemów musi powstać by uchwycić sens ostateczny?
Przy pomocy jakich nut wyśpiewać wreszcie pieśń, która byłaby kompletna, ostateczna?
Zawsze w połowie drogi, nigdy nie zaspokojeni, zawsze głodni i spragnieni, niepewni dokąd zajdziemy. Niepewni nigdy i niczego.
W tym rozdarciu Ja staję, zatrzymuję się i usiłuję stworzyć swój prywatny język, który składa się z liter, których jeszcze nie znam i wymienić ani nawet policzyć nie umiem, a który zawierałby słowa i sensy pozwalające wyrazić i przekazać dalej (nie wiem komu?) moją prawdę, mój ból i moje szczęście.
Czy przekaz czyli komunikat ma sens bez wyobrażania sobie odbiorcy ?
Czy nadawca nie postępuje głupio i nieostrożnie wysyłając informacje
nie wiedząc do kogo one dotrą ?
Ludzkość juz to zrobiła wysyłając sondę kosmiczną zwierającą informacje o sobie do potencjalnej inteligencji pozaziemskiej.
Być może nie jestem więc tak odosobniony w swoim pragnieniu by być jednak przez kogoś zrozumiany, nawet jeśli obiektywnie mogłoby to zaszkodzić nadawcy.
Jaki miałbym wybrać kanał nadawczy, jakie szumy zniekształciłyby treść i czy na zgubę swoją czy na zbawienie miałbym to zrobić?
Czy przedsięwzięcie takie nie jest nazbyt szalone?
Przecież próby takie podejmowałem już (gdy byłem młody) i stałem się kompletnie niezrozumiały dla innych ludzi.
Przekaz pozostał bez odpowiedzi. .Nie wiem nawet czy był adresowany do innych ludzi, czy do Boga
( którego istnienia przecież nie wykluczam),czy do obcej inteligencji, czy do sztucznej inteligencji,
czy do szeroko rozumianej natury.( Jak napisałem, adresata nie znałem i nadal nie znam).
Być może należy się poddać dyscyplinie i najpierw dokładnie określić alfabet znaków i treść tego co chce się przekazać, ale przecież wtedy nie wyjdę po za krąg tego co daje się wyrazić normalną drogą, a to nie jest najważniejsze...
Wiem , poezja, muzyka i w ogóle sztuka usiłuje niekiedy wyrazić to czego w standardowy sposób nie da się wyrazić. Bywa ,że jest to jakoś odbierane i rozumiane przez innych ludzi, ale dla mnie nie jest to aż tak ważne, chciałbym wyrazić się bardziej uniwersalnie (pozaludzko).
Czy to w ogóle możliwe ?
Na razie posługuję się zwykłym alfabetem, niezbyt zgrabną polszczyzną i jestem "normalny",
Czy jednak nie zapragnę kiedyś znowu tego co zawładnęło mną w przeszłości ?
Spróbuję teraz narysować coś , moją niezgrabną kreską, zwykłym długopisem, na zwykłej kratkowanej kartce. Być może odda to jakąś część tego co było kiedyś we mnie i co być może nadal drzemie uśpione...
8 XI 2008 (sobota)
Piłem,. Dwa, trzy cztery piwa wypijane codziennie ostatnio.. dają mi pewną ulgę, ale czym okupioną. Upijam się na trzeźwo, zdając sobie w pełni sprawę ,ze być może popadam w alkoholizm....Rzadko zapominam o swoim "krzyżu" ,o swojej ułomności, swoim niedostosowaniu. Snuję i propaguję swoje różne koncepcje np. polityczne lub związane z nauką, zwłaszcza fizyką, ale jakby bez przekonania , jakby z dystansem, jakbym ja i nie ja mówił jednocześnie. Życie nieubłaganie płynie, ocieram się o śmierć ,a w każdym razie chorobę osób może nawet niecałkiem mi bliskich, ale z którymi los powiązał moje życie. Szwagier (brat Marzeny) już prawie miesiąc na OIOMie zmaga się z tym co nieuniknione. Teściowa z diagnozą raka żołądka przebywa w domu i wymaga niejakiej opieki. Większość problemów spada na Marzenę, ale i na mnie odbija się to rykoszetem. Coraz trudniej krzesać niezbędną do życia energię, coraz trudniej udawać normalność. Synowie, którzy dają sobie jakoś radę w codziennych zmaganiach z życiem są dla mnie niejaką pociechą.
Aajajaj bumcyk cyk,hej.
10 XII 2008 (środa)
Jestem w Zabielu. W poprzednim tygodniu dwa pogrzeby . najpierw szwagier Irek, a trzy dni później teściowa. Bezpośrednie obcowanie ze śmiercią. Dyżurowanie przy ciele teściowej w nocy i wczesnym rankiem, telefony do pogotowia, do zakładu pogrzebowego, wszystkie te formalności związane z pogrzebem...Konkret śmierci, konkret ciała ,które stanowi problem ,z którym należy sobie poradzić. Ja w tym wszystkim z całym bagażem swojego doświadczenia, które na nic się nie przydaje w takiej chwili ,które jest nieistotne i zbędne. Zatroskanie o Marzenę, moją rodzinę, niepewność co do przyszłości, świadomość zmian w stylu życia które muszą nastąpić Już trzy dni nocuję na wsi towarzysząc mojemu "przyszywanemu" teściowi Olkowi w znoszeniu .samotności , nudy i pustki. Jutro wybieram się do lekarza, kończą mi się leki, pojutrze wyjazd do Łukowa Chwila za chwilą życie posuwa się naprzód , konieczne czynności ,zachowania, formy, kontakty z kolegami, trochę alkoholu trochę myśli ciemnych, tragicznych, trochę zapomnienia i trwania w codzienności...
17 XII 2008
Nieuniknione zmiany w codziennym życiu moim się zapowiadają. Będę pewnie musiał zrezygnować z części dotychczasowych zajęć na rzecz codziennej walki o przetrwanie, muszę (chociaż niby nikt tego ode mnie nie wymaga) częściej bywać na wsi w Zabielu (ostatnio prawie codziennie tam nocuję).W domku na wsi nie ma Internetu, nie ma ciepłej wody, nie ma łazienki ani ubikacji, trzeba codziennie palić w kaflowym piecu (a i tak w nocy jest strasznie zimno),trzeba zająć się pieskami i kotkami, a także moim "przyszywanym" teściem Olkiem Książkiem, z którym rozmowy i przebywanie staje się dla mnie coraz uciążliwsze. Olek jest jakby z innej epoki, jakby z innej planety, nie umie posługiwać się telefonem ani nawet włączyć sobie telewizora, nie wierzy i nie potrafi zrozumieć, że Ziemia jest kulista i obiega Słońce, świat dla niego zatrzymał się na latach 50-tych,60-tych ubiegłego stulecia, ma kompletne pomieszanie pojęć politycznych, historycznych i geograficznych, przez ostatnie 15 lat nie oglądał telewizji i jedynie sporadycznie słuchał radia, skutecznie nie dopuszczany do tych mediów przez mojego szwagra Irka i moją teściową nieboszczkę.
Olek jest reliktem przeszłości ,który jakimś cudem dotrwał do czasów współczesnych jak trzonopłetwa ryba Latimeria. Jako relikt przeszłości jest on ciekawy i nawet lubię z nim "podyskutować" i spróbować wejść w jego sposób myślenia. Olek jest jak najbardziej pożyteczny i nieuciążliwy potrafi byle jakimi narzędziami robić użyteczne przedmioty z drewna jak grabie, krzesła, uchwyty do noży itp. Lubię Olka i zawsze przeciwstawiałem się teściowej i Irkowi, którzy nim poniewierali, a Marzena im dzielnie sekundowała. Martwi mnie jednak to ,że na dłuższą metę nie potrafię się jednak zanurzyć w ten odchodzący świat i całkowicie się w nim pogrążyć, ciągłe wyjaśnianie świata współczesnego i "edukowanie" Olka w końcu zacznie mnie nużyć i zacznie mi brakować kontaktów ze światem współczesnym mimo (zdaję sobie z tego sprawę), że dla moich synów (zwłaszcza dla Krystiana) sam staję się takim "dinozaurem" i reliktem przeszłości( z kolei on nie zdaje sobie sprawy ,że jego również prawdopodobnie czeka taki sam los ha, ha, ha).
Godz 21.15 jestem w Zabielu, wypiłem parę piw z Olkiem, telefonowałem do Przemka, czuję sie samotny, a moja egzystencja przedstawia mi się jako bez znaczenia i bez sensu, napaliłem w piecu, ale jest zimno .Niewesołe myśli o najbliższej przyszłości, zabraknie drzewa do palenia.
Marzena zostawia wszelkie problemy na później, mało się interesuje tym co dzieje się w jej domu rodzinnym, jest pochłonięta przygotowaniami do nadchodzących świąt, chyba nie ma planu na dłuższą metę, odsuwa wszelkie problemy od siebie, zupełnie nie obchodzi jej to co dzieje się z rodziną z mojej strony czyli z moimi braćmi, synowie żyją dniem codziennym i trudno od nich wymagać większego zainteresowania jakimiś planami na przyszłość dla naszej rodziny. Ja jestem jak we mgle. Nie mam planu na przyszłość , z trudem znoszę codzienność ratując się alkoholem. Będę musiał jednak coś postanowić.
20 I 2009 (wtorek)
W tych dniach pełnych obaw o przyszłość zajmowałem się sprawami odległymi... np korespondowałem z Tadziem na temat fizyki, jak zwykle sporo grałem w szachy i brydża. Zamierzam zamieścić tu fragment mojej korespondencji z Tadziem, aby przekazać obraz tego co mnie zajmowało przez ostatnich parę miesięcy. Oto dwa przykładowe maile do Tadzia ode mnie jaki wysłałem mu w ostatnim czasie:
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Nieco filozoficznie
Hej Tadeusz
Kolejny rok. Święta spędziłem spokojnie, nawet nie upiłem się porządnie. Gdzieś pod skórą tkwiły wspomnienia i pamięć o osobach, z którymi wprawdzie nie byłem szczególnie blisko ale, które odegrały rolę w moim życiu. Siedzę w tej chwili w Zabielu i myślę o naszych rozmowach przez Internet, do czego wspólnie doszliśmy i co z tego wynika. Piszę ten tekst na laptopie ,a w niedzielę zamierzam przesłać go mailem pod twój adres na Tlenie.
