Wpisy użytkownika

mirsle

 
 
14 listopada 2009

plener w Sulminie (dokończenie)

Zanim nadszedł dzień wernisażu gospodarze pleneru czyli Włodzimierz Wieczorkiewicz i Jolanta Tarabicka poczynili wielkie starania by ta uroczystość wypadła jak najokazalej. Wysłali...1500 zaproszeń! Wernisaż poplenerowy miał być przecież połączony z otwarciem Galerii Sulmin i stanowić uwieńczenie 15-letniej ciężkiej pracy nad doprowadzeniem zrujnowanego kościoła do stanu używalności jako swego rodzaju "świątyni sztuki". Na tą okoliczność przyjechała do Sulmina ekipa telewizji Gdańsk. Dzień przed wernisażem w telewizyjnej trójce ukazał się obszerny reportaż przedstawiający uroki Sulmina z calym apartamentem galeryjnym oraz wywiad z twórcą tego przybytku Włodzimierzem Wieczorkiewiczem. Roztaczał on świetlane perspektywy na przyszłość, planował w Sulminie organizowanie rozmaitych wystaw a także kolejnych plenerów w następnych latach. No i zaczęły się przygotowania do wielkiej, pożegnalnej imprezy. Otrzymałem propozycję wykonania plakatu reklamującego plener w trakcie wernisażu. Ponieważ wszystkie moje dzieła były już ukończone, chętnie podjęłem się tego zadania. Na dużym arkuszu brystolu namalowałem scenę rodzajową przedstawiającą całe towarzystwo luźnymi, swobodnymi ruchami pędzla. Nie bawiłem się przy tym w macierzysty kwadryzm, zamierzałem zaskoczyć trochę w inny sposób. Włodzimierz Wieczorkiewicz po obejrzeniu mojego smarowidła zaakceptował go ze stwierdzeniem że jest trochę w picassowskim stylu. Nie chciałem się z nim kłócić więc przytaknęłem głową że ma rację. Tymczasem trwały intensywne przygotowania. Wszyscy uwijali się jak mogli chcąc zdążyć skończyć swoje dzieła na ustalony dzień. U mnie nie było z tym problemu ale w przypadku twórców grupy AMUN nie było to wcale takie proste. Malowali oni przecież nie rękami tylko ustami albo nogami...wydawało mi się dziwne że przy takich utrudnieniach upierali się na tworzenie obrazów realistycznych z mocno dopracowanymi szczegółami zamiast machać szybką abstakcję. Ale to nie był mój problem. Doszedłem do wniosku że to wewnętrzna rywalizacja wewnątrz tej grupy doprowadziła do takiego absurdu. Tak więc Katarzyna Warachim i Krzysztof Kosowski z pędzlami w ustach pracowicie pocili swoje cuda i cudeńka. Ja z kolei nawiązałem znajomość z dziewczyną która przyjechała pod koniec pleneru jako konsultanka i opiekunka dla artystów. Nazywała się Anna Królikiewicz i była świeżo upieczoną absolwentką gdańskiej ASP. Udzieliła mi kilku bezcennych wskazówek z tematu perspektywy i przestrzeni...oto dowiedziałem się że przekątna obrazu powinna iść z lewego górnego rogu w stronę dolnego prawego. W przeciwnym wypadku obraz robi przygnębiające wrażenie.  A właśnie jeden z moich obrazów miał przekątną biegnącą z prawego górnego rogu w stronę lewego dolnego...zdaniem Anny Królikiewicz była to masakra. Jednak wytłumaczyłem jej że zasady kwadryzmu są zupełnie inne i czasami sprzeczne z normami akademickimi i tutaj wszystko jest w porządku. Nie wiem czy zdołałem ją przekonać, zdało mi się że była nieco zdegustowana swawolizmem mojego stylu. No ale cóż, trudno. Tylko tego brakowało żebym miał przemalowywać przekątną na odwrotną, musiałbym namalować od nowa cały obraz.
A na to nie miałem ochoty rzecz jasna, no i też czasu bo kończył się plener. W przeddzień wernisażu odbyła się pożegnalna impreza dla plenerowej grupy. W ogrodzie rozpalono wielkie ognisko, przygotowano kiełbaski i szaszłyki. Każdy złapał jakiegoś kija, nadział na niego kiełbaskę i zaczął ją przysmalać na ognisku. Ja tymczasem przytargałem swoją gitarę i zaczęłem walić w struny w celu dodania klimatu w ten nostalgiczno-romantyczny wieczór. Towarzystwo po przysmażeniu kiełbasek rozsiadło się gdzie popadło i zajadając łapczywie gorące kąski zaczęło przysłuchiwać mojemu brzęczeniu. Starałem się wczuć w swoją rolę i ambitnie wyśpiwywałem różne utwory, na ogół były to ballady biwakowe ale nie zabrakło też klasyki polskiego rocka jak "Jola,Jolka" itp. Finałowem hitem mojego koncertu była "Autobiografia" Perfectu która szczególnie przypadła do gustu Włodzimierzowi Wieczorkiewiczowi. Klaskał w ręce, powtarzał słowa refrenu a potem namówił mnie do bisu, tak że musiałem to zagrać drugi raz. Potem odłożyłem gitarę na bok i oświadczyłem ze to koniec. Rozległo się trochę braw, ogólnie mogłem czuć się zadowolony. Potem ognisko zgasło i trzeba było zbierać się do hotelu w Otominie. Był to przedostatni akcent pleneru. Następnego dnia czekał nas już tylko wernisaż....
Kiedy nazajutrz przyjechaliśmy do Sulmina, wszędzie naokoło galerii spacerowały grupki ludzi a przed ogrodzeniem stało kilkanaście samochodów. To zaproszeni goście oczekiwali na rozpoczęcie wernisażu. Jakkolwiek ludzi było sporo to z pewnością nie było ich 1500, jak to się marzyło gospodarzom. W sumie na tą uroczystość przyjechało około 200 osób, byli to znajomi i przyjaciele gospodarzy, oraz trochę prominentów ze świata kultury. Wernisaż rozpoczął się przemówieniem Włodzimierza Wieczorkiewicza. Przyznał on, że choć początkowo nieufnie odnosił się do plenerowej grupy, to w trakcie trwania imprezy nastąpiły w nim wielkie zmiany. Stopniowo lody topniały a on sam w końcu pokochał tych ludzi do których odnosił się w pierwszych dniach bardzo sceptycznie. Po tych słowach gospodarz zaczął wreczać nagrody wszystkim twórcom. Nie było nagród typu I,II,III. Wszyscy zostali nagrodzeni równo, ponieważ, jak twierdził Wieczorkiewicz - nie ma artystów lepszych i gorszych. Każdy jest mistrzem w swoim gatunku, w swoim stylu. Kiedy już wszyscy odebrali nagrody, głos zabrał współorganizator pleneru, Michalczewski, właściciel firmy Plexiform. Podziękował wszystkim za wspaniałą, rodzinną atmosferę i piękne arcydzieła stworzone w tej uroczej sulmińskiej galerii. Potem jeszcze ktoś mówił ale tego już nie pamiętam. Wreszcie wszyscy rzucili się...nie do oglądania obrazów tylko do jedzenia przygotowanego na rozstawionych w ogrodzie stołach. Były tam rozmaite przysmaki - kurczaki, kiełbasy, bigos, sałatki różne i wiele innych rozkoszy dla podniebienia. Do tego wino białe i czerwone, a także piwo - według gustu. Kiedy już goście zaspokoili pierwszy głód, wtedy dopiero wędrowali do wnętrza galerii gdzie znajdowały się plenerowe prace wszystkich autorów. Przyznam nieskromnie że moja część ekspozycyjna wyglądała najokazalej. Namalowałem 10 obrazów i zajmowały one niemal całą ścianę. Pozostali stworzyli po dwa - trzy obrazy, niektórzy jeden. Fakt faktem, że mieli inną, bardziej pracochłonną technikę. Podczas gdy tak wędrowałem po galerii obserwując gości, podeszła do mnie Anna Królikiewicz. Pogratulowała mi stworzonych dzieł, po czym podjęliśmy luźną rozmowę. Potem Anna Królikiewicz gdzieś odpłynęła a ja kręciłem się to w galerii, to w ogrodzie. Nawiazywałem rozmowy z różnymi ludźmi, próbowałem zaczepiać jakieś dziewczyny, ogólnie starałem się brać aktywny udział w tej zbiorowej głupawce. Zauważyłem że podobną taktykę prowadzi też Krzysztof Kosowski, była to pewna rywalizacja między nami o to kto jest najlepszym malarzem pleneru. Była to cybernetyczna wojna której wynik nie mógł być w żaden sposób rozstrzygnięty. Reszta plenerowej braci siedziała dosyć smętnie w różnych kątach i zaułkach ogrodu i widać było po nich że marzą już tylko o powrocie do domu. W pewnej chwili współgospodarz pleneru - Michalczewski - poprosił wszystkich o ciszę bo chce zabrać głos. Powiedział że jest prowadzona zbiórka pieniędzy na elektryczną strugarkę dla jednorękiego rzeźbiarza Tadeusza Łuczaja. Na ten cel została przygotowana specjalna skarbonka. Prosił żeby każdy kto może wrzucił do tej skarbonki 10 złotych. W ten sposób może wspomóc artystę w zrealizowaniu marzenia o lepszym narzędziu pracy...zaproponował żeby każdy z artystów dyżurował przy skarbonce po 15 minut i w tym czasie zbierał pieniądze..no więc zaczęły się dyżury przy skarbonce ale chętnych do wrzucania tam pieniędzy nie było zbyt wielu. Raz czy dwa zauważyłem że ktoś coś tam wrzucił, potem już nie. Mimo to byłem przekonany że kiedy przyjdzie moja kolej, skarbonka będzie pełna 10 złotowych banknotów. Mniej więcej po godzinie poproszono mnie o dyżur przy skarbonce...nie było to zbyt atrakcyjne bo trzeba było stać jak kołek z tą skarbonką w jednym miejscu, a tymczasem na wernisażu było dużo ciekawiej. No ale trudno. Złapałem skarbonke i zaczęłem swój dyżur. Stałem i stałem ale nikt do mnie nie podchodził. Ani razu. Do końca dyżuru zostało moze jeszcze 5 minut ale czas dłużył sie strasznie.  W pewnej chwili wpadłem na pomysł żeby sprawdzić ile też uzbierali moi poprzednicy. Tylko obawiałem się że kiedy uchylę wieczko, banknoty wysypią się na ziemię i będzie wsypa. Jednak ciekawość zwyciężyła. Uchyliłem wieczko. Ku mojemu zdziwieniu skarbonka była prawie pusta. Na samym dnie leżały jedynie trzy banknoty 10 złotowe. Uznałem że to wynik gorzej niż mizerny. Szkoda gadać. Było jasne że Łuczaj za taką sumę strugarki nie kupi. Wtedy zdecydowałem że pożyczę sobie 10 zł. Wyjęłem jeden banknot i schowałem do kieszeni. Po prostu gwizdnęłem dychę ze skarbonki. Na pewno nie zrobiłbym tego gdyby była pełna. Wtedy byłaby szansa że uda się uzbierać odpowiednią sumę na strugarkę dla Łuczaja i w takiej sytuacji byłby ważny każdy grosz. Ale zawartość skarbonki to był obraz nędzy i rozpaczy a w dodatku ja sam byłem zupełnie goły. Na plenerze spłukałem się doszczętnie i nie miałem ani grosza. A trzeba było jeszcze jakoś wrócić do domu...okradzenie skarbonki było czymś ohydnym i wstrętnym. Zdawałem sobie z tego sprawę ale z drugiej strony tłumaczyłem sobie że zbiórka jest prowadzona dla biednego potrzebującego artysty. A czy ja nie byłem właśnie biednym, potrzebującym artystą? To wytłumaczenie trochę zagłuszyło wyrzuty sumienia. Mimo to, kiedy przekazywałem skarbonkę następcy (a był to chyba Kosowski) czułem się paskudnie. Ale nie dałem nic po sobie poznać. Zrobiłem przy tym taki wyraz twarzy jakbym nazbierał milion dolarów. Wróciłem na wernisaż z uczuciem ulgi że udało mi się uzbierać na powrót do Gdyni i z uczuciem wstrętu równocześnie. Po moim dyżurze zawartość skarbonki nie tylko nie wzrosła a wprost przeciwnie. Szybko jednak przestałem się tym martwić bo ujrzałem...robunia i furmana! Zamrugałem oczami bo zdało mi się że to omam. Spojrzałem po raz drugi. Tym razem nie było mowy o pomyłce. Robunio i furman wtaczali się do galerii Sulmin. Wybrali najgłupszy z możliwych momentów bo właśnie w tej chwili skończył się wernisaż i wszyscy wychodzili więc robunio i furman próbowali torować sobie drogę pod prąd. Podszedłem do nich, przywitaliśmy się jak starzy znajomi. Nie mogłem pojąć jak tu w ogóle trafili. Nie byli zaproszeni na ten plener bo był on organizowany z innej partii niż te krakowskie. Kilka dni temu zadzwoniłem do robunia z informacją że jestem na plenerze co było dla niego kompletnym zaskoczeniem. Ale nie sądziłem że będzie mu się chciało z furmanem wędrować na tak daleką prowincję...no ale cóż, chłopaki weszli na wernisaż i od razu musieli wychodzić. Na szczęście zmieścili sie do busika i po ceremoniach pożegnalnych z gospodarzami pleneru ruszyłem z robuniem i furmanem w drogę do hotelu w Otominie. Po drodze robunio opowiadał jak wędrowali z furmanem przez las żeby zdążyć na wernisaż, jak zgubili drogę i zabłądzili, jak furmam klął jak szewc i chciał wracać do domu. Wkrótce zajechaliśmy do hotelu. Spakowałem wszystkie swoje bagaże, pożegnałem się ze wszystkimi i w drogę.
Robunio i furman dostali pozwolenie na podróż busikiem chociaż zrobiło się w nim strasznie ciasno. Oprócz grupy artystów jechała z nami też Teresa Pałłejko, właścicielka gdańskiej galerii "Promyk". Załadowany do niemożliwości busik ruszył w drogę powrotną do Gdańska. W trakcie podróży ja i robunio wymienialiśmy z Teresą Pałłejko poglądy na temat sztuki. Reszta towarzystwa w milczeniu przysłuchiwała się tym dywagacjom. Wreszcie dojechaliśmy do dworca w Gdańsku.
Tak zakończył się plener w Sulminie. Był sierpień 1999 roku.