W ostatnich swoich mailach usiłowałem nakreślić coś jakby program działania dla siebie i ewentualnie (gdybyś chciał się dołączyć) dla Ciebie zajmowania się fizyką. Wydaje mi się bowiem ,że wobec rozległości tematu i niejakiej chaotyczności i przypadkowości naszych rozważań i dyskusji przydałby się jakiś kierunek, jakiś leitmotiv w naszym wspólnym myśleniu o fizyce, czy o nauce w ogóle. Oczywiście nie wykluczam licznych dygresji, luźnych obserwacji ,pomysłów, spostrzeżeń i odstępstw od głównego toku myśli w miarę jak docierają do nas informacje , które wydają się być ciekawe bądź inspirujące. W moim przekonaniu jednak, w obecnych czasach istnieje większe niebezpieczeństwo ,że człowiek może się zagubić w skądinąd nawet ważnych czy inspirujących wiadomościach niż, że przeoczy czy nie dostrzeże jakiegoś ważnego szczegółu. Inaczej mówiąc wolę narazić się na miano ignoranta niż błąkać się bez drogowskazu po bezdrożach licznych odkryć, idei pomysłów, teorii i koncepcji. Tradycyjny probierz przydatności jakiegoś pomysłu czy weryfikacji teorii, a więc zgodność z doświadczeniem czy uniwersalność jego zastosowania zaczyna być kwestionowany i lekceważony na rzecz nieograniczonej "twórczości" z udziałem obliczeń numerycznych, które wycinkowo dają jakieś wyjaśnienia bądź przewidywania natomiast nie mają ambicji wypracowania spójnego światopoglądu na temat świata fizycznego.
Zadanie ,które postawiłem przed sobą (a także być może przed Tobą) jest z pewnością zbyt ambitne i prawdopodobnie dla nas nieosiągalne, ale jako pewien program rozwoju osobistego i jako doping dla dalszego zajmowania się fizyką, a także jako pewien kompas we świecie idei i koncepcji fizykalnych może być przydatne i może mięć pewne znaczenie tym bardziej ,że starałem się je możliwe jak najbardziej ukonkretnić i sprecyzować. Przypominam ,ze chodziło mi o próbę sformułowania zasady fizycznej równie fundamentalnej i uniwersalnej jak zasada względności lub zasada nieoznaczoności. Ambicją moją było "pogodzenie" lub uogólnienie obu tych zasad będących podstawami dla fizyki współczesnej. Wydaje się, na obecnym etapie mojego doświadczenia, że zasada ta powinna dotyczyć pojęcia informacji lub przyczynowości ( z czym i Ty się chyba zgadzasz).Nie chodzi mi wcale o proste kopiowanie innych zasad np. zasady zachowania energii w odniesieniu do informacji , lecz raczej o wydobycie takich aspektów z pojęć "informacja" i "przyczynowość" o, których jeszcze być może nikt nie pomyślał. Wymagałoby to poszukiwań w literaturze i Internecie różnych koncepcji tych pojęć wśród przyrodników (i być może filozofów), ale przede wszystkim własnych oryginalnych przemyśleń, przykładów i prób ich zastosowania do jakichś układów fizycznych (również z zastosowaniem jakiejś matematyki dla wypracowania ilościowych przewidywań).
Na marginesie chciałem zauważyć ,że pojęcie "informacji" jest w naturalny sposób związane nie tyle z energią i jej zasadą zachowania , co z drugą zasadą termodynamiki i pojęciem wzrostu entropii przez wspólny dla nich mianownik, czyli "prawdopodobieństwo zaistnienia określonego stanu fizycznego". Mam nawet wrażenie, że zasadę wzrostu entropii można by równoważnie sformułować jako zasadę zmniejszania się informacji zawartej w jakimś układzie fizycznym. Od razu jednak muszę zaznaczyć ,ze wcale nie o to mi chodzi. Chodzi mi ,aby przez wnikliwe studiowanie (przy pomocy dostępnych środków) pewnych aspektów pojęcia informacji ( nie wykluczając jej przedefiniowania) tak ją uogólnić, aby było przy jej pomocy możliwe sformułowanie zasady z, której wynikałaby zarówno zasada nieoznaczoności, jak i zasada względności ( to na razie bardzo niejasny pomysł i raczej "program" czy postulat ,a nie gotowy projekt). Nie wykluczam , że dla takiej syntezy konieczne być może posłużenie się innymi pojęciami np. "przyczynowością".
Od razu muszę zaznaczyć, że ostatnie wydarzenia w moim życiu odciągnęły mnie (nie wiem na jak długo, być może na zawsze) od tego mojego projektu. Nie wiem czy będę dysponował w najbliższym czasie dostatecznym dostępem do Internetu, aby dostatecznie pogłębić moje rozumienie tych zagadnień. Doskwiera mi również brak odpowiedniej literatury oraz możliwości przedyskutowania w szerszym gronie pojęć "informacja" ,czy "przyczynowość" (po za Tobą nie znam nikogo, kto choćby trochę interesował się nimi na odpowiednim stopniu ogólności).
Obecnie sporo czasu przebywam na wsi w towarzystwie mojego "przyszywanego" teścia., który jest oryginałem i nie wierzy w teorię Kopernika (podejrzewam ,że nie dopuszcza nawet możliwości ,ze Ziemia jest kulista).Marzena zamierza w najbliższym czasie przeprowadzić remont domu w Zabielu (dach, centralne ogrzewanie, łazienka, kanalizacja i ocieplenie oraz być może zrobienie dwóch dodatkowych pokoików na poddaszu), tak abyśmy mogli wraz z najmłodszym synem za parę lat przeprowadzić się tutaj oddając mieszkanie w Radzyniu ,któremuś ze starszych synów. Ja specjalnie nie protestuję przeciwko tym planom uznając je za racjonalne. Stawiam jedynie warunek, że należy postarać się o zainstalowanie jakiegoś Internetu i ewentualnie jakiegoś mechanicznego środka lokomocji np. skutera, aby być bliżej miasta.
________________________________________________________
Szachy
Hej Tadeusz
Poczułem się poniekąd zniewolony do napisania Ci odpowiedzi na Twoją "odpowiedź" głównie dlatego, że nie mam nic lepszego do roboty. Moje konkretne pomysły dotyczące pojęcia "informacji", które mogłyby być przydatne do sformułowania "super-zasady" są jeszcze w powijakach i muszę nad nimi jeszcze popracować i to i owo gruntownie przemyśleć. Moje myśli ukierunkowują się na jak najbardziej ogólne, ale matematyczne opisywanie sytuacji, którą roboczo nazywam "Grą".
Spróbuję na przykładzie szachów pokazać Ci o co mi mniej więcej chodzi. Człowiek (ale także komputer) grający w szachy staje co chwila (jeśli wypada na niego kolejne posunięcie) przed koniecznością wyboru określonego ruchu zgodnego z regułami gry. Człowiek podobnie jak maszyna może np. w sposób losowy ze zbioru wszystkich możliwych posunięć wybrać jedno (napisałem nawet kiedyś taki program komputerowy w Delphi). Oczywiście taka "gra" jest grą idioty i nawet nie zasługuje na to miano gdyż taki "gracz" zawsze przegra z przeciwnikiem, który choć trochę zachowuje się "racjonalnie" i odrzuca z jakichś powodów "złe" posunięcia.
Łatwo sobie wyobrazić również Gracza (komputer ,albo Pana Boga), który zawsze gra idealnie, tzn w danej sytuacji wybiera ze zbioru posunięć ruch najlepszy (lub ściśle mówiąc jeden spośród ruchów najlepszych) .Posunięcia , które stoją przed graczem można bowiem podzielić na dwie zasadnicze grupy: jedna to "ruchy najlepsze", które nie zmieniają oceny sytuacji np. gdy pozycja jest oceniana (przez superkomputer lub Pana Boga czyli "super-gracza") jako remisowa lub wygrana dla białych, to po wykonaniu jednego z tych posunięć ocena sytuacji się nie zmieni. Druga grupa posunięć to posunięcia "błędne" po wykonaniu takiego posunięcia ocena pozycji zmienia się z wygranej na remisową, z remisowej na przegraną lub nawet z wygranej na przegraną.
Jest oczywiście jeszcze trzecia grupa posunięć czyli "posunięcia bez znaczenia" gdy twoja sytuacja jest przegrana , a przeciwnikiem jest "super-gracz". Zwróć uwagę ,że taki podział na "ruchy najlepsze" i "ruchy błędne" jest bardzo ogólny i można go odnieść (jeśli ktoś np. nie lubi szachów) do każdej gry strategicznej , w której posunięcia wykonuje się na przemian np. do warcabów, czy do gry "w kółko i krzyżyk" ,czy do gry zwanej "ewolucją" , gdzie graczem są geny, a każde posunięcie to osobnik ukształtowany w oparciu o instrukcje zawarte w genach..
Niezwykle istotne jest to ,ze wśród "reguł gry" znajdują się takie, ze jedna ze stron grających uznaje daną sytuację za pożądaną i określa ja mianem wygranej ( np mat w szachach lub ustawienie trzech krzyżyków w rzędzie w grze w kółko i krzyżyk ,czy też możliwość dalszej replikacji w grze zwanej "ewolucją") Niezmiernie ważną jest również "ocena pozycji', która ze zbioru wszystkich możliwych ruchów pozwala wybrać te ,choćby subiektywnie najlepsze ruchy. Wynik gry zależy właśnie najbardziej od obiektywności "oceny pozycji", Według mojej terminologii obiektywnie oceniać pozycję potrafi jedynie postulowany przeze mnie "super-gracz".
.Oczywiście w tych najbardziej ogólnych rozważaniach należy brać pod uwagę zjawisko "losowości'", gdzie wybór optymalnego posunięcia może zależeć od losowego rozkładu elementów pozycji , tak dzieje się np. w Brydżu lub w "ewolucji" gdzie zakładamy, że "super-gracz" nie ma całkowitej wiedzy o wszystkich elementach "pozycji' , jednak również w tym przypadku jest możliwe w zasadzie odróżnienie ruchów "racjonalnych" czyli' "najlepszych", od ruchów "błędnych".
W świetle powyższej analizy chcę przejść do Fizyki, czy ogólniej Nauki, która. jawi mi się jako gra Człowieka z Naturą , w której zasady, cele gry nie są do końca określone ( tu jakby analogia do szachów zawodzi).Poszczególni ludzie w swym indywidualnym istnieniu prowadzą szereg "gier" o różnych regułach i celach jak np. gry ekonomiczne, gry polityczne. gra w, której wszyscy musimy brać udział , czyli gra w biologiczną ewolucję itd. Możemy sobie z resztą wymyślić praktycznie nieskończoną ilość gier o różnych zasadach i celach, które możemy prowadzić na poziomie indywidualnym. Najbardziej typowe to hedonizm , czy wygoda życiowa , których celem jest uzyskanie możliwego maksimum zadowolenia przy minimum cierpienia i kosztów psychicznych, ale możliwe są tez inne cele np. zapisanie się w historii, albo wyprodukowanie "dzieł nieśmiertelnych" np. w dziedzinie sztuki lub nauki, można tez wymienić jako jedno z najbardziej typowych "zbawienie duszy" czy inne cele religijne.
Wróćmy jednak do Nauki jako jednej z podstawowych "gier" jaką prowadzi człowiek zarówno w aspekcie indywidualnym jak i gatunkowym. Muszę od razu zauważyć , że moja metafora szachów tu nieco się chwieje, gdyż nie znane nam są zarówno '"zasady tej gry' jak i "cele tej gry". Jedną z odpowiedzi na ten problem na jaką zdobyła sie współczesna nauka jest pojęcie ewolucji. Byłaby to podstawowa "gra", przegrana w której zakończyłaby wszystkie inne "gry" i cele jakie stawia sobie Człowiek.
Istotnie przegrana dinozaurów oznaczała równocześnie zakończenie wszystkich "gier" jednostkowych , wszystkich pojedynczych losów osobniczych i stanowiła koniec dla każdego osobnika z rodzaju dinozaurów. Oczywiście nie stanowiło to końca "gry w ewolucję" .Geny (w tym niektóre z genów dinozaurów) przetrwały i powielały sie nadal zgodnie z zasadami tej gry i zgodnie z celem, którym jest "egoistyczne samo-powielenie" tak obrazowo opisane np. przez Dawkinsa.
Istnieje jednak zasadnicza różnica między dinozaurami a Człowiekiem. Człowiek w pewnym momencie uświadomił sobie istnienie ewolucji. poznał wiele z zasad i reguł tej gry oraz jej cel czyli "wygraną" w postaci przetrwania i powielania się w jak największej ilości i w jak najdłuższym okresie czasu genów. Nie wiadomo wcale ,czy ta świadomość jet atutem i daje jakąkolwiek przewagę w grze, może być bowiem tak, że posunięcia człowieka "są bez znaczenia" , gdyż z punktu widzenia "Super-gracza" być może Człowiek jako gatunek i tak znalazł się w pozycji przegranej. Tym nie mniej wydaje się, ze jest istotną różnicą możliwość (choćby potencjalna) odrzucania ruchów "błędnych" wiodących ku niechybnej zagładzie, a wykonywanie jedynie "ruchów najlepszych" przynajmniej w miarę coraz lepszego i dokładniejszego poznawania "reguł gry".
Inaczej mówiąc dinozaury były jedynie bezwolnymi pionkami przesuwanymi na szachownicy ewolucji, natomiast Człowiek gra jakby w "żywe szachy" pełniąc jednocześnie rolę bierek na szachownicy, ale mając również wpływ (poprzez swoich przedstawicieli) na przebieg samej gry i kolejne posunięcia...
Po tych dość ogólnych uwagach zamierzam przejść do zaprezentowania Ci mojego konkretnego "pomysłu' ,którego celem jest pogodzenie zasad Mechaniki Kwantowej i Teorii Względności .Będę rozważał sytuację o wiele prostszą niż ta, która występuje w realnej nauce, ale będę się starał prowadzić rozważania na tak dużym stopniu ogólności, aby wnioski jakie wyciągnę mogły odnosić się również do nauki
.Na początek chcę przedstawić Ci pewien ogromnie uproszczony model sytuacji jaka panuje w Fizyce.Za przykład posłużą mi szachy (ale może to być dowolnie inna gra strategiczna np. warcaby, lub GO).Otóż z jednej strony moglibyśmy to co dzieje się na szachownicy, zakładając istnienie pewnych reguł dotyczących ruchów bierek, jako zapis pewnej historii , która się odbyła (lub musi się odbyć). Ten zapis byłby pewną funkcją współrzędnych przestrzennych poszczególnych bierek czyli (dla szachów) par liczb mieszczących się w zbiorze liczb naturalnych od 1 do 8 oraz czasu, dla szachów byłby to numer kolejnego posunięcia..
Sytuacja byłaby więc analogiczna do sposobu opisu historii cząstek w Teorii Względności .Podstawowym narzędziem matematycznego opisu byłaby funkcja przestrzeni i czasu a cała "historia" byłaby ściśle zdeterminowana, tak jak zapis partii , która się odbyła lub która jest dla nas instrukcją jak przesuwać kolejno bierki na szachownicy.
Z drugiej strony sytuację na szachownicy moglibyśmy opisywać, tak jak czyni to Mechanika Kwantowa. Podstawowym narzędziem opisu byłaby już nie funkcja, ale operator działający. na funkcję falową zależną od współrzędnych przestrzeni i czasu. Położenie bierek nie byłoby już ściśle określone, a np czarny skoczek mógłby w trzecim ruchu znajdować się na polu F6 z prawdopodobieństwem 0.75 lub na polu G8 z prawdopodobieństwem 0.25.Istniałyby oczywiście nadal reguły gry, a wśród nich np. dodatkowa reguła (coś w rodzaju zakazu Pauliego),że w danym ruchu ,na danym polu nie może znajdować się więcej niż jedna figura.
.Nie istniałaby już jedna ściśle zdeterminowana "historia" czyli zapis przebiegu parti,ale istniałby szereg (bardzo dużo) zapisów alternatywnych partii możliwych do rozegrania, z których (jakby w czasie rzeczywistym ) realizowałby się jeden konkretny ruch.
W tym miejscu należy zauważyć ,że zarówno w sytuacji pierwszej jak i drugiej nie ma miejsca na pojęcie prawdziwej Gry. W pierwszym przypadku jest to właściwie ściśle zdeterminowana sekwencja posunięć, w drugim ruchy realizują się (materializują, lub aktualizują) zgodnie z regułami prawdopodobieństwa, a więc (jakby wbrew Einsteinowi) Bóg jednak "gra w kości".
Mój pomysł polega na tym, ażeby wbrew tym dwóm wykluczającym się nawzajem opisom partii szachowej, uznać sytuację prawdziwej Gry za realną. Od strony matematycznej oznaczałoby to poszukiwania matematycznego bytu, który o ile wiem jeszcze nie istnieje i należałoby go wymyślić..
Roboczo taki byt nazwałbym Operandem, który nie byłby ani funkcją ani operatorem , ale czymś pośrednim pomiędzy nimi. Operand taki miałby tę własność, że w jednej granicy, jakiegoś parametru (ale nie mogłaby to być ani prędkość światła ani stała Planca) przechodziłby w zwykłą funkcję, w innej przechodziłby w zwykły operator.
Gdyby udało mi się w matematyczny sposób opisać sytuację gry w szachy,. przy pomocy takiego Operandu, to miałbym nadzieję na uogólnienie tego pojęcia i próbę budowy opisu fizycznego w oparciu o takie operandy. Ogólna zasada, której poszukuję miałaby matematyczny wyraz przez odwołanie się do tego nowego pojęcia podobnie jak wyrazem Zasady Względności są funkcje zachowujące się w określony sposób przy transformacjach przestrzeni i czasu, a wyrazem matematycznym Zasady Nieoznaczoności są niekomutujące ze sobą operatory pewnych wielkości fizycznych.
Przyszło mi do głowy ,ze pojęcie "Gry' jest dużo bogatsze od tego zaprezentowanego na początku maila. Sytuacja , że naprzeciwko siebie siadają dwaj "przeciwnicy' ktorzy mają sprzeczne nawzajem cele "pokonać rywala", nie jest jedyną możliwą .Możemy np. umówić się , że naszym wspólnym celem jest powiedzmy rozegranie możliwie najdłuższej zgodnej z regułami gry partii, albo doprowadzenie do pewnej z góry upatrzonej pozycji w jak najmniejszej liczbie ruchów. W szachach istnieje właściwe nieograniczona ilość takich celów jakie możemy stawiać przed sobą i jest to chyba najbardziej charakterystyczna cecha każdej sytuacji jaką możemy określić mianem "Gry".
Odbiegłem na chwilę od tematu jakim jest dla mnie niewątpliwie określenie jakie warunki powinien spełniać "operand" i co jest potrzebne dla jego zdefiniowania oraz stworzenia reguł matematycznych potrzebnych do efektywnego posługiwania się tym pojęciem. Na obecnym etapie moich rozważań postuluję aby operand zależał od dwóch niezależnych argumentów, z jednej strony od współrzędnych przestrzennych i czasowych (tak ,aby w granicy stać się funkcją) z drugiej strony od funkcji falowej tak, aby w granicy (na przeciwnym biegunie) przechodzić w operator działający na tej funkcji falowej.
Koniecznym jest zdefiniowanie parametru od, którego wartości zależałoby. czy dany operand opisuje sytuację zdeterminowaną ( a więc rodem z teorii Względności) czy sytuację "rzutu kostką" (sytuacje opisywaną przez Mechanikę Kwantową) czy tez sytuację pośrednią, a więc sytuację "Gry".
Kandydatem na taki parametr byłaby "złożoność układu" co sugerowałeś zastanawiając się nad problemem świadomości. Problem polega na tym ,że złożoność układu niezwykle trudno ująć matematycznie, wiemy np. że niezwykle złożone układy ( z punktu widzenia wszystkich parametrów szczegółowych je opisujących) jak np. ciecze, czy gazy zachowują się najczęściej makroskopowo w sposób deterministyczny i nie bardzo wiadomo co przyjąć za kryterium "prawdziwej złożoności".
.Lepszym kandydatem (matematycznie dobrze zdefiniowanym) wydaje się być Informacja .W przypadkach ściśle zdeterminowanych (jak Teoria
Wpis pochodzi z bloga użytkownika:
Bezdomny
|
| |
| |
|
14 grudnia 2010
24 VI 2008
Mam wrażanie ,ze ostatnio moi koledzy (niektórych uważałem za przyjaciół) odwracają się ode mnie. Nie mogę zastać w Internecie Tadzia (kontakt jakby się urwał), z Markiem Drobem świadomie przerwałem konwersacje po tym jak mnie zawiódł w sprawie zatrudnienia mnie do zbioru czereśni i nawet Jarek Guż nabrał ostatnio do mnie jakby dystansu i kontakty bezpośrednie jakby się rozluźniają. Możliwe , ze ma to związek z moim zdecydowanym stanowiskiem w kwestiach politycznych (choć nie w przypadku Tadzia ,z którym dyskusja odbywała się przede wszystkim na polu fizyki i nauki).
Mam obecnie ochotę jakby podsumować, uporządkować moje poglądy polityczne i mój stosunek do najnowszej historii naszego kraju poprzez pryzmat i optykę mojej indywidualnej historii...