Tymczasem historia galerii Sulmin miała swój smutny epilog. Mimo zapewnień gospodarzy że w przyszłości odbędą się tam następne plenery - nigdy do tego nie doszło. Rok później Włodzimierz Wieczorkiewicz zmarł na atak serca. Ciężka wieloletnia praca przy remontowaniu riun starego kościoła odbiła sie na jego zdrowiu. Jolanta Tarabicka próbowała kontynuować ideę męża ale nie miała takiej charyzmy i galeria Sulmin zaczęła podupadać. Kilka lat później wielki pożar zamienił całą posiadłość w ruiny i zgliszcza. Jolanta Tarabicka zdecydowała się sprzedać pechową ziemię z tym, co pozostało z galerii po pożarze.. Pozbyła się jej za niewielką, właściwie symboliczną sumę. W ten sposób cała praca pary małżonków obróciła sie wniwecz. Czy była to zemsta opatrzności za wykorzystanie świętego przybytku do niebożnych celów? Nad tą zagadką głowi się wiele osób związanych z ta tragedią.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
22 listopada 2008

Plener w Sulminie (4)

Mijały kolejne dni. Stopniowo zaczynałem się rozkręcać i przybywało mi pomysłów. Po serii obrazów czarno białych zdecydowałem się wyjść z szarzyzny i wprowadzić kolor. Moim pierwszym kolorowym obrazem w Sulminie była martwa natura usytuowana na parapecie okiennym. Okna były szeroko otwarte i miały symbolizować owe obowiązkowe "Wrota" Wreszcie zauważyłem zadowolenie na twarzy Jolanty Tarabickiej która wcześniej martwiła się szarzyzną moich pierwszych dzieł. Dla mnie była to część planu lub też -jak kto woli - zagrywka taktyczna. Chociaż kto wie. Być może  Jolanta Tarabicka miała rację i ta początkowa burowatość obrazów była wynikiem jakiegoś podświadomego stresu z którego nawet nie zdawałem sobie sprawy? Głowy bym za to nie dał. Znalazłem się nagle w całkowicie dla mnie nowym środowisku artystów, zupełnie innym niż ten dobrze mi znany z plenerów w Krakowie. Nie było tutaj ani Robunia ani furmana. Nie miałem żadnej podpórki i byłem zdany na siebie samego. Ale udało mi się złapać wiatr w żagle. Praca twórcza posuwała się do przodu. Kolory moich obrazów były początkowo trochę stonowane, jednak każdy następny nabierał wyrazistości i ostrości. Starałem się koncentrować na malarstwie, wszystkie inne sprawy były dla mnie drugorzędne. Tymczasem wśród braci plenerowej rozgrywały się rozmaite psychologiczne rozgrywki. Zauważyłem że - szczególnie między członkami grupy Amun - panuje jakaś napięcie i wewnętrzna rywalizacja. Nie było to tak bardzo odczuwalne podczas samych zajęć ale dawało się we znaki podczas przerwy obiadowej kiedy wszyscy siedzieli razem w jadalni przy długim szwedzkim stole. Panowała wtedy czasami dosyć drętwa atmosfera bo nie wszyscy lubili się między sobą. Ale cóż```należało to przetrzymać i walczyć dalej. Malowałem wytrwale obraz za obrazem. Czasami robiłem sobie przerwy i wtedy wędrowałem po  sali podglądając innych w akcji. Nie wszyscy pracowali we wnętrzu galerii. Część twórców usadowiła się na zewnątrz, w rozmaitych parkowych zaułkach których w otoczeniu galerii Sulmin było bez liku. Do tych drugich należeli m.in. Tadeusz Łuczaj, Jan Szklany czy Waldemar Cichoń - drugi obok Szklanego twórca niewidomy, również rzeźbiarz i jedyny w grupie artysta zawodowy, absolwent gdańskiej PWSSP określany również mianem doktora sztuki. Był tam też jeszcze jeden o którym do tej pory nie wspomniałem - Czesław Birr, również rzeźbiarz. Poruszał się - podobnie jak Katarzyna Warachim - na wózku inwalidzkim tyle ze był od niej w lepszej sytuacji. Nogi były sparaliżowane po wypadku ale ręce pozostały sprawne. Dzięki temu mógł operować wózkiem samodzielnie a sposób w jaki to robił budził we mnie zdumienie i podziw. Do Sulmina przyjechał własnym samochodem którym dojeżdzał też na zajęcia i do hotelu. Kiedyś podejrzałem jak wsiada do samochodu. Podjechał do niego na wózku, po czym trzymając się mocno rękami krawędzi drzwi przerzucał całe ciało z wózka do samochodu. Następnie, będąc już w środku, składał wózek, chwytał go rękami i wrzucał do wnętrza pojazdu. Obok fotela dla kierowcy było wolne miejsce przeznaczone właśnie na wózek. Dzięki takim cyrkowym umiejętnościom Czesław Birr był całkowicie samodzielny
i zupełnie nie potrzebował opiekunów. Należał on również do tych, z którymi zaprzyjaźniłem się w trakcie pleneru. Był wesoły, można było z nim rozmawiać na różne tematy. Jednak najwięcej czasu spędziłem na rozmowach z Krzysztofem Kosowskim. Spotykaliśmy się codziennie po plenerowych zajęciach w hotelowej kawiarni w Otominie. Dlatego poznałem go bardziej niż innych gdyż łączyła nas wspólna sympatia do "zimnego z pianką" On jednak, z braku rąk - nie mógł poradzić z tym sobie samodzielnie więc byłem w tym wypadku jego pomocnikiem wlewając piwo Kosowskiemu ze szklanki prosto do gardła. Przy tej okazji poznałem fragmenty jego ciekawego życiorysu. Okazało się że przez kilka lat był żonaty ale jego małżeństwo okazało się nieudane. Żona, po pierwszym sielankowym okresie narzeczeństwa później, po ślubie zmieniła się nie do poznania. Zaczęła się nad nim psychicznie pastwić. Twierdziła, że jest bezużytecznym meblem, nic nie umie zrobić i nie ma z niego żadnego pożytku. Natomiast wszystkie pieniądze ze sprzedaży obrazów Kosowskiego zgarniała dla siebie - na stroje, kosmetyki i zabawy. Było to dla mnie szokujące. Ta kobieta to musiał być jakiś potwór.  Zarzucanie człowiekowi który nie ma rąk że do niczego się nie nadaje wydało mi się okrucieństwem przekraczającym wszelkie granice. Ale życie funduje ludziom różne scenariusze, których czasami nie da się przewidzieć...tak więc po kilku latach takiego piekła Kosowski nie wytrzymał i wystąpił o rozwód. Wreszcie mógł odpocząć. Dosyć szybko doszedł do siebie i poczuł na nowo chęć do życia. Zaczął rozglądać się za nową kandydatką. W grupie AMUN cieszył się największa sławą i na brak powodzenia u kobiet nie narzekał. Potrafił oplątywać sobie panienki wokół palca i uzależniać je od siebie. To, że nie miał rąk wzbudzało u wszystkich napotkanych dziewczyn macierzyńskie, opiekuńcze, niemal matczyne odczucia. Dzięki temu mógł szybko wciągnąć je w orbitę swojego światka z którego później nie mogły, a może nawet nie chciały się wyplątać. Ba, wkrótce doszedł do ciekawego, filozoficznego odkrycia. Takiego mianowicie, że życie bez rąk jest wygodniejsze i łatwiejsze niż życie z rękami. Podejrzewał nawet, że gdyby Opatrzność podsunęła mu z powrotem sprawne ręce - odmówiłby. Po co mu ręce skoro musiałby wtedy wszystko  robić sam. A w tej sytuacji mógł posługiwać się rękami innych którzy pracowali dla niego. Musiałem przyznać że było to nawet sprytne.Zaczęłem zastanawiać się jak wyglądałaby moja sytuacja gdybym nie miał rąk.Podejrzewałem jednak że Kosowski trochę przesadza z tym reklamowaniem bezrękiego życia. Posunął się nawet do  stwierdzenia że on dzięki temu że nie posiada rąk -  ma większe szanse u kobiet niż ja ze swoimi dwiema zdrowymi rękami...wydawało mi się to trochę dziwne ale po dłuższym namyśle przyznałem mu rację. Była w tym bezrękim świecie jakaś magia której wprawdzie nie potrafiłem ogarnąć zdrowym rozumem ale coś w tym musiało być. No cóż, Kosowski zaszokował mnie podobnie jak Tadeusz Łuczaj ze swoją historią z pociągami...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
22 listopada 2008

Plener w Sulminie (3)

Następnego dnia zaczęły się zajęcia plenerowe. Zaraz po śniadaniu który skonsumowaliśmy w hotelowej kawiarni przyjechały pod hotel dwa busiki. Cała grupa załadowała się do środka. Należało przy tym udzielić pomocy tym którzy nie mogli tego zrobić samodzielnie. Jedną z dziewczyn wymagających bezwzględnej pomocy była Katarzyna Warachim. Należała ona - podobnie jak Krzysztof Kosowski - do grupy AMUN. Wprawdzie posiadała wszystkie kończyny ale były one całkiem sparaliżowane i bezwładne. W wieku 10  lat uległa wypadkowi samochodowemu którego skutki pozostały na całe życie. Nigdy już nie odzyskała władzy w rękach ani nogach. Poruszała się na wózku który obsługiwali jej opiekunowie. Gdyby ich nie było - nie byłaby w stanie ruszyć z miejsca ani wykonać żadnej czynności. A jednak mimo tej mało komfortowej sytuacji - Katarzyna Warachim znalazła sens i radość życia. Jej pasją stało się malarstwo. W wieku 15 lat zaczęła malować ustami i wkrótce przystąpiła do grupy AMUN pod skrzydłami której znalazła azyl i bezpieczne schronienie. Dzięki wielu wystawom stała się znaną artystką. Poza malarstwem interesowała się również literaturą i poezją oraz - co ciekawe - jazdą konną i pływaniem. Szczególnie to ostatnie było dla mnie fascynującą zagadką. Zastanawiałem się w jaki sposób może pływać osoba sparaliżowana  od stóp do głów. A jednak okazało się, że był na to jakiś sposób.  Tą tajemnicę znała tylko Katarzyna Warachim i być może grono jej znajomych... Tymczasem jeszcze nie znałem tych faktów. Wniosłem dziewczynę razem z wózkiem do busika. Oprócz Katarzyny Warachim było jeszcze kilka innych osób w podobnej sytuacji. Tutaj również należało sprężyć muskuły. Stopniowo nabierałem wprawy w tych manewrach i potem szło to już dosyć sprawnie. Wreszcie ruszyliśmy. W drodze zaczęły rozwiązywać się języki i trasa do Sulmina nie dłużyła się już tak jak wczoraj. Kiedy zajechaliśmy na miejsce i wszyscy znaleźli się już we wnętrzu galerii - nastąpił przydział materiałów i sprzętu do tworzenia. Potem należało znaleźć dla siebie jakieś stanowisko pracy i można było przystąpić do dzieła. Teraz powstało zamieszanie, każdy zaczął się gdzieś tam rozlokowywać, Rozejrzałem się po sali, zbadałem uważnie pomieszczenie i stwierdziłem że najlepiej będzie rozlokować się w tylnej części galerii, przy samej ścianie. Tam też zaczęłem montować stanowisko. Zrobiłem rusztowanie z jakichś krzeseł, na to nałożyłem dużą dechę i pracownia była gotowa. Na tak sklecony stół wrzuciłem farby i pędzle i od razu zaczęłem ciapać swoje pierwsze dzieło. Tymczasem przede mną zaczął montować stanowisko Krzysztof Kosowski, a właściwie jego opiekunka gdyż on sam z braku rąk nic właściwie nie mógł zrobić. Opiekunką Kosowskiego była młoda  dziewczyna o ciemnoblond włosach. Na pierwszy rzut oka robiła sympatyczne wrażenie ale ten czar szybko prysł. Kiedy zmontowała już sztalugę i założyła na nią dechę, stwierdziła że nie jest to tak jak trzeba. Coś jej tam nie pasowało. Doszła do wniosku że moje miejsce jest lepsze. Podeszła do mnie i zażądała żebym zamienił się z nimi na stanowiska. Zrobiłem wielkie oczy. Wprawdzie na swoim miejscu czułem się zupełnie dobrze ale nie byłem tam zamurowany. Gdyby ta zamiana miała mieć jakieś istotne znaczenie z punktu widzenia braku rąk u Kosowskiego, nie byłoby problemu. Ale żadnego takiego powodu nie było, może poza psychologicznym gdyż z tego miejsca był najlepszy widok na całą salę. A jeszcze ten rozkazujący ton... Odmówiłem stanowczo. Nie miałem ochoty pozbywać się własnoręcznie zbudowanego miejsca pracy z powodu czyjegoś widzimisię. Dla Kosowskiego sprawa była mało istotna. Natomiast u jego opiekunki moja odmowa wywołała wściekłość. Początkowo sądziłem że szybko jej przejdzie. Ale nigdy nie wybaczyła mi tego afrontu i do końca pleneru nie odezwała się do mnie już ani jednym słowem  Czasami tworzyło to śmieszne napięcie gdyż biedaczka musiała się tak męczyć prawie dwa tygodnie. Natomiast na znajomość z Kosowskim ten drobny incydent nie miał żadnego wpływu. Nasza przyjaźń z dnia na dzień zacieśniała się, w miarę jak poznawaliśmy się wzajemnie. Obserwowałem jak wkłada pędzel do ust i smaruje nim po płótnie. Nie sądziłem że z takiego sposobu malowania może być coś serio. Tak myślałby każdy laik a ja byłem laikiem w tym temacie. Byłem pewny że ustami można nasmarować jedynie jakieś bohomazy. A jednak w trakcie pleneru moje myślenie uległo niewyobrażalnej transformacji. Z dnia na dzień poznawałem sposoby malowania ustami przez Kosowskiego, Warachim i innych twórców AMUN. Różniły sie one diametralnie od moich metod tworzenia. Ja malowałem szybko i obraz powstawał w ciągu kilku godzin. Kosowski malował jeden obraz kilka tygodni, czasami nawet kilka miesięcy. W efekcie powstawało dzieło niemal perfekcyjne, realistyczne, o niezwykle wyrazistych szczegółach. Gdyby taki obraz pokazać laikowi informując że został namalowany ustami albo nogami, ten pomyślałby że to jakieś kpiny. Niewielu malarzy zawodowych ze zdrowymi rękami byłoby w stanie stworzyć dzieła tak perfekcyjnego technicznie jak robił to Kosowski pędzlem trzymanym w ustach. No ale cóż...z tymi realiami zapoznawałem się dopiero. Tymczasem zabrałem się ostro do pracy. W temacie "Wrota" nic na razie nie przychodziło mi do głowy. Zaczęłem malować traktor wjeżdżający przez jakąś bramę. Nie było to specjalnie mądre ale nie miałem lepszych pomysłów.Użyłem jedynie kolorów czarnego i białego. Akurat miałem ochotę stosować monochromy. Nie miało to żadnego  związku z moim nastrojem ale szefowa pleneru - Jolanta Tarabicka która krążyła po sali i podglądała twórców przy pracy poczuła się zaniepokojona klimatem mojego obrazu. Przypuszczała że mam jakąś depresję. Aż śmiać mi się chciało z takich analiz. A kiedy wreszcie - chyba na czwartym lub piątym plenerowym obrazie pokazał się kolor - Jolanta  Tarabicka cieszyła się jak dziecko. Uznała to za przejaw poprawy nastroju artysty w trakcie pleneru w wyniku zastosowania artoterapii. Z ekspertami w tych sprawach nie było sensu się spierać. Tymczasem po kilku godzinach malowania skończyłem swój traktor. Teraz moim dziełem zainteresował się wielki mistrz Włodzimierz Wieczorkiewicz. Podszedł do dzieła, obszedł ze wszystkich stron. Stwierdził że mój styl malowania jest troche naiwny ale nie ma w tym nic złego. Wielu malarzy naiwnych zdobyło wielką sławę jak Nikifor czy Celnik Russo. Kto wie, jak ocenione zostaną moje dzieła  za klikanaście lub kilkadziesiąt lat?  Wieczorkiewicz trzymał w rękach mój traktor, obracał go na wszystkie strony. Zaproponował że mógłbym ten obraz powiesić na ścianie do góry nogami. Odparłem że czemu nie.Domyśliłem się że Wieczorkiewiczowi chodziło o to  że mój obraz obrócony do góry nogami przestaje być infantylnym traktorem a staje się  kompozycją abstrakcyjną o wielu różnych domyślnych motywach. Natomiast znajdująca się w tle brama czyli "wrota" zachowuje swoją rozpoznawalność i ogólnie dzieło nie traci swego przewodniego tematu. W sumie mogło być i tak. Dla mnie to było bez różnicy w jaki sposób obraz zawiśnie na ścianie, frontem, bokiem czy do góry nogami. Byleby wisiał.  Pierwszy dzień pleneru dobiegł końca. O piątej po południu wróciliśmy do hotelu w Otominie.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
22 listopada 2008