Okazało się, że po okresie dyktatury i reżymu nazywanym "dyktaturą proletariatu", a będącą w istocie dyktaturą określonej grupy (klasy) ludzi, nie tylko Polaków, wystarczyło tylko przestrzegać pewnych procedur (reguł), aby stopniowo przejść do ustroju demokratycznego. Chodzi mi o procedury związane z wyborami do sejmu, senatu, na prezydenta, dotyczącymi przebiegu kampanii wyborczej, zagwarantowaniu pewnych wolności (np, wolności zgromadzeń, prawa do strajku, zniesienia cenzury, pluralizmu światopoglądowego i politycznego).Nikt chyba ode mnie nie zdaje sobie lepiej sprawy ze śmieszności, absurdalności i głupoty niektórych przejawów demokracji. Fakt , że głos jakiegoś wybitnego intelektualisty znaczy dokładnie tyle samo co głos zupełnego idioty i kretyna, że do roli polityka i przedstawiciela narodu może równie dobrze kandydować profesor renomowanej uczelni jak i Kononowicz, wydaje się być na pierwszy rzut oka szczytem groteski i urągać zdrowemu rozsądkowi. Ale nie można oczywiście poprzestać na tym stwierdzeniu. Demokracja bowiem obok tej widocznej groteskowości ma zalety ,których nie ma żaden inny ustrój polityczny. Niektórzy powołując się na przykład z Sokratesem wskazują na istotne wady demokracji, która skazała na śmierć jednego z najwybitniejszych myślicieli w historii. Zapominają oni o fakcie, że w innych warunkach (niedemokratycznych) myśl Sokratesa i on sam, jako myśliciel w ogóle nie miałyby szans zaistnieć. Sokrates, nie mógłby na przykład prowadzić swojej działalności w Sparcie albo innym niż Ateny państwie greckim bo tam na pewno nie pozwolono mu na jego metodę prowadzenia dyskusji o sprawach abstrakcyjnych jak idee dobra, cnoty itp. tak odległych od spraw bieżących i praktycznych. Należy również pamiętać, że sam Sokrates zgodził się z wyrokiem na swoją osobę wydanym według procedur demokratycznych odmawiając prób wywinięcia się od wyroku. Według mnie największą zaletą demokracji jest jednocześnie największa jej wada (taki sobie zamierzony paradoks).Zaletą jest dopuszczenie do koegzystencji w ramach jednego ustroju małostki, głupoty, słabości, śmieszności, niedojrzałości z powagą, heroizmem, mądrością, autorytetem. Dopuszczenie do głosu ludzkich słabości czyni ten ustrój bardziej ludzkim od konkurencyjnych. Jest to również największa wada demokracji , gdyż z góry wiadomo , że w swobodnej dyskusji głupota zawsze weźmie górę na mądrością, karykatura i śmieszność weźmie górę nad powagą i zatroskaniem sprawami publicznymi. Zawodowi politycy rozumiejąc tą sytuację w czasie kampanii wyborczej i żebrząc o głosy wyborców prześcigają się w demonstrowaniu swojego dowcipu, populizmu, nawet głupoty byle tylko okazać się " jednym z nas". Cały ten cyrk jakim jest kampania wyborcza i same wybory nie ma sobie równych jeśli chodzi o widowiska publiczne ku uciesze gawiedzi. Są debaty telewizyjne, obietnice ,kiełbasa wyborcza, dyskusje i kłótnie publiczne, demonstracje poparcia, rewie mody w wystąpieniach publicznych, zaangażowanie gwiazd popkultury itp. Oczywiście sam program polityczny i społeczny, różnice polityczne stają się drugo albo i trzeciorzędne, gdyż w wypadku zwycięstwa jakiejś opcji i dojściu do władzy zawsze można wykręcić się z obietnic, a mając przeważnie w garści "niezależne" media i cały aparat państwowy można prowadzić nawet politykę całkowicie niezgodną z głoszonym przez siebie programem. Mimo takiego obrazu demokracji, porównując dwa ustroje ,w których przyszło mi żyć czyli dyktaturę (i to zależną od obcego supermocarstwa) oraz obecną młodą demokrację, muszę zdecydowanie opowiedzieć się za teraźniejszością. Obecnie chyba najbardziej (mimo , że sam za mądry nie jestem) doskwiera mi wszechobecna głupota, codzienny gwałt jaki zadają media zdrowemu rozsądkowi, taniocha, brak poziomu i stylu. Ten gwałt jaki odbywa się na osobie mądrzejszej, dojrzalszej przez osobę niedojrzałą niezwykle barwnie opisywał już Gombrowicz stając zresztą po stronie młodości , niedojrzałości i demaskując niedojrzałość dojrzałych Poprzedni ustrój właśnie był taki -autorytarny, pozował wymachując dziełami Marksa, Engelsa i Lenina na staruszka ,który pozjadał wszystkie rozumy świata i który doskonale wie co jest najlepsze w praktyce zachowując się infantylnie i irracjonalnie , mnożąc kłamstwa i niedorzeczności i czyniąc z nikczemności i słabości cnotę.
Moja aktywność zawodowa zaczęła się w okresie przejściowym, sejm kontraktowy , rząd Mazowieckiego , Balcerowicz, prywatyzacje, prezydentura Wałęsy , a później Kwaśniewskiego. Po ostrym kryzysie wywołanym chorobą, u schyłku Stanu Wojennego i wcześniejszych próbach działalności opozycyjnej (jeszcze na studiach) trafiłem do wiejskiej, zabiedzonej podupadającej szkoły podstawowej, gdzie próbowałem uczyć głównie matematyki i fizyki, ale uczyłem także chemii i WF-u .
Z miejsca popadłem w konflikt z dyrektorką szkoły Stanisławą Skwarą, która oczywiście należała do PZPR i była uwikłana z miejscowymi ludźmi w jakiś spór dotyczący przywłaszczenia sobie przez nią jakichś materiałów budowlanych przeznaczonych onegdaj na budowę nowej szkoły. Bardzo trudno było odnaleźć mi się w tamtym środowisku. Dzieci były straszliwie zaniedbane edukacyjnie i wychowawczo. Nie udawało mi się zyskać ich autorytetu , ani zaciekawić naukami ścisłymi, ani też utrzymać niezbędnej dyscypliny na lekcjach, przy próbach nawiązania kontaktu argumentowały ,że za nic nie chciałyby się uczyć, aby zarabiać tyle co ja podczas gdy ich rodzice (rolnicy) , albo znajomi robotnicy mają podobno miesięcznie trzy razy tyle co ja.
Zmagałem się nie tylko z takimi problemami jak brak podręczników, czy pomocy naukowych do chemii i fizyki, ale np. brakiem wody , którą trzeba było ciągnąć ze studni przy pomocy kołowrotu, czy jedyny drewniany, brudny wychodek z którego można było korzystać do spółki z dziećmi i nauczycielkami (byłem jedynym mężczyzną w kadrze) i w , którym (co było normą)w tamtych czasach często brakowało papieru toaletowego, wobec braku takowego w sklepach. Sam dokładnie nie wiem z czego wziął sie konflikt z panią Skwarą. Czy z taktyki , którą zawsze obierałem od czasów szkolnych , a polegała na otwartym głoszeniu poglądów sprzecznych z oficjalnymi, prowokowaniu i rozbudzaniu dyskusji, czy może podejrzeniach , że miejscowi za dużo mi powiedzieli o jej przeszłych sprawkach związanych z tymi materiałami budowlanymi dość , że zacząłem wyczuwać ,że zaczęła się mnie bać.
Zaczęły się wtedy wobec mnie zarzuty, które polegały głównie na tym ,że nie wywiązuje się ze swoich obowiązków ,które według niej miały polegać na pisaniu konspektów do każdej lekcji , a które ona miała podobno prawo sprawdzać. Nie pisałem tych konspektów ,bo po prostu nie widziałem w tym sensu. Sytuacja każdego dnia w szkole była inna , nieprzewidywalna i trudno było cokolwiek zaplanować, nie miałem podręczników ,gdyż brakowało ich nawet dla uczniów, a do fizyki nie miałem nawet jakiegokolwiek programu nauczania (taką sytuację odziedziczyłem po poprzedniczce).Pomijając to, często wobec bardzo różnie kursujących PKS-ów i niekiedy pięciokilometrowym marszu do Ulana bywałem tak zmęczony, że wymyślanie planu na następną lekcję było ponad moje siły ."Dyrektorka" tej szkoły w każdym razie posunęła się prawdopodobnie (nie jestem tego pewny do końca gdyż miewałem nawroty choroby) do przywłaszczenia sobie moich pieniędzy (tzw trzynastki) ,miała bowiem zwyczaj przywozić pieniądze z gminy i dawania ich nauczycielkom i mnie bez pokwitowania. Z całą natomiast pewnością posunęła się do anulowania mojej decyzji dotyczącej pozostawienia na następny rok pewnego "ucznia" ,który w ósmej klasie nie umiał czytać ,ani liczyć do dziesięciu (postulowałem do oddania go do szkoły specjalnej).Wykorzystała moją nieobecność na radzie pedagogicznej z powodu jakiejś silnej grypy, która mnie napadła i podrobiła moją notę i mój podpis w dzienniku.
25 VI 2008
Czy pisać o tym dalej, czy ktokolwiek to przeczyta i wyciągnie jakieś wnioski , jakie to ma znaczenie wobec problemów globalnych, przed którymi stoi ludzkość ? Szczerze mówiąc wobec znikomej szansy , ze ktoś to w ogóle przeczyta mam to w dupie, i jedynie cień tej znikomej szansy, że być może np, wskutek mojej śmierci, ktoś jednak będzie to czytał oraz fakt ,że pisanie przynosi mi pewną ulgę w mojej egzystencji powoduje, że mimo wszystko piszę. Zamierzam na podstawie przypadków mego dalszego życia pokazać mechanizmy funkcjonowania systemu ,który chylił się ku upadkowi, a którego orędownicy stosując różnorakie techniki zachowania zupełnie dobrze się mają obecnie i usiłują nawet nadawać ton i narzucać tematykę toczącej się obecnie dyskusji. Nie próba dyskusji i krytyki poglądów ,ale totalne lekceważenie podszyte nutą pogardy wobec egzystencji bliźniego i jego problemów, owo zmienianie tematów, płaski dowcip wykręcający się od problemów zasadniczych powoduje, że czuję się całkowicie samotny, dziwaczny w swoim widzeniu świata i nie ośmielam się wystąpić publicznie ze swoimi poglądami, mając zresztą bardzo ograniczone środki techniczne i praktyczne. Niemal skłonny jestem uwierzyć, że problemy rodziny Mostowiaków z "M jaj miłość" rozrywka w programach takich jak "Gwiazdy tańczą na lodzie" czy "Jak oni śpiewają?" całkowicie wyczerpuje możliwości percepcyjne i ciekawość poznawczą całego społeczeństwa Polaków i wszelka inna tematyka jest nieistotna i nudna nie wyłączając tematyki religijnej mimo, że 90% społeczeństwa deklaruje swoją katolickość.
Ale przejdźmy do dalszego ciągu moich wspomnień i przygód w pracy zawodowej .W szkole, której pracowałem poznałem przyszłą moją żonę Marzenę, która zdecydowanie i z większym przekonaniem niż ja sam opowiedziała się przeciwko Skwarowej oskarżając ją o malwersację mojej trzynastki .Musieliśmy oboje odejść z pracy w tej szkole ze względu na to ,że władze były niezdecydowane czy zająć nasze stanowisko czy też podważać "autorytet" Skwarowej , choć sprawa z prawnego punktu widzenia chyba była oczywista, gdyż dyrektorka nie miała prawa bez pokwitowania przekazywać nam pieniędzy .Mnie nie chciało się specjalnie ciągnąć sporu i walczyć za wszelką cenę, gdyż sytuacja życiowa (miał się wkrótce narodzić nasz pierwszy syn) zmuszała mnie do poszukania pracy, bliższej mojego miejsca zamieszkania i (miałem nadzieję mniej stresującej). Okazja trafiła się w oddziale ZUS-u w Radzyniu Podlaskim, gdzie poszukiwano do pracy informatyków mających się zająć komputeryzacją i unowocześnieniem urzędu.
Miałem skromną wiedzę w dziedzinie programowania wyniesioną ze studiów na fizyce na UMCS oraz duży zapał i chęć poznania tajników programowania i wykorzystania komputerów w praktyce.
Trzeba od razu zaznaczyć , że nowe prądy i nurty polityczne docierały na prowincję ze znacznym opóźnieniem i np. dyrektor odziału ZUS w Radzyniu Podlaskim usiłował zagonić swoich pracowników, w tym mnie, na demonstrację pierwszomajową z udziałem czerwonych flag pod hasłem "czerwone bo na nich robotnicza krew" już w okresie gdy np. w Warszawie nikt nie przywiązywał wagi do pochodów pierwszomajowych i odbywały się raczej demonstracje antyrządowe, a czerwień na flagach była powszechnie znienawidzonym symbolem zniewolenia Polski przez Sowietów. Dyrektorem ZUS-u , który mnie przyjął do pracy był wówczas Leon Rumowski , postać bardzo swoista i charakterystyczna. Określał się jako komunista, nie stronił od alkoholu, a stosunek do podwładnych pań miał taki, że dzisiaj nazwalibyśmy to molestowaniem seksualnym, a wówczas (podejrzewam) było to normą w stosunkach między przełożonym starszym panem, a dużo młodszymi podwładnymi. Z resztą dużo lepiej od terminu "molestowanie seksualne" sprawę oddaje gombrowiczowski termin "upupianie" bowiem wskazując niezmiennie na swój autorytet jako dyrektora traktował kobiety infantylnie
nazywając "Smerfetkami", zdrabniając i traktując tak jakby się samych głupstw po nich spodziewał niekiedy mówił o którejś że się "szlajają" i udawał zdziwienie, że ta zachowywała sie tak jakby była obrażona .Pełen był mądrości w rodzaju "prowizorki są wieczne" i właściwie na niczym się nie znał , dumny był jedynie ze swoich znajomości i wpływów dzięki którym przyznano mu środki na budowę nowej ,okazałej siedziby urzędu. Budowę tą realizował (wymuszał dotrzymywanie zobowiązań na wykonawcach) w ten sposób, że groził tym firmom (głównym wykonawcą. był LZNS) przeprowadzaniem kontroli przez swoich podwładnych. Rzeczywiście był to w tamtych czasach dużo skuteczniejszy środek niż groźby płacenia kar za opóźnienia, czy sprawy sądowe o niedotrzymanie umowy wykonania. Taki sposób działania przyznaję bywał skuteczny, ale charakterystyczne jest to ,że Rumowski (a podejrzewam i jemu podobni) uważał to za sprawę zupełnie naturalną a także to, że kontrola płacenia składek ZUS jest fikcją i jedynie środkiem wymuszającym pewne usługi było rzeczą zupełnie normalną dla niego, podobnie jak to ,że pieniądze i umowy między podmiotami były fikcją i bardziej liczyły się bowiem prywatne znajomości i usługi .Piszę o tym aby uzmysłowić lepiej mechanizmy działania przedsiębiorstwa lub firmy państwowej. Właśnie fikcyjność wszelkich oficjalnych form i realność nieoficjalnych oraz rozziew między tymi światami był najbardziej charakterystyczną cechą funkcjonowania przedsiębiorstw socjalistycznych i całego państwa. Ja oczywiście w tych warunkach nie mogłem czuć sie dobrze.
Tutaj mała dygresja, w szkole i na studiach zawsze męczyła mnie sytuacja, gdy ktoś stawał przed jakąś grupą usiłował coś głosić i napotykał ścianę, zupełny brak zainteresowania, niechęć, milczenie aż sytuacja stawała się niezręczna i wręcz żenująca, ludzie (większość) była przekonana , że nie warto sie otwierać na oficjalnych spotkaniach (np. na zajęciach szkolnych), gdyż poniesie się karę. Ja często przyjmowałem inną taktykę, podejmowałem temat czasami nawet sztucznie ustawiając się w roli oponenta lub zainteresowanego i przerywałem tą żenującą ciszę, wdawałem się w dyskusję ułatwiając prelegentowi zadanie, często byłem jedynym słuchającym i prowadzącym konwersację na sali. Myślę ,że dzięki tej uldze ,którą sprawiałem, wybawiając mówcę z kłopotu otrzymywałem pewną nagrodę np. na egzaminie lub sprawdzianie byłem już mu znany co owocowało nieco łagodniejszym traktowaniem mnie mimo ,że do egzaminów i sprawdzianów prawie nigdy nie przykładałem się należycie .Taka postawa, tak myślę z perspektywy, ochroniła mnie między innymi na studiach w czasie Stanu Wojennego od zbytniej inwigilacji ze strony SB, bo co do tego ,że byłem obserwowany i otoczony agentami to nie ulega wątpliwości (robiłem bowiem rzeczy bardzo ryzykowne).Wydaje się ,że SB nie widziała we mnie zagrożenia, gdyż z jednej strony mówiłem często oficjalnie to co inni myśleli z drugiej strony interesowałem się sprawami bardzo abstrakcyjnymi takimi jak matematyka, fizyka teoretyczna czy filozofia, a z trzeciej strony nie należałem do żadnej organizacji typu NZS czy Solidarność, a także nie miałem żadnych wygórowanych wymagań materialnych ani ambicji wyjazdu na zachód .Myślę ,że z tego właśnie powodu nigdy nie miałem oficjalnych kontaktów z SB i ,że zostawili mnie w spokoju.
Bardzo szybko okazało się ,że dyrektorowi Rumowskiemu całemu kierownictwu ZUS-u w Warszawie wcale nie chodzi o wprowadzenie komputeryzacji ,aby osiągnąć jakiś racjonalny cel np, zmniejszyć koszty własne zakładu, zmniejszyć zatrudnienie w Oddziałach ZUS usprawnić i ułatwić pracę oraz obsługę klientów. Okazało się ,że prawdziwym celem kierownictwa ZUS w Warszawie było odfajkowanie tematu "komputeryzacja", zaś prawdziwym celem dyrektora Rumowskiego było załatanie braków kadrowych w niektórych działach zakładu i zmniejszenie ciężaru bieżących obowiązków i zaległości. Rumowski wymyślił ,że my tzn informatycy będziemy pracowali w kolejnych działach zakładu( początkowo miało to być po dwa tygodnie),aby zapoznać się ze specyfiką działania tych działów, obiegiem dokumentów, techniką pracy itp. Na pozór wyglądało to dosyć rozsądnie chociaż powinienem już wtedy postawić sobie pytanie, czy mnie jako przyszłemu programiście potrzebna jest rzeczywiście gruntowna wiedza przepisów prawnych, ustaw dotyczących ZUS-u, wprawa w dodawaniu kolumn liczb, adresowaniu i zaklejaniu kopert ,sprawnym ręcznym wydawaniu decyzji urzędowych i przystawianiu pieczątek, sprawdzaniu poprawności danych na tych decyzjach, "praca z aktem" czyli z teczką personalną emeryta lub rencisty ,naklejanie nalepek drukowanych przez ZETO w Lublinie i tym podobnych czynności, czy też raczej powinienem ten czas poświęcić na poznawanie sprzętu komputerowego, który wkrótce miał do nas trafić z Warszawy, poznawaniu systemu operacyjnemu i zarazem językowi programowania na tych komputerach, chodziło o minikomputery "Mera" z językiem programowania "Edytor". Dziś z perspektywy czasu wiem ,że wystarczyłyby jednodniowe konsultacje z kierownikami poszczególnych działów ,wskazanie czynności rachunkowych i ręcznego pisania niektórych dokumentów , aby napisać programiki usprawniające te czynności i odciążyć przez to pracownice od wielu ,żmudnych , mechanicznych czynności. Natomiast sprawa zapoznania się ze sprzętem jedynie na podstawie instrukcji( w języku angielskim) i opanowania podstaw programowania wymagała miesięcy. Tym bardziej ,że mimo złudnych obietnic nie zamierzano posłać (nas "informatyków") na żaden kurs, obsługi, albo programowania albo administrowania systemem. Owszem wysłano nas na nikomu niepotrzebny dwutygodniowy pobyt w centrali ZUS w Warszawie dotyczący pracy na olbrzymich zaczynających już wtedy być przestarzałymi niezwykle energochłonnych maszynach IBM, które w nieokreślonej przyszłości miały się znaleźć w naszym oddziale. Okazało się jednak ,że dyrektor tak naprawdę miał zupełnie inny plan. Pod pozorem zapoznawania się z pracą poszczególnych wydziałów byliśmy wykorzystywani do "gaszenia pożarów" w działach ,w których narobiło się najwięcej zaległości.
Okazało się ,że obiecane dwa tygodnie w każdym dziale przeciągały się do miesięcy ,a obiecany z Warszawy sprzęt wciąż nie nadchodził. Pracując często po godzinach zupełnie bez wynagrodzenia, usiłowaliśmy przez ręczne mechaniczne wykonywanie roboty wyciągnąć te działy ze stanu zaległości (co było zresztą niemożliwe).Jednocześnie pojawił się nawał obowiązków związanych z wprowadzaniem systemu komputerowego dotyczącego wypłacania i księgowania emerytur i rent "EMIR", który miał pracować oczywiście nie u nas w Radzyniu (bo nie otrzymaliśmy żadnego sprzętu z centrali) tylko w ZETO w Lublinie, z którym nie byliśmy początkowo połączeni w żadną nawet "pseudosieć" a wszystkie dokumenty i dane trzeba było przewozić fizycznie, uprzednio oczywiście dane ręcznie nanosząc na specjalne karty. Odpowiedzialnością obarczony przez dyrektora został oczywiście nasz wydział ,który w międzyczasie powstał i został nazwany szumnie "Wydziałem Informatyki", a na którego czele stanęła "informatyk" z wykształcenia Grażyna Pawlik, a później jej zastępcą mianowany został Włodek Słowikowski były marynarz specjalista od elektroniki. Oczywiście powoli i nawet nie specjalnie protestując zacząłem domagać się rozliczenia z obietnic dawanych przez centralę i dyrektora, coraz śmielej również uzewnętrzniałem swoje poglądy polityczne próbując być jakąś przeciwwagą dla dominującej PZPR z jej niejasnym w tamtych czasach programem ,a na której czele stał oczywiście Leon Rumowski. Wszystko to rozgrywało się na tle wydarzeń politycznych zachodzących w kraju .Odbyły się pierwsze (częściowo) demokratyczne wybory, powstał rząd Mazowieckiego a Rakowski wyprowadził ze łzami w oczach sztandar i PZPR przestał istnieć. Informacje te jakkolwiek ze znacznym opóźnieniem docierały do świadomości obywateli miasta Radzynia i do samego dyrektora ZUS, który po pijaku ( a zdarzyło mi się ze trzy razy pić z nim wódkę) zaczął ironizować coś na temat komunistów i całego ustroju, generalnie jednak zupełnie nie wiedział jaką postawę przyjąć ,gdyż ścigała go cała jego przeszłość i historia. W owym czasie powstał z inicjatywy jednej z pracownic oddziału bodajże Marysi Szczepaniuk projekt założenia Solidarności i powstał jak gdyby komitet założycielski. Organizacji..