Plener w Sulminie (2)

Wnętrze galerii Sulmin zrobiło na mnie duże wrażenie. Było tam kilka pomieszczeń w tym jadalnia z długim szwedzkim stołem gdzie w trakcie pleneru mieliśmy spożywać obiady, pracownia Wieczorkiewicza z dużym szklanym dachem, wielka hala która była główną galerią oraz pomieszczenia gospodarcze. Wszystko to wykonane zostało z przepychem i smakiem. Widać było że został tutaj włożony ogrom pracy. Jak wyjaśniła Jolanta Tarabicka, mąż przez wiele lat pracował 20 godzin na dobę. Na sen przeznaczał tylko trzy godziny. Okazało się później że w końcu przyszedł tego efekt...tymczasem jednak gospodarz tryskał zdrowiem i energią. Z dumą prezentował wzystkie pomieszczenia i zgromadzone w nich eksponaty - obrazy, rzeźby, gobeliny. W końcu prezentacja była skończona. Teraz zostaliśmy zaproszeni do busików które miały nas zawieźć do hotelu w Otominie. Podróż przebiegła w milczeniu bo ludzie jeszcze się nie znali. Tak wtedy sądziłem ale okazało się poźniej że byłem w błędzie. Po półgodzinnej podróży zajechaliśmy do hotelu. Powstało krótkie zamieszanie, trzeba było wtargać wszystkie bagaże do środka i przy okazji również niektórych artystów gdyż część plenerowiczów była sparaliżowana. Nakładało to na tych, którzy mieli sprawne ręce i nogi - w tym również mnie - pomoc w przenoszeniu tych ludzi z miejsca na miejsce. Nie było to takie proste bo niektórzy z nich ważyli - razem z wózkami - ponad 100 kg....należało to jednak robić z uśmiechem na twarzy tak jakby to były steropianowe bryłki. Kiedy już wszyscy znależli się w środku a ja sapałem ciężko po tych zmaganiach z ciężarami - zostaliśmy przydzieleni do pokojów. Pokoje były dwuosobowe. Jako współtowarzysza otrzymałem brodacza bez nóg i z jedną ręką. Zaniosłem torbę do pokoju a po chwili wjechał na wózku ów brodacz. Przedstawiliśmy się. Brodacz nazywał się Tadeusz Łuczaj. Podjęliśmy rozmowę. Powiedział że jest rzeźbiarzem. Nie bardzo chciało mi się w to wierzyć. Jak można rzeżbić mając  tylko jedną rękę? Zwierzyłem się brodaczowi z tej rozterki. On na to roześmiał się tylko. Odparł że to dla niego nie problem gdyż rzeźbi w korze, a więc bardzo miękkiem  materiale...tymczasem chciałem trochę się rozejrzeć po hotelu. Powędrowałem długim korytarzem na końcu którego znajdowała się duża, przestronna kawiarnia. Wszedłem do środka. Pomyślałem że warto będzie się trochę odstresować. Poszedłem do baru, kupiłem piwo i usiadłem przy jakimś stoliku. Tu, w hotelu ścisły plenerowy regulamin juz nie obowiązywał. Kawiarnia była zupełnie pusta. Wystrój był dosyć diaboliczny. Na podłodze znajdowała się zielona wykładzina natomiast zasłony w dużych przestronnych oknach miały kolor krwistoczerwony co w sumie dawało upiorny efekt "Nocnej kawiarni" Van Gogha. Od razu wyczułem w tym miejscu swojski klimat. Właśnie zanurzyłem nos w pianie kiedy drzwi kawiarni otworzyły się nagle i wtoczył się do środka na swoim wózku mój pokojowy współtowarzysz - Tadeusz Łuczaj. Podjechał do baru, kupił piwo i zaczął się rozglądać po sali...zobaczył mnie i podjechał do mojego stolika.
No to było nas już dwóch. Pogadaliśmy przez chwilę ale nie trwało to długo. Po chwili do kawiarni wszedł kolejny klient,
nie mniej oryginalny niż brodacz. Nie posiadał ani jednej ręki. Usłyszałem z daleka że też zamówił piwo. Zastanawiałem się w jaki sposób przetransportuje browar do stolika. Na głowie? Potem pomyślałem że po prostu wciągnie zawartośc szklanki od razu przy barze  przechylając pokal ustami do siebie. A jednak nie. Bezręki zauważył nas i postanowił się dosiąść. Poprosił barmankę żeby doniosła piwo do stolika. No i problem został tymczasem rozwiązany. Bezręki podszedł do nas. Był on również jednym z plenerowych artystów, ale jeszcze go nie znałem. Przedstawił się jako Krzysztof Kosowski. Powiedział że jest członkiem stowarzyszenia AMUN czyli Artystów Malujących Ustami i Nogami. Słyszałem już wcześniej o tej ciekawej organizacji. Nawet widziałem kalendarze z obrazami artystów AMUN - rewelacyjne, technicznie perfekcyjne i o wyjątkowo bogatej wyobraźni. No i oto poznałem jednego z twórców tej grupy..Krzysztof Kosowski prezentował się całkiem nieżle. Wiek około 40 lat, jego twarz przypominała mi wizualnie aktora Harrisona Forda. Tyle że Harrison Ford posiadał obie ręce i nogi...Tymczasem Kosowski zaczął opowiadać o Amunie. Wyjaśnił dlaczego nie ma rąk. Otóż będąc małym dzieckiem, w wieku 9 lat został porażony prądem..... W pewnym momencie przerwał opowieść i poprosił mnie żebym mu podniósł piwo do ust. W pierwszej chwili mnie zamurowało, dopiero po kilkunastu sekundach zaskoczyłem że przecież człowiek nie ma rąk! Jak on sam ma to zrobić? Podniosłem szklankę i przyłożyłem Kosowskiemu do ust przechylając tak aby piwo wlało mu się do gardła. Kosowski przełknął, oblizał się z zadowoleniem i spojrzał na mnie z wyrazem wdzięczności. Byłem zadowolony że mogłem człowiekowi jakoś ulżyć. Sytuacja powtarzała się jeszcze wiele razy. Między mną a Kosowskim nawiązała się nić przyjaźni. Wlewanie piwa prosto do gardła Kosowskiego stało się moim rytuałem. Nie było w tym nic zdrożnego ani dla niego ani dla mnie. On był zadowolony że może napić się piwa a ja - że mogę mu pomóc jakoś tam. I tak współpraca trwała od tej pory codziennie. Aż do końca pleneru. Tymczasem do kawiarni  wszedł następny uczestnik pleneru...był w ciemnych okularach i trzymał w ręku białą laskę którą przesuwał przed sobą po podłodze jakby badając grunt pod nogami...kiedy jego laska dotknęła szynkwasu, na twarzy pojawił się wyraz zadowolenia.
Przyglądaliśmy się temu człowiekowi z zapartym tchem, ciekawi co z tego wyniknie. Tymczasem człowiek z laską dotarł do baru i..podobnie jak my wszyscy poprzednio - zamówił piwo. Ponieważ jego obie ręce były sprawne, chwycił szklankę w jedną rękę a drugą ponownie stukając laską rozpoczął poszukiwania miejsca do konsumpcji. Wreszcie doszedł do naszego stolika i jego laska dotknęła buta któregoś z nas. Skapowaliśmy że to niewidomy i spytaliśmy czy możemy w czymś pomóc? Odpowiedział że przyjechał tu na plener i szuka współtowarzyszy...powiedzieliśmy że właśnie dobrze trafił .... Niewidomy odetchnął z ulgą.Usiadł na jedynym jeszcze wolnym krześle i przedstawił . Nazywa się Jan Szklany,
jest rzeźbiarzem. Opowiedział trochę o swojej historii i potem atmosfera się wyluzowała. Do kawiarni napływali kolejni plenerowicze ale ponieważ nasz stolik był już pełny - siadali w innym miejscu. Jednym z przybyłych był również dziennikarz telewizyjny. Wyglądał na typowego paparazzi. Jego zainteresowaniem cieszyli się członkowie grupy AMUN. Artyści malujący ustami i nogami posiadali już ustaloną markę i byli znani w całej Polsce. Zresztą nie tylko. Biuro AMUN mające główną siedzibę w Warszawie organizowało również wystawy swych członków za granicą.W pewnym momencie dziennikarz
zauważył Kosowskiego i podszedł do naszego stolika z radosnym uśmiechem na twarzy. Widać było że znają się z Kosowskim od dawna. Reporter dosiadł się do stolika i zaczął opowiadać dowcipy. Zrobiło się wesoło, wszyscy ryczeli ze śmiechu. Drętwa początkowo atmosfera ustąpiła pełnemu wyluzowaniu. W końcu i ja opowiedziałem dowcip który w tych okolicznościach przyszedł mi do głowy. W lesie spotyka się czterech ludzi - głuchy,ślepy, człowiek bez nóg i człowiek bez rąk. W pewnej chwili głuchy nadstawił czujnie ucha i po chwili wyszeptał:
- słyszę jakieś podejrzane szmery...
Na to ślepy wytężył wzrok i wpatrując się uważnie w leśną gęstwinę powiedział:
- a ja widzę  jakieś podejrzane cienie...
Wtedy człowiek bez nóg zaproponował:
- no to chodźcie spierdalamy
Ale człowiek bez rąk zaprotestował:
- Jak to? Tchórzycie? Chodźcie ich napierdalamy!
Kiedy opowiedziałem ten dowcip stwierdziłem, niestety już po fakcie, że palnęłem gafę kapitalną...dopiero po chwili uświadomiłem sobie że nasza czwórka przy stoliku to cały komplet bohaterów tego kawału...Ja byłem głuchy, Jan Szklany - ślepy. Tadeusz Łuczaj był bez nóg, a Krzysztof Kosowski - bez rąk....Na całe szczęście że towarzystwo przyjęło ten dowcip z humorem. Okazało się że każdy z nich jest już od dawna oswojony ze swoim kalectwem i nawet lubi żartować na ten temat. Tak więc ten dość bezceremonialny dowcip został gładko połknięty. Przynajmniej nie musiałem się obawiać że dostanę od Kosowskiego po mordzie...Tymczasem zwróciłem na siebie uwagę owego dziennikarza który przyjechał do Sulmina z samej Warszawy. Zadawał mi pytania, skąd jestem, czym się zajmuję itp. Opowiedziałem krótko historię kwadryzmu. Temat bardzo go zainteresował, Zaproponował przeprowadzenie reportażu dla telewizyjnej dwójki... W kawiarni było już rojno i wesoło. Wszyscy mieli już trochę w czubie, bo po pierwszym piwie poszło drugie, potem trzecie...Była już godzina 22 kiedy podeszła do nas barmanka, ładna, wysoka blondynka. Powiedziała że musimy kończyć imprezę bo zamykają lokal...No więc trzeba było się zbierać. Wszyscy wstali ze stolika i trochę chwiejnym krokiem ruszyli do wyjścia. Rzecz jasna ci, którzy mieli nogi...A nie wszyscy mieli. Pozostali wskoczyli na swoje wózki i poruszając kołami albo kręcąc korbami, w zależności od modelu wózka - również poturlali się do drzwi wyjściowych. W końcu znalazłem się w pokoju ze swoim współtowarzyszem Tadeuszem Łuczajem. Ponieważ lody między nami były już przełamane, Łuczaj zainteresował się moim uchem i spytał jak ogłuchłem. Odpowiedziałem że wpadłem do studni jak byłem mały...on z kolei opowiedział swoją legendę która była tak fantastyczna, że początkowo nie chciałem w nią uwierzyć. Później jednak okazało się że jest prawdziwa. Na plenerze znaleźli się świadkowie którzy potwierdzili niewiarygodną historię Łuczaja. A była ona taka. Otóż Łuczaj w młodości był hultajem i wesołym pijakiem. Zdarzało się czasem, że gdy sobie ostro popił, nie był w stanie nawet dojść do domu, więc spał gdzieś na trawie, pod drzewem, na ławce w parku. Gdzie popadło. Tamtego feralnego dnia udało mu się dojść do torów kolejowych. Ale nie był w stanie już iść dalej. No więc położył się spać..prosto na torach. Ponieważ były to tory czynnej kolei, trudno byłoby sądzić, że tak sobie pośpi do rana. Jak to w takiej sytuacji bywa, w pewnej chwili nadjechał pociąg, i na Łuczaja szczęście lub nieszczęście - był to pociąg ekspresowy. Łuczaj leżał na torach w ten sposób że jego jedna ręka i jedna noga znajdowała się na szynach. Reszta ciała zalegała obok. Pociąg przejechał w mgnieniu oka. Maszynista nie zauważył leżącego na torach człowieka. Być może pasażerowie odczuli w tym momencie lekki wstrząs, ale nic pozatym. Pociąg pojechał dalej jak gdyby nigdy nic. Tymczasem Tadeusz Łuczaj...dalej leżał na torach. Maszyna obcięła mu rękę oraz nogę i przestawiła całe ciało w inną pozycję. Teraz druga noga, ta która jeszcze była cała - leżała na torach. On sam  był nieprzytomny, ale żył jeszcze. Prawdopodobnie, gdyby leżał tak do rana, ten wypadek skończyłby się śmiercią. Ale tutaj właśnie nastąpił najbardziej nieprawdopodobny fragment historii. Mniej więcej godzinę po pierwszym pociągu który zmasakrował Łuczaja, nadjechał drugi. Ten drugi pociąg obciął Łuczajowi drugą nogę.Żeby było bardziej dowcipnie - Łuczaj, po tym kiedy przejechał po nim drugi pociąg - odzyskał przytomność. Trochę kojarzyło mi się to z fragmentem filmu Monty Pythona "Święty Graal", kiedy król Artur po kolei obcinał Czarnemu Rycerzowi ręce i nogi aż w końcu została sama głowa która jeszcze się awanturowała i pluła. Tymczasem leżący na torach Tadeusz Łuczaj...odzyskał przytomność. Wszysko co mu pozostało po tej masakrze to - głowa, tułów i jedna ręka...był cały we krwi...a jednak tkwiła w nim  niezwykła wola życia. Jakimś nadludzkim wysiłkiem zaczął się czołgać wzdłuż torów, potem przez łąkę, aż udało mu się dowlec ciało do jakiegoś domu. Resztkami sił zdołał jeszcze zapukać do drzwi, po czym legł na progu bez żadnych oznak życia. Po krótkiej chwili właściciel domu, który usłyszał pukanie, otworzył drzwi. Kiedy zobaczył na progu wijące się, zakrwawione ciało - natychmiast zawiadomił pogotowie i policję. Pomoc na szczęście nadeszła szybko. Funkcjonariusze karetki stwierdzili ze zdziwieniem, że człowiek jeszcze żyje. Łuczaj został natychmiast przewieziony do szpitala - prosto na stół operacyjny. Lekarze nie dawali mu żadnych szans. Ten przypadek wyglądał dla nich beznadziejnie. Zrobili wszystko co  było w ich mocy, cała reszta pozostała w rękach Opatrzności. A jednak, mimo że mijały kolejne godziny, dni i tygodnie - pacjent nie umierał...jego stan długi czas był bardzo ciężki, kroplówki utrzymywały przy życiu ale nie było zmian na lepsze ani gorsze. Po miesiącu stan pacjenta uległ minimalnej poprawie, jednak wciąż nie odzyskiwał przytomności. Ale żył. Ta walka trwała jeszcze długo, długo. Aż wreszcie...kiedy minęło pół roku od straszliwego wypadku - Tadeusz Łuczaj odzyskał przytomność. Lekarze ocenili to jako największy cud z jakim zetknęli się do tej pory. Co najważniejsze - głowa, mózg oraz psychika pacjenta pozostały nienaruszone. Tym nieprawdopodobnym przypadkiem natychmiast zainteresowały sie media. Tadeusz Łuczaj stał się bohaterem artykułów prasowych oraz filmów reportażowych. Dla niego zaczął się teraz długi okres rehabilitacji, gdyż musiał oswoić się ze swoją nową sytuacją, oraz znaleźć jakiś sens zycia w takich okolicznościach. W trakcie zajęć rehabilitacyjnych znalazł dla siebie pasjonujące zajęcie - rzeżbienie w korze. Szybko robił postępy a jego dzieła były coraz lepsze. Wreszcie trafił do odpowiedzniej organizacji za pośrednictwem której został zaproszony na wystawę twórców niepełnosprawnych do Sydney w Australii...dalej kariera potoczyła się jak po sznurku. No i tyle. Łuczaj skończył swoje opowiadanie. Trzeba było iść do spania. Od tego wszystkiego kręciło mi się w głowie...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
22 listopada 2008