Ja poparłem ten pomysł jakkolwiek nigdy do końca nie identyfikowałem się z tym ruchem widząc w nim elementy ,które mi zupełnie mi nie odpowiadały. Była to jednak jedyna, choć bardzo słabo zorganizowana opozycja do byłej PZPR. Zacząłem aktywnie i energicznie działać namawiając ludzi z naszego oddziału do wstąpienia do naszego komitetu założycielskiego , a także nawiązując kontakty z Solidarnością, która zaczynała działać na terenie naszego miasta. Udało mi się namówić dwóch kolegów z naszego Wydziału Informatyki w tym Włodka Słowikowskiego i Bogusia Sauka (o którym jeszcze wspomnę).Odmówiło mi małżeństwo Pawlików, które było zupełnie uzależnione od dyrektora ,a także Krzysiek Zimoń z naszego wydziału. Zgodziło się za to oprócz wspomnianej Marysi Szczepaniuk wziąć w tym udział ze dwóch gości których nazwisk w tej chwili nie pamiętam (lub nie chce pamiętać) ,a którzy byli prawdopodobnie SB-kami lub byłymi zomowcami. Oczywiście cała sprawa trafiła do Leona i po krótkiej rozmowie , w której robił on szczególne wymówki zwłaszcza Marysi Szczepaniuk i Bogusiowi Saukowi, a ja stanąłem w obronie autonomiczności swojej decyzji i zaprzeczyłem jakobym był sterowany przez kogokolwiek. Stałem się jednym z głównych wrogów dyrektora Rumowskiego Walkę ze mną prowadził przy pomocy Grażyny Pawlik mojej kierowniczki zalecając "obłożenie mnie robotą" tak abym na nic nie miał czasu i abym nie podołał narzuconym obowiązkom. Charakterystyczne jest to ,że Grażyna Pawlik nie była w stanie napisać mi przez ponad rok zakresu obowiązków , który byłby choć trochę usprawiedliwiony zajmowanym przeze mnie stanowiskiem zawodowym (narzuconym przez centralę), które nazywało się programista. W końcu zmuszona przez zapowiedź jakiejś kontroli zdobyła się na ogólnikowe bzdury złożone z co najwyżej siedmiu punktów , z których najważniejszy brzmiał wykonywać polecenia przełożonego. Zacząłem wtedy odczuwać atmosferę strachu, osamotnienia, osaczenia, miałem trudności z koncentracją i pamięcią, słowem zaczynał się nawrót choroby, I faktycznie prawie wszyscy (chyba tylko po za Bogusiem Saukiem) opuścili mnie, gdyż bali się o własne skóry. Zostawałem wtedy po godzinach usiłując sprostać nawałowi mechanicznej ogłupiającej roboty, do której nie miałem przygotowania, niekiedy zostawałem w budynku ZUS na całą noc bez jedzenia przez prawie cały dzień ,pijąc jedynie olbrzymie ilości kawy i herbaty. Szczególną perfidią wykazała się Grażyna Pawlik zlecając mnie i Krzyśkowi Zimoniowi robotę polegającą na wprowadzeniu do systemu "EMIR" kart emerytur i rent o symbolach NZAS ,NZAR, NNZA. Nie byłem na szkoleniu dotyczących tego typu pracy (bo mnie tam nie wysłano) i gdybym wtedy trzeźwo myślał , to po prostu bym odmówił tak jak zrobił to Krzysiek. Emerytury i renty o tych symbolach dotyczyły "bojowników o utrwalanie władzy ludowej". Były to kwotowo jedne z najwyższych rent i emerytur , były przyznawane bez jakichkolwiek wymagań dotyczących wieku, ilości przepracowanych lat, dokumentów świadczących o zarobkach i odprowadzanych składkach na ZUS, a najważniejszą jeśli nie jedyną podstawą prawną przyznania im świadczeń była , duża okrągła pieczątka wraz z podpisem Prezesa Rady Państwa Henryka Jabłońskiego pod decyzją przyznająca im to świadczenie. System "EMIR" traktował podobne sprawy jakby wyjątkowo, pozostawiając je do obróbki ręcznej podczas każdej waloryzacji, których wtedy było bez liku .Dlatego później te świadczenia sprawiały najwięcej kłopotu i wymagały najwięcej pracy, gdyż wszystko trzeba było robić ręcznie. Wtedy , albo krótko potem, nie wytrzymałem napisałem wymówienie, w którym coś tam wyjaśniłem jakby w proteście przeciw metodom pracy w ZUS-ie i samemu dyrektorowi Leonowi Rumowskiemu. Złożyłem to podanie i popadłem w chorobę , byłem hospitalizowany w Lublinie na Abramowickiej , gdzie na szczęście z sukcesem, przeszedłem kurację insulinową .Wróciłem do Radzynia i kilka miesięcy pozostawałem bez pracy zajmując się jedynie synem i przebywając przeważnie w domu. Dowiedziałem się wtedy ,że Rumowski wyleciał ze stanowiska ze względu na pijaństwo w pracy, co było dla mnie śmieszne, gdyż zawsze pił , a prawdziwych powodów się jedynie domyślałem. Dyrektorem ZUS-u został na określony czas jako p.o. dyrektor towarzysz Sieński (wieczny zastępca i człowiek także związany z PZPR-em),Nie mając specjalnej nadziei, że w radzyńskim ZUS-sie cos się zmieni, ale też nie mając środków do życia i uznając , że główny powód moich stresów czyli Leon Rumowski został pokonany, wniosłem sprawę do sądu o unieważnienie mojej dymisji ze względu na chorobę i przywrócenie mnie do pracy na dawnym stanowisku. Sprawę wygrałem, choć Sieński ostro się temu przeciwstawiał w sądzie i wykreował się od razu na kolejnego mojego przeciwnika .Powróciłem do pracy w ZUSie. Wkrótce dyrektorką została Irena Tetlak, zdaje się ,że również była kiedyś w PZPR ale poznałem ją przede wszystkim jako karierowiczkę zdolną przystosować się do każdego układu byle tylko wspinać się w hierarchii stanowisk. Krótko pracowałem na stanowisku programisty, bo zostałem przeniesiony na stanowisko operatora kserografu (chyba wbrew wyrokowi sądowemu) .Ten okres w moim życiu chyba był najspokojniejszy , ale też chyba najbardziej miałki moralnie .Tak jak Kaczyński jestem zdecydowanym zwolennikiem walki z korupcją i wykorzystywaniem stanowisk do osiągania korzyści materialnych po za pensją. Na swoje marne usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że miałem prawie najniższą pensję, wtedy trzech synów, których utrzymanie coraz więcej kosztowało, chciałem ulżyć i pomóc żonie, kserograf był jedynym w mieście i istniało przeogromne zapotrzebowanie na powielanie różnych rzeczy, przepisy w ZUS-ie były zupełnie nieżyciowe i nierealne (pochodziły z okresu Stanu Wojennego). nie umiałem po prostu dać sobie rady z natarczywością różnych "klientów", brałem grosze lub nic lub jakieś drobne prezenty.. Żona była chyba najbardziej zadowolona z tego okresu w moim życiu.. Cóż Kaczyńscy są z pewnością kryształowi ja nie...Nie znaczy to ,ze przestałem się zupełnie interesować tym co działo się wokół mnie.. Z moich usług niezupełnie zgodnie z przepisami korzystali dosłownie wszyscy w ZUS-ie. Interesowałem się nadal przemianami politycznymi w kraju i w ZUS-ie, dosyć trafnie potrafiłem przewidywać bieg wydarzeń, traktując to jako hobby uczyłem się na sucho programować na Merach .które moi koledzy usiłowali (raczej nieskutecznie) zaprząc do bezawaryjnej roboty tak, aby bezmyślnie wydane na nią pieniądze mogły się choćby częściowo zwrócić. W pewnym momencie trafnie przewidziałem ,że sposób naliczania odsetek przez ZUS zaproponowany przez jakiegoś idiotę z centrali całkowicie różny od normalnego i powszechnego, oparty na jakimś głupio skomplikowanym algorytmie, się nie utrzyma i nikt tak robić nie powinien. Ciekawe ,że nie rozumieli tego zawodowi prawnicy zatrudnieni w ZUS , a przygotowania do wprowadzenia tego przepisu szły cała parą i w związku z tym koszty funkcjonowania ZUSu i potem wycofania się z tego pomysłu były określone, za co nikt jak zwykle nie poniósł odpowiedzialności gdyż autor był (również jak zwykle) anonimowy.