Plener w Sulminie

W roku 1999 wydarzenia pędziły z zawrotną szybkością. Latem tego roku, a więc niedługo po mojej sławetnej "ucieczce z Kolibek" o trzymałem tajemniczy telefon. Dzwoniąca kobieta przedstawiła się jako Jolanta Cerebież - Tarabicka. Powiedziała że razem z mężem organizuje plener malarski. Jest zainteresowana moją obecnością na tym plenerze gdybym wyraził zgodę. Rzecz jasna zgodziłem się bez wahania. Udział w plenerach stał się  moją ulubioną pasją. Uważałem się już za pleneroholika i każda taka akcja była dla mnie wielkim wyzwaniem. Dowiedziałem się też że w plenerze w Sulminie weżmie udział wielu uznanych twórców. Byłem ciekawy tego towarzystwa. Miała to być zupełnie inna bajka niż plenery krakowskie.
W telefonicznej rozmowie z Jolantą Tarabicką umówiliśmy się na zbiórkę na dworcu głównym w Gdańsku.
Po wszystkich przygotowaniach i spakowaniu niezbędnego wyposażenia do wielkiej torby udałem się kolejką SKM na miejsce zbiórki. Dobiłem chyba jako ostatni. Nasza szefowa i grupka osób czekała już tylko na mnie. Po chwili nadjechał mały mikrobus. Wpakowaliśmy się do środka i ruszyliśmy - po kolejną plenerową przygodę. Tym razem jednak - w przeciwieństwie do plenerów  krakowskich gdzie trzeba było jechać kilkanaście godzin przez całą Polskę - miejsce docelowe było bardzo blisko. Plener miał odbywać się w małej miejscowości o nazwie Sulmin odległej o około 100 km od Gdańska. Natomiast noclegi zaplanowane były w hotelu usytuowanym we wsi Otomin. Codziennie rano po śniadaniu artyści mieli być  wożeni dwoma mikrobusami z Otomina do Sulmina na zajęcia plenerowe które miały trwać do godziny 17. Następnie w ten sam sposób odwiezieni z powrotem do Otomina. Śniadania i kolacje przewidziane były w hotelu w Otominie, natomiast obiady - w Sulminie. Taki oto - dosyć skomplikowany - był plan pleneru. Trochę przypominało mi to plener w Liege gdzie z hotelu nad rzeką dowozili nas do "cirque la variette" dwoma busikami. Tyle że tam - tak na dobrą sprawę - z hotelu do areny dzielił praktycznie rzut beretem....lub 5 minut pieszej wędrówki. Z Sulmina do Otomina trzeba było jechać pół godziny...
Po dosyć krótkiej wędrówce po gdańskich wertepach zajechaliśmy na miejsce - czyli do Sulmina. Mikrobus zatrzymał się przed niewielkim kościołem przypominającym mi kościół Najświętszej Marii Panny w Gdyni, tylko trochę mniejszym. W pierwszej chwili sądziłem że przed rozpoczeciem pleneru mamy iść do kościoła na modlitwy. Tymczasem okazało się że...właśnie w tym kościele jest nasze miejsce docelowe. Tutaj miał odbywać się plener. Kościół otoczony był obszernym ogrodem pełnym drzew, zagajników, parków, baseników, pomników, rzeźb i innych atrakcji.  Jednak na razie nie było czasu
na zwiedzanie tego majątku. Znaleźliśmy się na dziedzińcu przed kościołem. Tutaj wyszli nam na spotkanie dwaj panowie.
Przedstawili się. Pierwszym z nich okazał się Włodzimierz Wieczorkiewicz,artysta rzeźbiarz - absolwent gdańskiej ASP, mąż Jolanty Tarabickiej, właściciel posesji i główny organizator pleneru. Szczupły, niewysoki, o długiej, pociąglej twarzy i ostrym (jak mi się zdawało) spojrzeniu przeszywającym na wylot każdego z nowo przybyłych. Drugim był Lech Michalczewski, właściciel sopockiej firmy "Plexiform", współorganizator oraz współsponsor imprezy. Również szczupły, szpakowaty, z niewielką siwą bródką i sympatycznym spojrzeniu. Ci dwaj panowie zaprosili nas na ławeczki okalające przykościelny dziedziniec. Siedziało tam już kilku plenerowiczów którzy przyjechali przed nami. Klapnąłem na pierwszą z brzegu wolną ławkę i z ciekawością oczekiwałem dalszego ciągu. Sprawy zapowiadały się intrygująco...plener w kościele, tego jeszcze nie było - u mnie przynajmniej. Jednak okazało się że - trochę byłem w błędzie...kiedy już wszyscy usadowli się w ławkach, Włodzimierz Wieczorkiewicz ponownie przeszył wszystkich ostrym, przenikliwym spojrzeniem a szczególnie skoncentrował się na mnie, jak sądziłem. Następnie zaczął wstępne orędzie. W krótkich słowach wyjaśnił zasady pleneru. Po pierwsze - temat jest ustalony. WROTA. Można go interpretować w sposób dowolny ale generalnie chodzi o to żeby w kazdej pracy znajdowała się jakaś furtka, brama, drzwi, jakieś przejście z jednego świata do innego. Nie zastanawiałem sie dlaczego akurat wrota miały być tu przewodnim motywem. Tymczasem miałem w tym temacie pustkę w głowie a Włodzimierz Wieczorkiewicz mówił dalej. Po drugie, praca będzie odbywać się codziennie na tej posesji, w godzinach 9-17. Po trzecie, na plenerze obowiązuje surowy zakaz spożywania alkoholu. Przynajmniej tu, w Sulminie. Ci, którzy nie zastosują się do tego punktu, zostaną usunięci z pleneru.  W godzinach wieczornych, po powrocie do hotelu w Otominie będzie można sobie trochę poluzować ale tu, w trakcie pracy obowiązuje ścisłe respektowanie regulaminu. Brzmiało to bardzo groźnie, i podczas kiedy gospodarz tak przemawiał dosyć ostrym tonem i cały czas patrzył na mnie - trochę się trzęsłem ze strachu co będzie dalej. Ale na szczęście - Włodzimierz Wieczorkiewicz po tym ostrym wstępie wyraźnie złagodniał. Do tej pory cały czas stał, teraz wziął krzesło, usiadł naprzeciwko nas i spokojnie i z bardziej sympatycznym wyrazem twarzy zaczął opowiadać historię galerii Sulmin. Kiedyś był to kościół ewangelicki. Zbudowano go ok.100 lat temu w stylu neobarokowym. W czasie II wojny światowej został prawie doszczętnie zniszczony. Przez wiele lat zrujnowaną budowlą nie interesował sie nikt. W 1979 roku ruiny kościoła wykupił na własność Włodzimierz Wieczorkiewicz i razem z żoną Jolantą Tarabicką przystąpił do remontu obiektu z zamiarem przerobienia go na prywatną galerię sztuki. Remont zaczął się w 1985 roku i trwał 15 lat. Właśnie się zakończył...zewnętrzna architektura kościoła została zachowana natomiast wnętrze zostało przerobione na galerie i pracownie. W tym momencie Włodzimierz Wieczorkiewicz zaprosił wszystkich do środka na zwiedzenie przybytku....zwlekliśmy się z ławek i ruszyliśmy do wnętrza tego kościoła - niekościoła...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
22 listopada 2008

Amici di Tworki w Paryżu

Wiosną 1999 roku otrzymałem list od p. Ewy Kuryluk z Warszawy. W kopercie znajdowało się zaproszenie do udziału w wystawie "Amici di Tworki" która miała odbyć się pod koniec roku...w PARYŻU!  Nie ukrywam że było to dla mnie duże wyróżnienie. P. Ewa Kuryluk  pisała w liście że właśnie przygotowują wystawę pt. "Razem w sztuce i w życiu" która ma być integracją pacjentów szpitala w Tworkach i malarzy uznanych i profesjonalnych. Przypuszczałem że zostałem zaliczony przez p. Ewę Kuryluk do tej drugiej grupy...inaczej być nie mogło, bo nie byłem przecież pacjentem szpitala w Tworkach. Według ustalonych założeń zaproszeni artyści mieli wysłać na ten cel dwie swoje prace. Preferowane były niewielkie gabaryty i ciężar, czyli np.małe obrazki na brystolu, a to ze względu na koszty transportu wszystkich prac do Paryża przed planowaną wystawą. Uwieńczeniem wystawy "Amici di Tworki" miała być aukcja z której cały dochód zostanie przeznaczony w całości na rozsypujący się w ostatnim czasie szpital w Tworkach. Sprawa przedstawiała się dla mnie dosyć sympatycznie. Zdecydowałem że wezmę w tym udział choć nie przykładałem do tej idei zbyt wielkiej wagi. Wiedziałem że jest to impreza masowa w której weżmie udział wielu znanych twórców. Każdy z nich zaprezentuje się śladowo, raczej symbolicznie. Tymczasem moja siła tkwiła  w gigantyzmie i indywidualizmie. Dlatego uznałem że najlepiej potraktować sprawę z przymrużeniem oka, pół żartem, pół serio i nie robić sobie tutaj zbyt wielkich nadziei. Ze stosu prac wybrałem dwa niewielkie obrazki przedstawiające sylwetki kobiet namalowane w stylu "półkwadrystycznym" będącym połączeniem przestrzennego kwadryzmu z płaskim neoekspresjonizmem. Zapakowałem je w papier i wysłałem do Warszawy. Więcej nie zajmowałem się tą sprawą. Do wystawy zostało jeszcze sporo czasu. Na to że dostanę zaproszenie do Paryża nie było raczej szans. Liczyłem jednak że dzięki udziałowi w akcji "Amici di Tworki" skapnie na moje konto trochę więcej sławy no i trochę, choć w minimalnym stopniu pomogę tworkowemu szpitalowi w potrzebie..i choćby dla takiego celu warto trochę się poświęcić. Minęło kilka miesięcy. W tym czasie działo się wiele i o tworkowskiej idei dr Marii Pałuby zapomniałem zupełnie. W listopadzie 1999 zadzwonił do mnie z Wydziału Kultury Marian Sadłowski. Powiedział że w dzisiejszej Gazecie Wyborczej jest wielki artykuł na temat wystawy "Amici di Tworki" i kolorowa reprodukcja mojego obrazu. Rzecz jasna z miejsca ruszyłem do kiosku po "Wyborczą" bo sprawa mnie zaintrygowała. Kupiłem gazetę, a może nawet dwie, znalazłem jakąś wolną ławkę, klapłem tam - i zagłębiłem się w lekturze. Rzeczywiście, artykuł był ogromny, na dwie pełne strony. Była to dopiero zapowiedź wystawy, która miała zacząć się wkrótce. Ozdobą artykułu były obrazy kilku artystów którzy mieli uczestniczyć w wystawie. Między innymi - mój. Był to portret dziewczyny namalowany płaskimi, ostrymi kolorami widziany zza grubej, trójwymiarowej, sześciennej ramki. Ramka była kwadrystycznym elementem obrazu natomiast dziewczyna, przedstawiona z profilu i tło pozostało płaskie. Ten obrazek został wybrany do artykułu w gazecie. Poza tym była tam reprodukcja obrazu dobrze mi znanej Renaty Bujak oraz ilustracja rzeźby słynnej Magdaleny Abakonowicz i kilka innych których nie znałem. Z artykułu dowiedziałem się że na apel dr Marii Pałuby odpowiedziało kilkuset artystów. Do Paryża pojedzie tylko kilku z nich. Tak więc tutaj sytuacja była zupełnie klarowna. Ale nie miało to dla mnie większego znaczenia. Artykuł w "Gazecie Wyborczej" zupełnie mnie usatysfakcjonował. Wkrótce potem odbyła się w Paryżu wystawa "Amici di Tworki" uwieńczona aukcją. Cieszyła się dużym powodzeniem i odniosła pełny sukces. Wszystkie obrazy, w tym również moje - zostały sprzedane. Wkrótce potem otrzymałem piękny album w języku francuskim jako trwały dokument akcji "Amici di Tworki" w którym znajdował się też mój obraz - ten sam który wcześniej wydrukowano w "Gazecie Wyborczej" W ten sposób poczułem oddech Paryża. Dwa lata później wzięłem udział w podobnym przedsięwzięciu które odbyło się nie w Paryżu, tylko w Warszawie. Tutaj jednak uczestniczyłem osobiście razem ze swoim klubowym przyjacielem KO (Krzysztof Opioła) z którym pojechałem do stolicy po ciekawą przygodę...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
22 listopada 2008

Wizyta Niki Strzemińskiej

Na przełomie lat 1997/98 miało miejsce wydarzenie o którym nie wspomniałem jeszcze a była to sprawa wręcz niezwykła. Doczekałem się w swoim skromnym pokoiku wizyty osoby bardzo znanej w Polsce. Zataczająca coraz szersze kręgi sława kwadryzmu zaczęła przyciągać ludzi już nie tylko z lokalnego Trójmiasta ale też z głębi kraju. Była chyba już późna jesień 1997 roku. Tego dnia wieczorem zadzwonił telefon. Po drugiej stronie słuchawki usłyszałem kobiecy głos.
- czy tu mieszka pan Mirosław Śledź?
-tak, jestem przy telefonie - odpowiedziałem
- dzień dobry, moje nazwisko Nika Strzemińska. Jestem z Warszawy, zainteresowała mnie Pana twórczość. Chciałabym złożyć Panu wizytę. Czy to możliwe?
- ależ oczywiście - odparłem zaskoczony
- dziękuję, wkrótce wybieram się do Gdyni, zadzwonię do Pana i  umówimy się na termin Kiedy skończyliśmy rozmowę i odłożyłem słuchawkę zaczęłem się zastanawiać kim mogła być moja tajemnicza rozmówczyni. W tamtym czasie byłem jeszcze trochę żółtodziobem w artystycznej branży. Mimo wielu brawurowych sukcesów osiągniętych w krótkim czasie moja wiedza na temat  sztuki prezentowała się raczej dość mizernie. Dlatego też nazwisko Strzemińska nic mi nie mówiło.
A jednak intuicyjnie wyczuwałem że za tym  się jakaś intrygująca zagadka. Dlatego też z ciekawością oczekiwałem dalszych zdarzeń. Oczekiwanie nie trwało nawet długo. Niespełna miesiąc później Nika Strzemińska zadzwoniła po raz drugi. Informowała że jest już w Gdyni i może złożyć mi wizytę następnego dnia jeżeli nie mam nic przeciwko. Rzecz jasna że nie miałem nic przeciwko a wprost przeciwnie. Nazajutrz wieczorem, o umówionej godzinie zadzwonił dzwonek do drzwi. Moim oczom ukazała się drobna, szczupła, starsza już kobieta . Po ceremonii przywitania i wstępnej prezentacji zaprosiłem panią Nikę Strzemińską do swojego maleńkiego pokoiku w którym wtedy mieszkałem .i tworzyłem. Zanim przeszliśmy do prezentacji obrazów - Nika Strzemińska przedstawiła się kim jest i opowiedziała w skrócie najważniejsze fakty. Dowiedziałem się rzeczy wręcz rewelacyjnej. Okazało się że Nika Strzemińska jest córką jednego z najsłynniejszych polskich malarzy XX wieku - Władysława Strzemińskiego, twórcy awangardowego kierunku w sztuce - UNIZMU. Powiedziała też że pisze książkę biograficzną na temat ojca, a także matki, ponieważ matka również była znaną artystką, choć nieco w cieniu sławnego męża. Z zawodu jest lekarzem psychiatrą, pracuje w podwarszawskich Tworkach. Ponieważ moja kwadrystyczna legenda już tam dotarła przyjechała specjalnie aby zobaczyć moje dzieła! Była to dla mnie zupełnie sensacyjna sprawa. Ale- cóż....pora była przejść do meritum. Teraz rozpoczęłem prezentację swoich prac. Wyciągnęłem z kąta stosy obrazów i przekładałem jeden po drugim tworząc swoisty art show. Zdaje się że ten pokaz zrobił na Nice Strzemińskiej duże wrażenie. W najogólniejszym skrócie nazwała moją twórczość - eksplozją geniuszu. Powiedziała że dołoży starań aby zorganizować wystawę moich obrazów w najbardziej znanych galeriach w Warszawie - Zachęcie i Zapiecku. Rozmawialiśmy jeszcze długo. Nika Strzemińska opowiadała o swojej pracy w Tworkach oraz o pewnym malarzu którym obecnie się opiekuje. Znany i sławny, figurujący w encyklopedii, nagle popadł w ciężką depresję i przestał tworzyć. Jednak Nika Strzemińska nie chciała ujawnić jego nazwiska. Nie nalegałem, pomyślałem że to pewnie służbowa tajemnica. No i w końcu wizyta mojego niezwykłego gościa dobiegła końca. Nika Strzemińska pożegnała się obiecując dalszą współpracę oraz zorganizowanie wystawy w centrum Warszawy. Tak więc dostałem duży zastrzyk nadziei i adrenaliny do dalszej działalności...Pozostało tylko czekać z nadzieją na pozytywny rozwój wydarzeń. Wkrótce potem pojechałem do Małego Kacka i opowiedziałem o wszystkim Zygmuntowi Wojtasowi. Zygmunt, kiedy dowiedział się jakiego gościa przyjęłem w swoim domu zrobił wielkie oczy. Stwierdził że - jeżeli składają mi wizyty tacy ludzie to...nic go już nie zdziwi. Opowiedział mi też więcej na temat ojca Niki Strzemińskiej. Otóż Władysław Strzemiński  podczas pierwszej wojny światowej służąc jako oficer saperów został ciężko ranny, stracił rękę i nogę. Z trudem udało mu się przeżyć. W roku 1918 pojechał do Moskwy gdzie został uczniem słynnego rosyjskiego twórcy konstruktywizmu Kazimierza Malewicza. W późniejszych latach wykorzystał te wpływy i inspiracje do stworzenia unizmu, nowego kierunku który zdobył uznanie w świecie krytyków i ekspertów ale pozostał niezrozumiały dla szerszej publiczności. Zygmunt - jak twierdził - również tego nie rozumiał. Ale jeszcze bardziej zdumiało go gdy wyjawiłem że Nika Strzemińska planuje zorganizowanie kwadryzmu w warszawskiej "Zachęcie" Stwierdził jednak że teraz już nic go nie zdziwi, nawet to.Ale nie bardzo w to wierzy. Kiedyś, w pierwszym okresie działalności "Zachęta" promowała outsiderów, młode talenty i nieznanych artystów. Teraz sława tej galerii jest już tak wielka że trafiają tam tylko już znani i sławni twórcy o wielkiej renomie i dorobku. Tymczasem moja, kwadrystyczna historia, aczkolwiek dynamiczna jest dosyć krótka. Ale nie trzeba tracić nadziei. Zygmunt oświadczył że jeżeli moja wystawa w "Zachęcie" dojdzie do skutku to fundnie mi samochód. To było coś...pokrzepiony na duchu wróciłem do domu. Rozpoczął się czas oczekiwania na spełnienie obietnicy Niki Strzemińskiej. Jednak czas mijał i nic...dopiero kilka miesięcy później zadzwoniła ponownie. Powiedziała że sprawy trochę się skomplikowały. Kiedy zaraz po naszej rozmowie poszła do "Zachęty" w mojej sprawie okazało się że nastąpiły tam pewne zmiany. Zamiast dobrze jej znanej i zaprzyjażnionej ekipy kierowniczej byli tam już inni ludzie, nowi i zupełnie obcy. Rzecz jasna przedstawiła im swoją propozycję ale wynik był bardzo trudny do przewidzenia. Powiedzieli że rozważą sprawę i później się odezwą. No i tak teraz sprawa wygląda...no cóż.
Zdałem sobie sprawę że wystawa w "Zachęcie" nie jest tak prostą sprawą jak początkowo sądziłem. Później machnęłem ręką na całą sprawę. Pozostała nadzieja że jeżeli nie teraz to kiedyś, po wielu latach, kiedy będę już dobrze znany i sławny- mój kwadryzm trafi w końcu do "Zachęty". Pogodzony z tą myślą zupełnie przestałem się martwić że sprawy przybrały inny obrót niż to sobie wymarzyłem.
Wkrótce zresztą wyszły na jaw zupełnie nowe fakty.
W księgarniach ukazała się książka Niki Strzemińskiej pt. "Sztuka, miłość i nienawiść" Autorka wyjawiła w niej prawdę o małżeństwie swoich rodziców Władysława Strzemińskiego i Katarzyny Kobro. Ukazała nowe fakty, dotąd nie znane. Wielki artysta - Władysław Strzemiński - w życiu rodzinnym  okazał się być tyranem, despotą, niemal potworem  nieustannie znęcającym się nad swoją żoną, Katarzyną Kobro.Dla szerokiej publiczności te nowe fakty z życia słynnego twórcy unizmu były dużym wstrząsem.
W roku 2001 Nika Strzemińska zmarła.
Moja nadzieja na wystawę w warszawskiej "Zachęcie" legła odłogiem na wiele lat...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
22 listopada 2008

Wielka ucieczka z Kolibek

Wiosną 1999 w Kolibkach zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Film który emitowano w TVN stworzył wokół mnie jakąś niewyraźną atmosferę. Moja sława w Zakładach Odzieżowych osiągnęła szczyty z których można było jedynie spaść w dół. I tak też się stało,, chociaż w zupełnie zaskakujący i nieprzewidywalny sposób. Początkowo nic nie zapowiadało dramatu. Chodziłem z głową w chmurach jako gwiazda TVN i nowy „geniusz malarstwa” Stałem się obiektem zainteresowania wielu kobiet w zakładzie. Ale – jak to zwykle z moim pechem – interesowały się mną nie te  co trzeba i ta niby sława tak naprawdę nic mi nie dawała. No i nastąpiło jeszcze jedno, bardzo niedobre dla mnie wydarzenie. Już w okresie zimowym, kiedy po pracy wędrowałem na stołówkę coś przekąsić widywałem czasami Joannę z koleżankami które zawsze przed drugą zmianą nalewały sobie mleko z baniaka do butelki. Był to stały rytuał „panien z Kolibek”. Na stołówce znajdowały się trzy baniaki. W jednym było ciepłe mleko, w drugim zimne, w trzecim herbata. Jeden raz zdarzyło się że ja i Joanna znależliśmy się obok siebie. Było to zjawisko niezwykłe, niespotykane od wielu lat. Ja nalewałem sobie ciepłe mleko, Joanna z drugiego baniaka- zimne. Staliśmy tyłem do siebie a nasze pupki zetknęły się ze sobą. Ponieważ ten przypadek trafił mi się tylko raz, wypadało coś powiedzieć. Czułem w głowie kompletny chaos i nic nie przychodziło mi do głowy.
- jak tam praca? - spytałem żeby coś powiedzieć.
- tak sobie średnio -odmruknęła Joanna
Nalała mleko i poszła. Bardziej mnie korciło żeby zamiast "jak tam praca?" spytać "jak tam mąż" - ale dałem spokój. Jak widać, ta rozmowa nie należała do zbyt intensywnych ale był to najdłuższy dialog między mną a Joanną od kilku lat. Nasza "wieloletnia znajomość" polegała na idealnym milczeniu. Jakikolwiek dżwięk wydany na tej linii był wart zapisania w księdze Guinessa. Pewnego dnia zauważyłem że Joanna jakby trochę przytyła. Początkowo nie upatrywałem w tym nic nadzwyczajnego bo wiedziałem że po swoim ślubie rzuciła palenie i sądziłem że jest to następstwo tego właśnie. Ale za każdym kolejnym razem kiedy widywałem Joannę stwierdzałem że jej brzuch jest coraz większy i większy. Pomyślałem że za dużo je albo za dużo pije tego mleka i dlatego tak szybko tyje. Ale w końcu już nawet sam przed sobą nie mogłem udawać ponurej i prawdziwej prawdy. Joanna była w ciąży. Mimo że w tym okresie trochę straciła na atrakcyjności to i tak oddziaływała na mnie z wielką siłą. Nawet w tedy miałem na nią wielką chrapkę. Ale w tej sytuacji..to już był definitywny out and out. Od czasu ślubu minęły dwa lata i Joanna nie miała jeszcze dzieci. Można było się  łudzić że jej mąż jest impotentem albo ma jakieś problemy seksualne i bezdzietność rozbije to małżeństwo. Był to ostatni cień nadziei utrzymujący mnie przy pracy w zakładach odzieżowych. Teraz już było wszystko jasne. To już był definitywny koniec końców... Mimo to, dopóki Joanna była jeszcze w pracy to utrzymywałem się  na swoim stanowisku jedną nogą. Efekt wizualny siłą rzeczy musiał mi wystarczyć. Dopóki był. Jednak pewnego dnia efekt wizualny w postaci Joanny zniknął. Było wiadomo że tak będzie bo widziałem  że jej brzuch jest  jak napęczniały balon. No i stało się. Joanna znikła z firmy, w zakładach odzieżowych pociemniało, poszarzało. Na mojej brygadzie zrobiło się jeszcze bardziej buro niż kiedyś. Odnosiłem wrażenie że brygadzistki znienawidziły mnie za to że nie chciałem się ożenić z ich ulubioną faworytą. Rzecz jasna nie miałem na to najmniejszej ochoty. No i w efekcie podczas pracy panowało obecnie grobowe milczenie. Ale trudno. Byłem pewny swojej racji i nie zamierzałem zmieniać zdania. Przyjaciół ani żony nikt nie będzie mi wybierał. Atmosfera z dnia na dzień była coraz gorsza...na dobitkę zepsuł się mój aparat słuchowy. A to już był najczarniejszy ze wszystkich możliwych scenariuszy. Bez tego nie słyszałem nawet echa kiedy pukałem się po głowie. Po prostu cisza. ...sytuacja była dla mnie straszna. Aparaty słuchowe były drogie i na kupno z pensji nie było żadnych szans. Jedyną nadzieją pozostała pożyczka. Niestety pożyczki z banku były wtedy wysoko oprocentowane. Ale w Zakładach Odzieżowych działał fundusz pożyczkowy udzielający kredytu pracownikom na pilne cele. Cała moja nadzieja oparła się na tej możliwości. W pracy chodziłem głuchy jak pień i nie słyszałem nawet swojego głosu a co dopiero mówić o dźwiękach z otoczenia. Dlatego zgłosiłem swoją sytuację w kadrach gdzie skierowali mnie po pożyczkę do wydziału socjalnego. Siedziała tam kobieta mała, kulawa i garbata ale te cechy nie miałyby dla mnie żadnego znaczenia – gdyby chociaż była choć trochę sympatyczna. Ale do mojego problemu podeszła w sposób mechaniczny. Powiedziała że aby otrzymać pożyczkę muszę zdobyć dwóch żyrantów. To podstawowy warunek. Była to dla mnie wielka kłoda  ale byłem tak zdesperowany że zabrałem się energicznie do sprawy i szybko znalazłem dwóch żyrantów których przyprowadziłem z dowodami osobistymi do socjalnego. Teraz jednak dowiedziałem się że muszę czekać. Jak dlugo? Nie wiadomo, wszysko zależy od prezesa...Zaczął się okres oczekiwania. Minął tydzień, drugi tydzień, miesiąc. Znajdowałem się cały czas w koszmarnym nastroju, nic nie słyszałem, a trzeba było chodzić do pracy i jakoś dogadywać się z ludźmi. Dowiedziałem się w międzyczasie że wszyscy inni którzy złozyli wnioski o pożyczki, otrzymali je. Wtedy już nie wytrzymałem i znowu poszedłem do biura. Niestety, bez zmian. Nadal brak decyzji. Wtedy próbowałem interweniować u prezesa ale był zajęty lub też nie chcieli mnie tam wpuścić. Miałem już tego dosyć. Zaczęłem się zastanawiać co ja jeszcze tu robię . Niedawno obchodziłem jubileusz 10 lecia pracy w tym zakładzie . Było zasadą że za taki jubileusz każdy pracownik otrzymywał specjalną ekstra premię. No może prawie każdy. Oprócz mnie. Nie dostałem za 10- latkę ani grosza. Moje zarobki od kilku lat nie wzrosły ani o centyma. Brygadzistki prowadziły wobec mnie oraz Edzia Nadratowskiego  feministyczną politykę. Co kilka miesięcy podnosiły pensje wszystkim szwaczkom. Natomiast ja i Edzio nie dostawaliśmy ani grosza mimo że wypruwaliśmy z siebie wszystkie żyły. Według teorii brygadzistek faceci na niczym się nie znają i do niczego nie nadają. Dlatego powinni zarabiać najmniej. I rzeczywiście. Kiedy odbierałem swoją „wypłatę” przy okienku zasłaniałem się całym ciałem żeby osoby stające za mną nie mogły podejrzeć ile odbieram kasy. To był wstyd. No i w końcu...podjęłem ostateczną decyzję. Pewnego dnia nie stawiłem się w pracy. Podobnie drugiego, trzeciego i czwartego.Znikłem z „zakładów odzieżowych” jak Randall duch Hopkirka. Nie załatwiałem żadnych formalności. Po prostu – wyfrunęłem jak orzeł z klatki. Po prawie 15 latach mariażu żegnałem się z firmą Zakłady Odzieżowe - krótko i bez bólu.. Przez pierwsze kilka dni urywały się telefony bo tam nikt nie wiedział o co chodzi. Potem telefon umilkł i nastała cisza. Wreszcie miałem spokój.Chciałem pożegnać się nie tylko z tym zakładem ale też z zawodem krawieckim bo wielkich sukcesów w tej dziedzinie nie odniosłem. Swoją przyszłość widziałem w malarstwie. Chciałem malować, malować, malować.`Praca w firmie zabierała mi mnóstwo czasu. Teraz byłem już wolny i mogłem poświęcić się swojej wielkiej idei....