Po tym moim sukcesie otrzymałem ponownie propozycję pracy jako programista. Propozycję otrzymałem od Włodka Słowikowskiego. Energicznie zabrałem się do rozpracowywania Mery, a traktując sprawę poważnie i nie próbując podlizywać się ani być skrępowany nadmiernym poczuciem wdzięczności wobec niego, ani jego autorytetem jako programisty usiłowałem najpierw tak poznać system operacyjny i strukturę języka programowania ,aby sam proces programowania i obsługi uczynić wygodniejszym, znośniejszym i mniej żmudnym. Powstał spór miedzy mną, a Włodkiem ,który napisał i wdrożył już pewien programik podczas mojej nieobecności wśród informatyków naszego oddziału, który miał istotne wady Włodek uważał że na gruncie systemu operacyjnego pod ,którym pracowały Mery jest niemożliwa automatyczna zmiana nazwy zbioru i zabronił mi się nawet tym zajmować zdając sobie zapewne sprawę ,ze taka sztuczka nie tylko znacznie ułatwiłaby samą obsługę programów ale mogłaby tak usprawnić sam proces programowania , że stałoby się ono dużo szybsze ,wygodniejsze i niemal porównywalne do programowania na wchodzących wtedy w użycie PC -tach pracujących pod DOS-em,a wspomaganym przez program "nakładkowy" Norton Comander. Rzecz w tym, że udowadniając mu, że jest to możliwe otwierałem drogę do prawdziwego wykorzystania MER ale jednocześnie bardzo podważyłem jego autorytet. Okazał się na tyle uczciwy, że po niedługim czasie zwolnił się z ZUS-u uprzednio załatwiwszy sobie pracę gdzie indziej i na tyle nieuczciwy, ze nie próbował mojego wynalazku wykorzystać, ani poinformować o tym kogokolwiek, a wręcz przeciwnie narzucił mi obowiązki operatora przy obsłudze swojego programu przy wydrukach zbiorówek dla wydziału wypłat i wiele innych czynności operatorskich , które bardzo utrudniały mi doskonalenie sie w programowaniu i próbie zastosowania tych umiejętności w praktyce. W tamtych czasach oprócz normalnych obowiązków po za godzinami pracy opletliśmy cały budynek ZUS wraz z Krzyśkiem i Bronkiem Pawlikiem i Bogusiem Saukiem siecią kabli energetycznych i logicznych nie mając zupełnie do tego fachowego przygotowania ,za bardzo marne pieniądze i przygotowując oddział do założenia sieci terminali mających bezpośrednią łączność z ZETO.MERY powoli stawały się bezużyteczne i cała inwestycja w nie czasu, energii i pieniędzy okazała się być jednym wielkim niewypałem Nikt w centrali , ani w kierownictwach Wydziałów Informatyki w poszczególnych oddziałach nie prowadził spójnej polityki inwestycyjnej a odbywało się jedynie wzajemne spychanie odpowiedzialności, nikt nie liczył kosztów i prawdę mówiąc nie liczył się z kosztami, gdyż nikomu nie było wiadome kto podejmował określone decyzję o zakupach sprzętu i wdrażaniu coraz to nowych rozwiązań informatycznych, które prawie zawsze okazywały się spóźnione, wzajemnie się dublujące lub wykluczające.
Ciekawe jakie jest obecnie zdanie na ten temat obojga kierowników Wydziału Informatyki Włodka Słowikowskiego i Grażyny Pawlik, czy czują się choć trochę współodpowiedzialni , czy też całą winę widzą w centrali w Warszawie, czy też może po stronie dyrektorów Oddziałów. W tamtych czasach zdarzył się wypadek ,który wstrząsnął nie tylko mną , ale również wszystkich innych pracowników naszego oddziału. W niewyjaśnionych tajemniczych okolicznościach zginął nasz kolega , a mógłbym powiedzieć mój przyjaciel , z którym morze wódki wypiłem i mnóstwo "przygód' przeżyłem Boguś Sauk. Boguś według ustaleń policji ostro pił w jakimś mocno szemranym towarzystwie, pobrał trochę pieniędzy (wynagrodzenia) w ZUS-ie ,a po kilku dniach przy naszym (jego kolegów) udziale odnaleziono go utopionego w stawie. Nie miał przy sobie pieniędzy, na ciele nie znaleziono śladów walki, jego marynarka była porzucona na brzegu , a znaleziona przez Włodka Slowikowskiego naprowadziła policję na ciało. Boguś był zawsze człowiekiem sumiennym, wiele rozumiał z tego co działo się w polityce i u nas w ZUS-e, zawsze starał się wykonywać swoje obowiązki starannie, był pomocny i uczynny ,a jego chyba jedyną wadą było to ,że ostro popijał obracając się w mocno podejrzanych kręgach i zadając się często z byle kim , lubił prowokować ludzi po pijaku niekiedy budząc ich agresję. Mój umysł z natury skłonny jest do paranoi i lubi się doszukiwać różnych związków których być może w ogóle nie ma .A jednak jeśli uświadomimy sobie jakie pieniądze wchodziły w grę przy "informatyzacji" ZUS-u ilu ludzi mogło przegrać lub wygrać swoje życie gdyby pewne informacje (które mógł mieć np. Boguś) zostały upublicznione i rozgrzebane, jeśli zdamy sobie sprawę jak gorącym tematem politycznym mogły stać się wtedy emerytury i renty o symbolach NZAS,NZAR i NNZA to można stawiać przypuszczenie ,że ktoś mógł Bogusiowi pomóc rozstać się z nami .Prawdę mówiąc sprawa wspomnianych świadczeń może byłaby jeszcze gorętszym tematem dzisiaj , gdyż z pewnością wielu z tych rencistów i emerytów żyje do obecnych czasów , byli bowiem stosunkowo najmłodsi wiekiem przechodząc pod opiekę ZUS. Jeśli dobrze pamiętam akta tych osób zostały przesłane do centrali i wycofane z systemu EMIR na stosunkowo krótko przed śmiercią Bogusia wywołując wśród pracowników naszego oddziału uczucie ulgi, gdyż sprawiały wiele kłopotów i wymagały dużo pracy .Nigdy później nie mialem z nimi do czynienia .Tematu tego nie podejmowały nigdy media i nie wiadomo mi jaki był dalszy los tych emerytów i rencistów. Wkrótce po śmierci Bogusia i odejściu Włodka Słowikowskiego pani dyrektorka Irena Tetlak przedstawiła mi opisaną wcześniej "propozycję nie do odrzucenia" i przestałem być aktywnym zawodowo obywatelem, a stałem się rencistą.
26 VI 2008 (czwartek)
Po tych wspomnieniach i tej subiektywnej (zapewne) kronice przeszłości zachciało mi się dzisiaj wrócić do teraźniejszości i w świetle moich doświadczeń i mojej optyki zanalizować i podsumować, wyciągnąć wnioski dotyczące dnia dzisiejszego. Otóż zawsze zdumiewała mnie ta nieumiejętność wyciągania wniosków, a nawet niedostrzeganie problemu prezentowana przez olbrzymią większość publicystów w mediach. Jeśli Wałęsa w świetle dokumentów na 90 % był agentem SB, gdyż w mojej ocenie alternatywna możliwość, że wszystko jest sfałszowane , aby skompromitować Wałęsę której czepia się sam Wałęsa usiłując się bronić .. Ja siłą rzeczy jako niespecjalista i niezawodowy historyk, a oceniający rzeczywistość na podstawie jakiejś spójności logicznej i zdrowym rozsądku oceniam na nie więcej jak 10 %,.Dla mnie cała dyskusja i podłoże emocjonalne obrońców jak i przeciwników Wałęsy jest jedynie sztuczną burzą mająca na celu odwieść publikę od naprawdę istotnych pytań jeśli chodzi o Historię jej bieg i mechanizmy zdarzeń historycznych. Jeśli Wałęsa był "Bolkiem" to możliwe jest ,a nawet bardzo prawdopodobne ,że istnieją do dzisiaj siły, które o ile nie umiejscowiły Wałęsy w roli przywódcy opozycji solidarnościowej to wykorzystywały i obecnie korzystają zapewne z sytuacji ,że posiadały one wiedzę na temat jego przeszłości, a nawet stosowne dokumenty. W tej interpretacji tematem obecnej dyskusji powinno być usiłowanie zdemaskowania tych sił i osób, próby ocenienia ich wpływu na bieg zdarzeń historycznych określenie interesów grup społecznych ,które reprezentują i przede wszystkim energiczne poszukiwania, snucie hipotez, prowadzenie badań historycznych mających na celu zdemaskowanie i ujawnienie tych sił. Oczywistą rzeczą jest, że dane na ten temat i jakieś poszlaki mogą znajdować się w aktach IPN, dokumentach bezpieki lub np. w rękach prywatnych osób niekoniecznie publicznych. Jest również bardzo prawdopodobną hipotezą, że materiały potwierdzające manipulację całym ruchem solidarnościowym znajdują się w rękach obcych np,. rosyjskich lub amerykańskich. W tym ujęciu Polska byłaby zabawką w rękach dawnych mocarstw , które realizują na naszym terenie i naszym kosztem jakieś swoje interesy, ale również w tym wypadku nasza "niezależna" prasa i mass media powinny krzyczeć w niebogłosy .Inaczej cała nasza wolność , niezależność i samodzielna polityka jest jednym wielkim kłamstwem przeznaczonym dla mało rozgarniętej gawiedzi W mediach tymczasem obserwuje się jedynie dyskusje na nierozstrzygalny dla zwykłego obywatela dylemat, czy Wałęsa kłamie twierdząc ,że wszystkie materiały zaprezentowane w książce wydanej przez IPN (dla mnie nie ulega wątpliwości z inicjatywy i z poparciem Kaczyńskich) są sfingowane przez SB , czy też on sam osobiście zajmował się czyszczeniem tych akt za swojej prezydentury. Podobno w świetle doniesień mediów jedynym niezbitym faktem jest to ,że z teczki Wałęsy zniknęły w okresie jego prezydentury i być może w momencie, gdy zażądał tych akt dla siebie jakieś materiały, jakieś wyrwane strony. Faktem jest też ,ze wiedział o tym Kwaśniewski za swojej prezydentury i nic z tym nie zrobił. Moim zdaniem Wałęsa był za mądry, a jednocześnie za głupi parafrazując jego słynne paradoksy , aby sam bez niczyjej wiedzy po prostu wyjąć dokumenty i je spalić a potem zwrócić niekompletne. Raczej fakt ,ze Kwaśniewski ukrywał zaginięcie dokumentów (co do których ważności nie mógł mieć wątpliwości) oraz zachowanie Wałęsy w przeszłości i obecnie świadczy, że w gruncie rzeczy grają z Kwaśniewskim w ta samą grę i w tej samej drużynie. A w ogóle sam fakt, że w niezależnym państwie prawa giną najbardziej strzeżone i interesujące dokumenty świadczy ,że albo jesteśmy totalnie infiltrowani przez obce wywiady, albo w grę wchodzą jakieś wewnętrzne nieujawnione siły i jakies tajemnice ukrywane przed publiką.
2 VII 2008
Otóż prawie całe młode (nowe) pokolenie jest całkowicie obojętne wobec ewentualnej ,agenturalnej przeszłości Wałęsy. Im to po prostu wisi i powiewa Dla nich to nie ma znaczenia Jak się nad tym dobrze zastanowię to dla mnie też. Jeśli ja w swoich działaniach byłem po prostu manipulowany i moje gesty, akty, czyny były po prostu wodą na młyn tego co się wydarzało ,jeśli było to celowe działanie jakichś sił, a ja byłem nieświadomym pionkiem w ich grze ,w której grały zarówno białe jak i czarne bierki, ale celem gry nie było wygranie, lecz prowadzący grę zamierzał ustawić określoną pozycję , to moją jedyna postawą obecnie może być totalne lekceważenie, obojętność nawet wzgarda dla wszelkich form agitacji politycznej. Nigdy właściwie do końca nie wierzyłem w hasła, zawsze z niedowierzaniem i podejrzliwością patrzyłem na tych co je głosili. Widzę jednak z dzisiejszej perspektywy, że to wcale nie uchroniło mnie przed pewnym przypisaniem, pewną gębą którą zrobili mi bliźni. Zostałem wyrzucony po za nawias nie umiejąc się identyfikować do końca z Solidarnością (co to właściwie za kurwa jest) ? , a jednocześnie szczerze nienawidząc PZPR, ustroju "realnego socjalizmu" i wszystkich tych którzy go reprezentowali. Jednocześnie widząc i dostrzegając czysto ludzkie uwarunkowania w jakich znaleźli przedstawiciele "reżymu dyktatury proletariatu", którzy (bywało) w odruchach i zachowaniach bywali po prostu ludzcy ( a czasami nawet szlachetni), nie umiałem zdecydować się na walkę na śmierć i życie z każdym kto należał do PZPR ,a nawet wysługiwał sie systemowi współpracując z SB. Przyznaję jednak , ze bardziej mi obecnie doskwiera owo bagatelizowanie, zapominanie ,"przebaczanie" i wyrozumiałość dla ludzi aktywnie tworzących "ustrój sprawiedliwości społecznej", niż próby dociekania prawdy i właściwych motywów działań ludzkich i ich rozliczenia w czasach "realnego socjalizmu".