                               

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
14 listopada 2008

Kwadryzm w TVN!

Na początku roku 1999 zadzwonił do mnie Mirek Judkowiak zapraszając do swojego mieszkania na Kamiennej Górze, najbardziej malowniczym miejscu w Gdyni. Na tą wizytę zabrałem swoją siostrę Wioletę która co prawda moim malarstwem interesowała się średnio ale lubiła całą otoczkę, przyjaciół artystów oraz imprezy i balangi z tego światka. Imprezy organizowane przez Judkowiaka miały swoją renomę i przewijały się na nich tłumy ludzi. Tym razem jednak spotkanie było kameralne. Mirek Judkowiak przedstawił propozycję nakręcenia nowego filmu na temat mojego malarstwa. Według obiegowej opinii zdobyłem sławę jednego z najbardziej cenionych w Polsce malarzy nurtu „art brut” czyli sztuki surowej. Moim malarstwem zainteresowała się telewizja TVN która zaakceptowała scenariusz filmu o kwadryzmie napisany przez Mirka Judkowiaka. Miał to być jeden z filmów cyklu „gdyńskie postacie”. Planowany był też film o słynnym maratończyku Andrzeju Magierze i kilka innych. Według planu scenariusza akcja filmu miała rozgrywać się nie tylko w mojej „mini pracowni” mieszczącej się w rogu małego pokoiku ale też – co miało być istotne – w firmie „Zakłady Odzieżowe” które były kolebką kwadryzmu i miejscem gdzie odkryłem w sobie artystyczne powołanie.  Po omówieniu wstępnych ustaleń pozostało jedynie czekać na przyjazd ekipy TVN bo sprawa została już defitywnie zaklepana. Jednak czas mijał i nic się nie działo, więc doszedłem do wniosku że ten plan upadł. Jakoś na początku marca niespodziewanie zadzwonił telefon. To Mirek Judkowiak informował, że jutro zaczyna się akcja. Należało się więc psychicznie przygotować...szczerze mówiąc miałem trochę obaw. Nie byłem wtedy zbyt dobrym krasomówcą i trzeba było uważać żeby nie wyjść na idiotę. Nie było to proste bo styl pracy Mirka Judkowiaka polegał na działaniu z zaskoczenia. Bez żadnych przygotowań. Jest pytanie i ma być od razu odpowiedź. Tego właśnie obawiałem się najbardziej ale – liczyłem na pomoc opatrzności w razie czego. W tym czasie przyjechała do nas rodzina z kieleckiego, mamy siostra czyli dla mnie ciocia oraz jej dzieci, kuzyn i kuzynka. W domu zaroiło się od ludzi. I w taki właśnie klimat wtargnęła ekipa TVN. Ciężki sprzęt , wielkie kamery, sznur kabli i mikrofonów, grupa młodych, energicznych operatorów. Od razu chcieli zobaczyć „pracownię kwadrysty”. Kiedy zaprowadziłem ich do swojego kącika pod oknem, zrobili wielkie oczy. Powiedzieli że to chyba najmniejsza pracownia świata, nigdy przedtem nie widzieli takiej małej. Rzeczywiście, mój warsztacik pod oknem, odgrodzony zasłonką od reszty pokoju zajmował obszar 1x1m. Wydawało im się niemożliwe że można tworzyć w takich warunkach. Rozłożyłem bezradnie ręce. No cóż....życie. Operatorzy, kierowani sprawnie przez Mirka Judkowiaka, zaczęli kręcić. Podstawiałem im swoje obrazy równocześnie opowiadając jakieś bzdety. W jednej ze scenek Mirek wymyślił że muszę powiedzieć koniecznie że jestem następcą Pabla Picassa. Według mnie równie dobrze mogłem przedstawić się jako następca Henry Matissa, nie byłoby wielkiej różnicy. Według planu w następnej kolejności miały być wywiady z rodziną artysty. Mama wywiązała się z zadania bez zarzutu ale siostry dały nogę. Prysnęły z domu no i niestety...trzeba było jakoś to uzupełnić.  Tutaj do akcji wkroczyła ciocia Czesia, mamy siostra. Wypowiedzi cioci, zabawne, spontaniczne i efektowne ubarwiły film. Ciocia została uznana najlepszą aktorką tego filmu. „w ciągu sekundy on potrafi naszkicować bez linijki, bez niczego” To i kilka innych wypowiedzi cioci sprawiły że film uzyskał wesołe zabarwienie. Teraz już pierwsza część scenariusza została wykonana. Następnego dnia ekipa TVN wkroczyła do Kolibek, na teren Zakładów Odzieżowych „Wybrzeże”....miałem wtedy pierwszą zmianę, a więc musiałem być w pracy. Operatorzy TVN z Judkowiakiem przyjechali  około południa. W firmie powstało wielkie zamieszanie bo nikt nie wiedział o co chodzi. Po uzyskaniu od kierownictwa pozwolenia na kręcenie, ekipa TVN weszła do zakładu, na teren szwalni. Wtedy, wśród szwaczek powstał prawdziwy popłoch. Kobiety biegały tam i z powrotem, poprawiały włosy i makijaż. Panował nastrój wielkiego podniecenia. Zaczęła się akcja. Mirek Judkowiak przeprowadzał wywiady z szefową marketingu, szefową produkcji i kierowniczką szwalni. Wszystkim zadawał głównie jedno pytanie. Czy zdają sobie sprawę że zwykły pracownik tej firmy jest wielkim artystą, następcą Picassa oraz twórcą nowego kierunku w sztuce? Odpowiedzi

były rozmaite. Na przykład kierowniczka szwalni p. Irena Kmieciak stwoierdziła że nie widzi Picassa w mojej sztuce bo jest ona zupełnie inna oraz powiedziała że jestem ...lepszy niż Picasso. Z kolei szefowa marketingu określiła mnie jako wielkiego romantyka bujającego w obłokach który zakochuje się w pięknych szwaczkach i w następstwie popada w wielkie problemy z pracą i tak dalej. Ta wypowiedź w całości była dla mnie trochę niekorzystna ale – okazało się później że w trakcie montażu większość tego monologu została obcięta. Na moje szczęście. Wypowiedź szefowej marketingu była krótka i pozytywna, przynajmniej na filmie. Ale jaka była całość tego nie wiem bo ten wywiad Mirek przeprowadzał w gabinecie szefowej i mnie przy tym nie było. Potem zaczęły się wywiady z dziewczynami. Najkorzystniej zaprezentowała się Honorata Aldona. Mój romans z Honoratą zakończył się już dawno i obecnie byliśmy na stopie przyjacielskiej. Co ciekawe, występ Honoraty nie był w scenariuszu a pozatym od dawna już nie pracowała ona w firmie. Był to czysty przypadek że Honorata przyszła w odwiedziny do zakładui Mirek wmontował ją do filmu. A żeby było jeszcze ciekawiej – właśnie podczas wywiadu z Honoratą przedefilowały przed kamerą prawdziwe „panny z Kolibek” czyli dwie Joanny . Akurat maszerowały korytarzem do pracy na drugą zmianę. Joanna trzymała w ręku coś czego nie mogłem nigdy zidentyfikować. Wyglądało to jakby na banana ale chyba było to raczej coś innego.
W ten sposób „panny z Kolibek” nieświadomie i mimowolnie załapały się do filmu chociaż w formie bardzo mini tyci. Ale jednak. Można byłoby powiedzieć – rzutem na taśmę. Potem zostałem usytuowany przy maszynie. Na filmie uwieczniono że siedzę przy maszynie do szycia  i szyję mundury dla wojska. Było to wielkie oszustwo bo w rzeczywistości od kilku lat pracowałem jako „obcinacz nitek” Ale to stanowisko wydało się reżyserowi zbyt mało romantyczne i niezbyt pasujące do życiorysu artysty. Poza tym promowałem swoją legendę jako „krawiec z Kolibek” więc cała historia musiała mieć jakieś ręce i nogi. No i w ten sposób cały scenariusz został zrealizowany, wszystkie zaplanowane sceny nakręcone. Ekipa TVN zwinęła sprzęt i wyjechała do Warszawy. Montowaniem filmu zajął się rzecz jasna Mirek Judkowiak. Uporał się z tym dosyć szybko. Od czasu akcji ekipy TVN minął być może tydzień czasu. Mieliśmy już marzec 1999 roku.
Pracowałem wtedy na drugą zmianę, była godzina 17.15.
Nagle drzwi do szwalni uchyliły się i ukazała się w nich głowa mechanika Kazia. Zawołał głośno do mnie:
-    Mirek Śledź, jesteś w TVN!
Nie tylko ja ale obie brygadzistki pobiegły pędem do kantorka mechaników gdzie był telewizor. Akurat zaczynał się „Telewizjer – magazyn faktów”, bardzo popularna audycja w TVN.Spojrzałem na ekran i zobaczyłem tam...siebie samego, siedzącego przy maszynie do szycia i szyjącego sobie jak nigd y nic. Słowa spikera brzmiały „czy w Polsce narodził się geniusz malarstwa – po kubizmie powstał kwadratyzm”  Była to dopiero zapowiedź filmu...chwilę potem ujrzałem ładną blondynkę, spikerkę zapowiadającą film. Zaczęła od słów: „kubizm to kierunek malarstwa nowoczesnego, powstał na początku XX wieku. Pierwszym kubistycznym obrazem były „panny z Avinion” Pabla Picassa. Zamiast malarstwa naśladującego naturę Picasso malował geometryczne formy jedynie przypominające rzeczywiste przedmioty. Ostatnie obrazy kubistyczne powstały w latach dwudziestych. Mirosław Śledź stworzył nowy kierunek w malarstwie zbliżony do kubizmu. Nazwał go kwadryzmem.” Obie brygadzistki patrzyły w ekran telewizora z otwartymi ustami. Ja też nie bardzo mogłem uwierzyć co się dzieje. Kwadryzm poszedł w świat, „Telewizjer” TVN był bardzo popularny, oglądało go miliony widzów. Ale to nie był sen, rzecz rozegrała się naprawdę. Film był później powtarzany wiele razy. Stanowił najbardziej efektowne podsumowanie mojej artystycznej szajby.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
14 listopada 2008

Kolbki 1998 (3)

Jesienią 1998 roku po raz trzeci odbyły się Nadbałtyckie Targi Zakładów Pracy Chronionej organizowane przez ZO „Wybrzeże” w pawilonie gdyńskiego WTC Expo. Podobnie jak poprzednio, otrzymałem zaproszenie do zorganizowania własnej wystawy w ramach tych targów. Teraz organizatorzy poszli jeszcze bardziej mi na rękę, gdyż dostałem własny boks. Było to duże wyróżnienie bo dzięki temu stawałem się jakby instutucją, samodzielną firmą. Był to czas kiedy popularność kwadryzmu w Gdyni osiągnęła apogeum. Artykuły i wzmianki o moich obrazach i wystawach ukazywały się niemal we wszystkich gdyńskich gazetach. Złożył się na to cały dotychczasowy dorobek wystawowy i plenerowy, seria nagród w konkursach, wielki fresk w Małym Kacku i nieustanna aktywność twórcza w wielu dziedzinach. Oprócz malarstwa w ostatnim czasie odkryłem nową pasję – grafikę komputerową. Początkowo pracowałem na skromnym komputerze Amiga 500. Chociaż możliwości tej maszynki były bardziej niż skromne to udało się zainstalować na nim popularny program graficzny De-lux-paint. Dokonał tego reżyser Mirek Judkowiak który był moim pierwszym instruktorem w dziedzinie komputerów. On również był posiadaczem Amigi tyle że lepszego modelu -1200 który był nieporównanie lepszy od 500-ki. De-lux-paint w mojej Amidze 500 działał w ograniczonej palecie 64- kolorów ale było to dla mnie zupełnie wystarczające na początek. Uczyłem się różnych sztuczek oraz tricków które można było uzyskać w tym świetnym programie. Chociaż generalnie w komputerowym światku zdecydowanie
królowały już pecety to ich przewaga nad Amigą, a właściwie firmą Commodore nie była jeszcze taka wielka. Uważano że pecety mają więcej zalet ale Amiga jest lepsza dla artystów ze względu
na mocną kartę graficzną i programy malarskie. De-lux-paint oraz personal-paint miały już ustaloną markę podczas gdy pecetowy corel-draw znajdował się jeszcze w powijakach i był daleko w tyle...
przynajmniej w swoich pierwszych wersjach. Tak więc pracowałem na Amidze i byłem z niej zadowolony. Przynajmniej na początku. Potem zaczęło mnie irytować wolne tempo pracy i częste wieszanie się mojej 500-ki. Marzyła mi się Amiga 1200. Widziałem u Mirka Judkowiaka jaka jest różnica. Ale ten komputer był dużo droższy...jednak z pomocą przyszła mi opatrzność w osobie...Mirka Judkowiaka właśnie. Dzięki jego pośrednictwu trafili mi się klienci na obrazy. Właściwie – klientka. Moje malarstwo bardzo podobało się znajomej Judkowiaka, dziewczynie o imieniu Diana. Była to piękna dziewczyna o długich, czarnych włosach, ciemnej cerze i trochę azjatyckim typie urody. Pewnego umówionego dnia zjawiła się w moim domu ze swoim chłopakiem. Po kilku godzinach przebierania w obrazach wybór został dokonany. Do pełni szczęścia brakowało im jeszcze jednego z obrazów które widzieli na fotografii. Powiedziałem że ten obraz może być w piwnicy...tak więc zeszliśmy na dół. Po pracowitym przewracaniu piwnicznych zbiorów udało się znależć wypatrzone dzieło. Transakcja została zawarta, do mojej kieszeni trafiło kilkaset złotych i Diana żegnając się ze mną miała zadowoloną minę...ja też. Już następnego dnia stałem się szczęśliwym posiadaczem Amigi 1200. Moje marzenie zostało spełnione. Teraz mogłem malować znacznie szybciej oraz instalować nowe programy np. Personal-paint. Trochę później dokupiłem też twardy dysk i miałem już szybką i sprawną maszynkę. Jak na tamte czasy....dzięki temu uzyskałem możliwość prezentacji komputerowej swoich dzieł podczas targów WTC Expo jesienią 1998. No i rzecz jasna skorzystałem z tej szansy. Dzięki uzyskaniu własnego boksu mogłem też stworzyć małą, przytulną galeryjkę. Obrazów było mniej niż na poprzednich targach ale cała ekspozycja przedstawiała się ciekawiej bo była bardziej urozmaicona. Zaprezentowałem nie tylko swoje typowe kwadryzmy ale też grafiki czarno-białe naśladujące formy linorytu, rysunki piórkiem oraz rzeżby a także grafiki komputerowe. Moim celem było pokazanie że artysta nie stoi w miejscu tylko rozwija się w wielu kierunkach. Aby całej galeryjce
dodać jeszcze więcej blasku wstawiłem tu i ówdzie trochę kwiatów. Całość uzupełniał mały stolik na którym ustawiłem komputer z monitorem i drukarkę HP. Bowiem na tych targach planowałem promować swój nowy pomysł – komputerowe portrety na żywo, rysowane na komputerze w programie graficznym, drukowane od ręki i wręczane zadowolonemu klientowi lub klientce na poczekaniu. Liczyłem też na liczne wizyty znajomych i przyjaciół artystów w moim
kwadrystycznym boksie. Co najważniejsze – udało mi się uzyskać urlop na czas trwania targów. Tak więc przez trzy dni mogłem siedzieć w swoim boksie od rana do zamknięcia czyli do godziny 19. W ten sposób byłem w stanie kontrolować żeby nie przeszli mi koło nosa potencjalni klienci jak to było poprzednim razem. Wszystkie przygotowania były już zapięte na ostatni guzik. A jednak w przeddzień otwarcia targów dałem wielką plamę...przygotowywano specjalny dodatek „gazety wyborczej” na temat targów i miał też być w nim artykuł o mojej wystawie. Otrzymałem telefon od prezesa Labudy w którym prosił o stawienie się nazajutrz rano w umówionym miejscu z dziennikarką tej gazety która miała zebrać informacje na mój temat. No i – niestety. Zaspałem. Nie dojechałem na to spotkanie i było mi strasznie głupio. Później zadzwoniłem do prezesa i próbowałem się tłumaczyć ale nie wiem po co. Zaszkodziłem jedynie sam sobie bo zamiast dużego artykułu, w „gazecie wyborczej” znalazła się tylko mini wzmianeczka na mój temat. Początek targów był więc trochę niefortunny. Szybko jednak o tym zapomniałem bo dalej było już tylko lepiej. Już pierwszego dnia w godzinach rannych odwiedził mnie reporter „dziennika bałtyckiego” Już wcześniej wiedziałem że coś takiego się szykuje bo zawiadomił mnie o tym Zygmunt Wojtas. Powiedział że „dziennik bałtycki” chce zrobić wielki artykuł na mój temat i żebym się na to przygotował. Błagał mnie tylko na litość żebym już przestał wpadać do studni i nie wspominał o tym wiecej bo już wszyscy mają tego dosyć. A dla mnie to nie bylo takie proste.
Problem był w tym że dziennikarze w „dzienniku” ciągle się zmieniali. Każdy nowy dziennikarz nic o mnie nie wiedział i chciał poznać moją historię od początku. No więc musiałem zacząć od tego że wpadłem do studni. Potem trafiłem do szpitala i tam zacząłem malować. Inaczej się nie dało, chyba żebym wymyślił jakąś bajkę. No ale przecież kłamać nie wolno.. Jedynym wyjątkiem były artykuły pani Kościeleckiej. Pierwszy - „kwadratowe panny z Kolibek”
opowiadał historię wystawy w Brukseli, następny dotyczył pleneru w Liege i był niejako kontynuacją pierwszego. Później p. Kościelecka została przeniesiona do Gdańska a w oddziale gdyńskim wśród dziennikarzy od kultury zrobiła się karuzela gdzie każdy po krótkim bujaniu wypadał z huśtawki. Dlatego musiałem bez przerwy opowiadać że wpadłem do studni i doszło do tego że Zygmunt Wojtas na sam dźwięk słowa „studnia” dostawał spazmów wstrętu...a mimo to
i tym razem powstał artykuł ze studnią w tle. Ukazał się w „dzienniku bałtyckim” w ostatnim dniu targów i został zatytułowany „Świat wpisany w kwadraty” Ozdobiony został dużym, kolorowym zdjęciem przedstawiającym autora czyli mnie...no i dodał mi trochę popularności, co tu kryć. Zaczęłem być rozpoznawany przez ludzi na ulicy co wcześniej się nie zdarzało bo poprzednie artykuły ozdabiano tylko obrazami i ludzie nie mieli pojęcia kim jest autor i jak wygląda. Wiedzieli tylko jak maluje. Teraz już rąbek tajemnicy został trochę uchylony. Podczas targów udało mi się zrealizować wszystkie zamierzenia. Swoje obrazy prezentowałem na komputerze w formie pokazu slide-show gdzie co kilka sekund obraz zmieniał się na inny.
W ten sposób pokazałem kilkaset obrazów i grafik komputerowych. Oprócz tego robiłem na komputerze grafiki i rysunki na żywo i sprzedawałem je od razu. Ale największym zainteresowaniem cieszyły się komputerowe portrety na żywo. Klientów ani klientek mi nie brakowało bo ta forma portretowania była dla ludzi czymś zupełnie nowym. Zostało to zauważone nawet przez organizatorów. Na zakończenie targów otrzymałem specjalny dyplom „ za nowatorskią formę prezentacji malarstwa” Tak więc te targi mogłem uznać za najlepsze z dotyczczasowych. Kiedy już szykowałem się do zwijania swojego boksu – odwiedził mnie reżyser Mirek Judkowiak ze swoją dziewczyną Kasią. Powiedział że planuje zupełnie nowy film na temat kwadryzmu. To zabrzmiało intrygująco. Przyszłość szykowała mi kolejną niespodziankę...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
14 listopada 2008

Kolibki 1998 (2)