16 VII 2008 (środa)
Siedzę sam w domu. Synowie porozjeżdżali się po Polsce. Krystian z Przemkiem odpoczywają pracując jednocześnie, jako opiekunowie młodzieży na obozie w Serpelicach. Michał "zbija bąki" pod pozorem poszukiwania pracy w Warszawie (kwateruje w akademiku Krystiana). Dominik przebywa gdzieś na "oazie" pod Zakopanem (wyjechał wczoraj). Marzena w pracy .Popadam naprzemian w nastrój przygnębienia oraz względnej pogody ducha i optymizmu. W ostatnim czasie znacznie się rozleniwiłem, co w obliczu narastających trudności finansowych czasami mnie niepokoi. Urwały się moje kontakty przez Internet z Tadziem i z Markiem Drobem, nic ostatnio nie przeczytałem, a jedynie obejrzałem (chyba po raz czwarty) "Piękny Umysł" z Russelem Crowe.
Ciągle grywam w brydża w stałym towarzystwie, a w niedziele biorę udział w turniejach Zbyszka Litwińca w szachy.
W polityce "sezon ogórkowy" nie ma nawet publikacji o agenturalnej przeszłości Wałęsy. Pojawiają się jedynie bieżące fakty takie jak śmierć Geremka w wypadku samochodowym, czy wypadek autokaru pod Belgradem.
Jest w Radzyniu ciekawy człowiek ,nazywa się Jerzy Konarzewski, Znam go już prawie 20 lat. Zawsze był moim oponentem w rozmowach i dyskusjach przeważnie na tematy polityczne. Lubię z nim rozmawiać, gdyż nigdy nie ukrywał swych poglądów podczas gdy inni oficjalnie podobne poglądy głosili, a prywatnie ich się wstydzili i wypierali. Jurek określał siebie jako komunistę, z dumą mówił że należał do PZPR i że nie wstąpił do SLD ponieważ jego prawdziwą robotniczą partię zmuszony był rozwiązać Rakowski. Interesujące jest to ,że "Mózg" (taki ma pseudonim wśród bywalców radzyńskich pubów) juz z 15 lat temu twierdził, że Wałęsa to "Bolek" i ,że on sam pracował razem z Wałęsą w Stoczni Gdańskiej. Wczoraj podczas krótkiej rozmowy zdradził mi nawet kulisy zwerbowania "Bolka". Otóż podobno Wałęsa ,gdy był młodym robotnikiem ukradł oponę samochodową. SB mając na to dowody, przy pomocy szantażu zmusiła go do współpracy. Nie przywiązywałbym wagi do rewelacji Mózga ,gdyby nie fakt, że podczas całej naszej znajomości nie przyłapałem go na kłamstwie i nieraz to co brałem za fantazjowanie później okazywało się faktem.
Sprawdziłem nazwisko i imię Jerzy Konarzewski na liście Wildsteina i figurowało ono tam jako tajny współpracownik.
"Mózg" zapytany wprost o ten fakt przyznał , że miał kontakty z SB i stwierdził, że zdziwiłby się gdyby nie było go na tej liście.
Męczy mnie to wszystko i zaczyna nudzić...
Dzisiaj wybieram się jak co tydzień do knajpy na brydża.
19 VII 2008 (sobota)
Dzień spędzony samotnie na grze w szachy. Zaniedbałem ostatnio lektury. Trochę dlatego , że psuje mi się wzrok. Do czytania potrzebne mi już są okulary, także do odręcznego pisania. Byłem nawet wczoraj w bibliotece, ale nieczynna (remont).Telewizji nie oglądam i w taki dzień jak dzisiaj czuję się jakby po za społeczeństwem, wyizolowany. Nawet mi z tym wygodnie , byle taki stan nie przeciągał się zbyt długo. Jeszcze z tydzień czekają mnie takie dni jak dzisiejszy, później zjadą się synowie, Marzenie skończy się urlop (wykorzystuje go na zarobkowe zbieranie wiśni lub jagód).Nic poważniejszego mnie nie niepokoi, nie mam jakichś "twórczych" pomysłów, nie ponaglają mnie terminy, ani niezrealizowane zobowiązania. Nareszcie spokój.....
26 VII (sobota)
Przez trzy dni w tym tygodniu zbierałem wiśnie na zarobek. W następnym tygodniu również będę zbierał. To dla mnie jedyne wyjście, aby spłacić (nieduże) długi i pomóc finansowo Krystianowi (Który również się zadłużył).Marzena zbierała razem ze mną.
Jest ode mnie dużo sprawniejsza w zbieraniu i ze dwa razy szybsza. Zajęcia intelektualne i te które mnie jakoś zajmują będę musiał odłożyć na nieokreślony czas.
26 VIII 2008 (wtorek)
Skończyła się olimpiada w Pekinie. Mam pewne projekty i pomysły jak rozwiązać sytuację z bratem Mirkiem w Łukowie. Sprawy z tym związane są nader cienkie. Czytam sobie Ericha Fromma "Mieć czy być". W moim środowisku (prowincjonalnym, powiatowym, radzyńskim) powoływanie się na książkę Żyda (niezależnie od meritum sprawy) wypada zawsze źle i ustawia mnie na z góry przegranej pozycji we wszelkiej dyskusji. Ten fakt bardziej mnie irytuje niż głupota i ignorancja wszelkich potencjalnych dyskutantów. Żaden z nich (obrońca polskich wartości wobec "żydowskiego żywiołu") nie próbuje nawet podjąć merytorycznej dyskusji wobec spraw poruszanych np. w tej książce i sam fakt ,że Fromm jest Żydem jest powodem ,że należy go ignorować ,lekceważyć i pomijać niezależnie od tego jaki odzew "we świecie" wywołała jego książka. Ja nie czuję się z tym dobrze.
Zastanawiam się jaki jest powód ,że książki polskich autorów (np, o orientacji katolickiej) nie są czytane , dyskutowane i cenione w środowisku humanistów, filozofów i szerokiej rzeszy prostych czytelników, dlaczego są tak skostniałe i miałkie , że prawie nikt się z nimi nie liczy. Wytłumaczenie jakie lansują mi zwolennicy teorii o żydowskim albo masońskim albo jakimś innym spisku tak mnie odstręcza i zniechęca ,że czasami nawet nie mam siły protestować. Ciekawe jest to ,że tak zwani "ludzie lewicy" z którymi czasami mam kontakt (np. przy brydżu) w ogóle nie znają Fromma, nie usiłują odświeżać i uwspółcześniać Marksa, a wręcz przeciwnie akceptują i godzą się z liberalną i kapitalistyczną ideologią posiadania i robią wszystko, aby się znaleźć w tak zdefiniowanej rzeczywistości i obronić swe więcej niż wątpliwe racje moralne związane z ich ( i naszego polskiego narodu) przeszłością. Wydaje się ,ze brak mi jest partnerów do dyskusji o sprawach zasadniczych jako ,że jedyni potencjalni dyskutanci przedstawiciele kościoła katolickiego ustawiając się na pozycjach tych, których akceptuje władza państwowa (sami niejako są u władzy) raczej unikają dyskusji (czy dialogu).Mnie w każdym razie nie pojawiają się okazje do rozmowy z przedstawicielami katolików ,mimo że okazji takich nie unikam ,a nawet ich poszukuję.
28 VIII 2008
Właściwie nie wiem po co włączyłem komputer, po co próbuję coś napisać. Nic istotnego. Na polu prowincjonalnych, powiatowych rozgrywek wydarzyło się tyle , że powiatowy, prowincjonalny kacyk , prezes SPOMlEK-u, prezes klubu "Orlęta Spomlek". miniony poseł Szczepan Skomra stracił posadę w wyniku licznych protestów pracowników i byłych pracowników Spomleku. Zawsze byłem przeciwko temu przedstawicielowi post-PRL-owskiej nomenklatury i jego obecna klęska na pewno mnie cieszy. Uważam, że prawdziwa lewica powinna być nawet bardziej radykalna od prawicy w rozliczaniu pro-radzieckiej (czyli pro-rosyjskiej) nomenklatury, która dzięki między innymi polityce Wałęsy i Kwaśniewskiego okopała się bardzo wygodnie w polskiej posolidarnościowej rzeczywistości. To ,że zaczynają dobierać się do dupy działaczom związanym z dawnym PZPRem i późniejszym układem okrągłostołowym czyli cynicznym graczom wywodzącym się z pewnych odłamów PZPR-u bardzo mnie cieszy. To wszystko nie znaczy jednak, że jestem zadowolony z ogólnej sytuacji politycznej w kraju. Klęska politycznej "pseudo-lewicy" reprezentowanej przez SLD oczywiście mnie cieszy, ale jednocześnie brak jest jakichkolwiek ruchów związanych z budową alternatywnej wobec PIS i Platformy partii czy ruchu społecznego, który spróbowałby podjąć walkę, lub chociażby dyskusję z wszechobecną liberalno-kapitalistyczną ideologią posiadania i przewagą "mieć" nad "być" w społeczeństwie polskim. Zdaję sobie sprawę, ze personalizm katolicki uzurpował sobie prawo do idei "bycia" i przeciwstawienia jej wszechobecnej idei "posiadania" , jednak praktyka funkcjonowania kościoła katolickiego w Polsce całkowicie zaprzecza tym ideom i jak wynika z moich (ale nie tylko z moich) obserwacji kościół katolicki w Polsce istnieje głównie w oparciu o "mieć" i stale broni i domaga się aby coraz to więcej "mieć".
Powiem mocniej ,gdyby kościół katolicki przekonał mnie ,że dla całej jego machiny , urzędów, biurokratycznej struktury i tego co można określić materialną osnową jego istnienia ważniejsze jest " być" niż "mieć" to gotów bym się określić jako katolik (którym jestem formalnie z racji chrztu) mimo ,że co do istnienia Boga mam poważne wątpliwości.
Wpis pochodzi z bloga użytkownika:
Bezdomny
|
| |