Do grona nowych dziewczyn w ZO „Wybrzeże” o których jeszcze nie wspominałem należały również Iwona i Regina. Pracowały na tej samej zmianie co ja, tylko na innych brygadach. Ja pracowałem na trzeciej sali, Regina na drugiej a Iwona na pierwszej. Obie były zgrabne, chociaż różniły się wzrostem. Iwona była wysoka – 180 cm a Regina mała – ok. 155 cm. Początkowo były to przyjaciółki „na śmierć i życie”. Na przerwę śniadaniową chodziły zawsze razem a po korytarzu maszerowały trzymając się za ręce. Regina była bardzo energiczna, wesoła i wszędobylska. Wszędzie jej było pełno. Iwona znacznie spokojniejsza, zrównoważona, chociaż również sympatyczna. Bardziej podobała mi się Iwona ale zauważyłem że moją skromną osobą więcej interesuje się Regina która często zaczepiała mnie na korytarzu podczas przerw lub przypadkowych spotkań. W ten sposób byłem w kropce. Obawiałem się że gdybym wystartował do Iwony to Regina obraziłaby się śmiertelnie. Natomiast Regina, nie wiem czemu – budziła trochę we mnie lęk...była tak wygadana że obawiałem się iż mogłaby mnie kompletnie stłamsić. Dlatego grawitowałem raczej w stronę Iwony. Miała długie włosy koloru ciemny blond, zgrabną figurę i była całkiem ładna. Tyle że..młoda. Nie mogła mieć więcej niż 20 lat. A ja tymczasem...no ale mniejsza z tym. Zauważyłem ją już pierwszego dnia jej pracy chociaż z daleka. Od razu wpadła mi w oko. Ale po historii z „pannami z Kolibek” byłem już mocno usadzony w podrywaniu i nie podejmowałem żadnych prób, zadawalając się jedynie efektem wizualnym. Pewnie tak by pozostało gdyby nie przypadek. Pewnego dnia przechodziłem korytarzem szwalni a z drugiej strony wyskoczyła Iwona. Kiedy się mijaliśmy, Iwona nagle, ni stąd ni zowąd, uśmiechnęła się. Nie wiem czemu raptem , no ale cóż, przyjęłem to za dobrą monetę. Następnego dnia po pracy zamiast na przystanek trolejbusowy jak to miałem w zwyczaju, poszedłem na dworzec kolejowy bo miałem do załatwienia jakąś sprawę i tak mi lepiej pasowało. Ustawiłem się pod wiatą w oczekiwaniu na kolejkę SKM i po chwili zauważyłem idącą peronem Iwonę...kiedy była już obok, znowu się uśmiechnęła i ...podeszła do mnie jakby nigdy nic. Podjęliśmy rozmowę. Dowiedziałem się że Iwona mieszka w Wejherowie, na pierwszą zmianę musi wstawać o 4 rano żeby zdążyć do pracy..powiedziała że w Wejherowie ma nowe, ładne mieszkanie które otrzymała w prezencie od rodziców. Nadjechała kolejka, wsiadłem i Iwona.. też. Trochę się zdziwiłem ale Iwona wyjaśniła że
jedzie do Gdańska w jakiejś sprawie. Pomyślałem że będzie miała dłuuuugą drogę powrotną do Wejherowa. W drodze siedziałem obok Iwony i kontynuowaliśmy dialog. Opowiedziałem jej trochę o swoim artystycznym żywocie i odniosłem wrażenie że jest zainteresowana tematem. Ale kolejka dojechała do Gdyni i trzeba było wysiadać. Mogłem co prawda przykleić głupa i jechać z Iwoną do samego Gdańska ale aż taki kozak to ze mnie nie był. Pożegnałem Iwonę, wysiadłem i to było tymczasem tyle. W następnych dniach raczej wzajemnie się unikaliśmy. Wprawdzie pracowaliśmy na innych salach ale codziennie istniały możliwości spotkania na przykład podczas gimnastyki która odbywała się o godzinie 11 na korytarzu szwalni. Gimnastyka była obowiązkowa i brały w niej udział równocześnie wszystkie trzy szwalnie. Była to dobra okazja do nawiązania znajomości z panienkami z innych sal co było niemożliwe podczas pracy. Ale w praktyce nie było to takie proste. Wszystkie szwaczki wychodzące na gimnastykę ustawiały się na korytarzu na wysokości swoich sal. Można było pójść trochę dalej ale w rozsądnych granicach. W ten sposób mogłem zbliżyć się do panien z drugiej, środkowej sali, gdzie pracowała Regina. Zresztą Regina również przesuwała się w stronę mojej, czyli trzeciej sali i podczas gimnastycznych wygibasów zabawiała towarzystwo różnymi błazeństwami. Ale Iwona była daleko, naprzeciwko swojej, pierwszej sali i dzieliła mnie od niej odległość około 50 metrów! Taka była przestrzeń między pierwszą a trzecią salą i tak długi był korytarz szwalni Zakładów Odzieżowych. Na to żeby w trakcie gimnastyki zbliżyć się do panien z pierwszej sali trzeba było wykonać szereg manewrów które od razu wzbudziłyby podejrzenie. Nie miałem ochoty znaleźć się na językach plotkarskiego środowiska szwaczek więc gimnastykowałem się grzecznie tam gdzie wypadało być na swoim miejscu. Obserwowałem z daleka zgrabną figurę Iwony jak robi biodrami różne wygibasy. Tymczasem jednak nic innego zrobić nie byłem w stanie. W tym czasie podczas przypadkowego spotkania na korytarzu zagaiła mnie Regina mówiąc że czytała artykuł o mnie w „Dzienniku Bałtyckim” Rzeczywiście, w tym czasie coś tam napisali wspominając o nagrodach na plenerze w Krakowie...
jednak te rozmowy z Reginą odbywały się zawsze w przelocie, tak jakby nie tylko ja przed nią, ale też ona przede mną odczuwała jakiś lęk. Tymczasem Iwona stała się jakaś niedostępna i ogólnie sytuacja była zupełnie niewyraźna bo nie można było nic zrobić ani tu ani tam. Wtedy wpadłem na pomysł że zamiast podejrzanych manewrów „w którąś stronę” spróbuję poderwać je obydwie równocześnie za jednym machem. Akurat w tym czasie działała jeszcze, choć już dogorywała nasza artystyczna organizacja „Klub Krzywego Kwadratu” Pewnego dnia zadzwonił do mnie Kuba Oxis mówiąc że załatwił dla nas wystawę w klubie „Plama” mieszczącym się w Gdańsku – Zaspie. Rzecz jasna zarówno ja, jak i robunio i furman zaakceptowaliśmy ochoczo ten plan. Akcje naszej grupy traktowaliśmy na luzaka jako okazję do wygłupów. Ale tym razem wymyśliłem że...na wernisaż KKK w klubie „Plama” zaproszę Iwonę i Reginę. Mocno się obawiałem że zachowają się podobnie jak kiedyś Joanna i jej spółka. Ryzyko było duże, ale postanowiłem spróbować. W tym celu na moim słynnym komputerze marki „Amiga” zrobiłem zaproszenia na nasz heppening, wydrukowałem je i już następnego dnia można było zapraszać ludzi.
W czasie przerwy nadarzyła się korzystna sposobność. Regina i Iwona siedziały razem na ławce w głównym holu przed wejściem na szwalnię. Odważnie podszedłem do nich, wręczyłem zaproszenia i spytałem czy mogę liczyć na ich liczne przybycie. Podziękowały ładnie i powiedziały że owszem – przyjdą. Potraktowałem to zapewnienie jako grzecznościowy zwrot dyplomatyczny bo nie bardzo byłem co do tego przekonany. Kilka dni dzielących od ustalonego dnia wernisażu spędziłem na przygotowaniach swojego heppeningu. Wymyśliłem zupełnie nową, genialną technikę której nadałem nazwę „papieroryt” Polegała ona na tworzeniu papierowych obrazów dwuwarstwowych gdzie jeden arkusz papieru służył do wycinania nożykiem rozmaitych motywów a drugi znajdował się pod spodem. Jeden arkusz był koloru czarnego a drugi białego, lub odwrotnie. Nałożenie na siebie tych dwóch warstw dawało efekt podobny do linorytu lub drzeworytu.
Najprostsza technika pod słońcem. Zeby jednak było ciekawiej zdecydowałem, że do swojego pokazu zademonstruję papieroryty z dwóch warstw jednego koloru – czarnego. Czarne wycinanki na czarnym tle były prawie niewidoczne i o to mi właśnie chodziło – bowiem uzupełnieniem pokazu papierorytów miał być heppening który był na razie moją tajemnicą...tymczasem dzień wernisażu Klubu Krzywego Kwadratu nadszedł wreszcie.. tego dnia w pracy byłem trochę zdenerwowany bo nie wiedziałem czy Iwona i Regina przyjadą do Gdańska. Zależało mi na ich obecności bo miała to być z mojej strony główna publiczność, reprezentacja „panien z Kolibek” nowego pokolenia. Każdy z członków KKK zapraszał swoich znajomych i dlatego w sumie miało być ciekawie...a gdyby one nawaliły? Odczuwałem niepokój dlatego chciałem się upewnić. Na przerwie śniadaniowej podszedłem do Reginy i spytałem czy...odpowiedziała że przyjadą na pewno. Odetchnęłem z ulgą. Teraz byłem już trochę spokojniejszy chociaż i tak daleko brakowało do pewności. Po ciężkich negocjacjach z brygadzistkami załatwiłem wcześniejsze wyjście z pracy – już o 12 w południe. Brygadzistki były wściekłe ale w końcu machnęły ręką. Wystartowałem z pracy w tempie odrzutowca i już w domu zaczęłem przygotowywać wszystkie atrybuty do wernisażu. Wreszcie obładowany jak wielbłąd ruszyłem na dworzec kolejowy. Wernisaż miał się zacząć o godzinie 18. Chciałem być na miejscu godzinę wcześniej żeby zamontować swoje dzieła czyli czarne papieroryty. Po wyjściu z kolejki na Zaspie stwierdziłem jednak że mam jeszcze sporo czasu i wdepnęłem do jakiejś knajpy na piwo. Konsumpcja browaru pochłonęła pół godziny i teraz można już było ruszać prosto do klubu Plama. Miejsce było mi dobrze znane bo to w „Plamie” właśnie miała miejsce premierowa wystawa Klubu Krzywego Kwadratu w grudniu 1994. Tymczasem minęło już kilka lat, przybyło doświadczeń i siwych włosów na głowie. Z tamtej wystawy zachowałem miłe wspomnienia dotyczące szczególnie słynnego manifestu kwadryzmu. No ale to już historia, teraz przyszedł czas na coś nowego. Pchnęłem drzwi wejściowe i ze swoim majdanem na plecach wtarabaniłem się do środka. Oczekiwałem tłumu ludzi a tymczasem wewnątrz było prawie pusto...na bocznych krzesłach zauważyłem reżysera Mirka Judkowiaka z dziewczyną Kasią których również zaprosiłem na ten heppening. Z tyłu siedział Kuba Oxis obok kierowniczki „Plamy” Spytałem o co tu chodzi i czemu tak pusto. Dowiedziałem się że wernisaż został odwołany. Nie będzie żadnego performance. Przyczyna? Bardzo prosta. Kuba Oxis rzeczywiście zamówił tu wystawę dla Klubu Krzywego Kwadratu ale jej później nie potwierdził. Potwierdzenie to ważny akcent przy organizowaniu wystawy. Bez tego organizator może uznać że autor zrezygnował, wycofał się i wstawia w to miejsce kogoś innego. Tak właśnie było w tym wypadku. Do wernisażu w galerii „Plama” przygotowywała się zupełnie inna, obca i nie znana nam ekipa. W tym czasie napływali ludzie zaproszeni na nasz heppening. Na wieść, że wernisaż się nie odbędzie, reakcje były różne. Jedni byli wkurzeni, inni przygnębieni a jeszcze inni rozbawieni. Zjawili się Robunio i furman, przyszedł też Sebastian czyli Sebol ze swoją ładną kuzynką Majką i trochę innych, nieznanych mi osób. No i wreszcie...nie mogłem uwierzyć własnym oczom. W drzwiach stały Iwona i Regina czyli „Panny z Kolibek”! A jednak! Moje zaproszenie musiało w jakiś sposób je zaintrygować. Podszedłem do swoich kolibkowych dziewczyn aby się przywitać.
Iwona miała buty na obcasie i kraciastą mini- spódniczkę. Prezentowała się jak modelka z „playboya”.Regina również wyglądała nieźle. Zaprosiłem dziewczyny do stolika żeby usiadły i pokosztowały trochę naszego klimatu. Powiedziałem że impreza z przyczyn obiektywnych została odwołana. Jednak być może uda nam się skombinować coś zatępczego...Iwona i Regina powiedziały żebym się nimi nie przejmował i robił to co do mnie teraz należy. Po krótkiej chwili odbyliśmy naradę z kierowniczką „Plamy” w wyniku której otrzymaliśmy pozwolenie na zrobienie heppeningu i wystawy improwizowanej na placu przed klubem. Było to w tych okolicznościach najlepsze wyjście. Dało nam możliwość wykonania akcji teatralnej. Jednak z tej formy zrezygnowali od razu furman i Kuba Oxis. Oni nie mieli przygotowanych żadnych heppeningów, chcieli tylko zaprezentować swoje dzieła. Jednak w tych warunkach nie chciało im się rozkładać obrazów. Było ciemno i zimno, późny październikowy wieczór. Ale ja i Robunio...owszem, czemu nie. Ustaliliśmy że pierwszy wystąpi Robunio, a ja za nim. Tymczasem z klubu na plac przytargaliśmy sztalugi. Ustawiłem na nich swoje czarne papieroryty. Ponieważ wycinanki były czarne na czarnym tle i do tego znajdowały się w ciemnym, nieoświetlonym placu więc znalezienie czegokolwiek na moich obrazach graniczyło z cudem. Ale wystawa była tylko częścią planu...kiedy ustawiłem już swoje czarno-czarne obrazy na sztalugach pobiegłem do klubowej toalety przebrać się i przygotować występ. Przebrałem się w czarny płaszcz, czarny kapelusz, wysmarowałem całą twarz, szyję, ręce i wszystkie odkryte części ciała czarną pastą do butów. Po chwili usłyszałem, jak wołają mnie do występu, więc majestatycznym krokiem wyłoniłem się z mroku jako czarny men który chce zaprezentować swoje czarne arcydzieła. Podszedłem
do sztalug, ukłoniłem się całemu audytorium. Usłyszałem trochę braw, trochę śmiechów i gwizdów na przemian. Mój czarny image wzbudził mieszane uczucia u publiczności. Następnie zaczęłem swoje przemówienie. Uczyłem się go na pamięć ale było zbyt długie żeby to w całości zapamiętać więc na wszelki wypadek trzymałem w ręku kartkę żeby zerknąć na nią w razie czego. No i praktycznie cały czas czytałem z tej kartki bo wszystko wyleciało mi z głowy. Wyglądało to trochę idiotycznie. A sama treść przemowy? Ja mówić językiem murzyna i opowiadać ludzi historia jak ja zacząć malować. Potem ja zrobić kariera i jechać do wystawe za granica. Ja opowiadać jak ja sie zakochać w dziewczyna ale ona mnie w dupe kopać i ożenić sie z kogoś innego. Potem ja kompletnie zgłupieć i ja wymyśliła papieroryty i to być wielki wynalazki i zrobić kariera na cały świat. Podczas gdy ja tak mówić i mówić na plac wskoczył Robunio i zaczął robić swój heppening. Nie mógł się doczekać kiedy skończę więc po prostu bezczelnie wszedł mi w paradę. Przez chwilę robiliśmy heppeningi równocześnie, ja swój i Robunio swój. Zgłupiała publiczność nie wiedziała gdzie ma się patrzeć, na mnie czy na Robunia. Tu i ówdzie rozlegały się śmiechy. Tymczasem Mirek Judkowiak stał z boku z kamerą filmową i rejestrował dokładnie cały przebieg akcji. W końcu zeszliśmy ze sceny chyba równocześnie ja i Robunio. Rozległy się brawa. Udałem się do szatni żeby zmyć z siebie wszystkie ślady czarnej szajby. Nie wiedziałem jak oceniono moje wygłupy i po kilkunastu minutach walki ze zmyciem czarnej pasty wróciłem do klubowego holu. Trwały tam poheppeningowe reminiscencje. Kuba Oxis z magnetofonem i mikrofonem w ręku przeprowadzał wywiad z „Pannami z Kolibek”. Iwona i Regina opowiadały że heppening podobał im się i że chciałyby częściej uczestniczyć w takich imprezach. Tymczasem ten śmieszny performance przyciągnął grupę okolicznych gapiów którzy adorowali teraz naszą grupę. Trzeba się było jakoś wyplątać z tego zamieszania. Zwinęliśmy swoje dzieła, odstawiliśmy sztalugi z powrotem do wnętrza. Iwona i Regina pożegnały się i odłączyły od grupy. Byłem z tego nawet zadowolony bo trochę mnie onieśmielały a ja czułem się zupełnie wykończony i obawiałem się
że mógłbym nie dać rady zabawiać je w drodze powrotnej. Jednak ten historyczny fakt, że „Panny z Kolibek” pojawiły się na mojej kwadrystycznej akcji sprawił mi wielką radość. Później jednak
znajomość i z Reginą i z Iwoną zaczęła się ochładzać. Wkrótce po moim heppeningu doszło między nimi do wielkiej kłótni i ich przyjaźń rozpadła się. Nie wiedziałem o co tam chodziło i wolałem w to nie wnikać. Jakiś czas później znowu spotkałem Iwonę na peronie i znowu jechałem z nią pociągiem do Gdyni. Ale na to żeby zrobić mocne uderzenie zabrakło mi odwagi. Póżniej już wszystko zaczęło się rozpadać. Pozostało tylko wspomnienie jednego heppeningu...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
1 sierpnia 2008

Kolibki 1998 (1)

 Rok 1998 w Kolibkach był dla mnie jeszcze całkiem dobry,  szczególnie pod względem artystycznych wydarzeń. Po premierowej wystawie na targach WTC Expo organizowanych przez ZO Wybrzeże – w roku 1998 wzięłem udział w dwóch kolejnych takich imprezach - wiosną i jesienią. W targach wiosennych po raz pierwszy zostały zaproszone środowiskowe domy samopomocy z całej Polski. Moje stanowisko znalazło się akurat naprzeciwko gdyńskiego ŚDS. Miałem okazję zapoznania się z tą instytucją o której słyszałem wiele ciekawych rzeczy. Gdyński ŚDS powstał niedawno na wzór krakowskiego przy ul. Józefa. Jego zadaniem miała być opieka nad ludżmi z problemami życiowymi a także zbłąkanymi artystycznymi duszami.
Tutaj właśnie znalazł schronienie mój dobry znajomy z pleneru w Liege Krzysztof Opioła czyli krótko mówiąc KO. Gdyński ŚDS usytuowany został na Wzgórzu Św. Maksymiliana i nazwano go „białym domkiem”. Działał codziennie w dni powszednie w godzinach 8-15.
Odbywały się tam rozmaite zajęcia i każdy mógł znaleźć dla siebie coś interesującego. Biały domek wyposażony został w pracownie plastyczną, witrażową, salkę sportową, świetlicę
oraz stołówkę gdzie każdy uczestnik mógł zjeść pyszny obiad. Oprócz zajęć wewnętrznych ośrodek organizował również rozmaite wyjazdy, wycieczki i turnusy rehabilitacyjne a także wypady gdzieś na miasto – do muzeum, kina, teatru, na basen itp. O tym jednak przekonałem się osobiście kilka lat później, kiedy sam znalazłem się pod opiekuńczymi skrzydłami ŚDS...tymczasem podczas targów
WTC Expo podziwiałem cuda i cudeńka stworzone przez KO i spółkę z „białego domku”. Były tam malowidła na kafelkach, figurki z drewna, gipsu i papieru, kolorowe witraże rozmaitych kształtów i wiele innych gadżetów. Tymczasem na mojej ścianie w jednym długim rzędzie prezentowala się seria kwadrystycznych obrazów. Tym razem nie eksperymentowałem już z podklejaniem na taśmę przezroczystą i powiesiłem swoje dzieła na drucianych haczykach co dawało gwarancję że obrazy nie będą fruwać po całej hali. Podczas tej wystawy poznałem osobiście syna prezesa ZOW – Cezarego Labudę. Okazazał on wielkie zainteresowanie moim malarstwem i spędziłem z nim wiele czasu na ciekawych rozmowach. Wystawę obejrzała również Teresa Pałłejko prowadząca w Gdańsku galerię „Promyk” Otrzymałem propozycję wystawy w tej galerii ale – odmówiłem stanowczo. Ceniłem się jako tzw. „zdrowy artysta” i musiałem dbać o swój prestiż, chociaż ten sposób rozumowania trochę nie zgadzał się z rzeczywistymi faktami. Widziałem że Teresa Pałłejko była  mocno rozczarowana moją odmową ale trzymałem się twardo w swoim postanowieniu. Targi skończyły się i znowu nastała kolibkowa szarówa. Pewnego dnia zostałem wezwany do kierowniczki szwalni p. Ireny Kmieciak. Prawie zawsze takie „zaproszenia” wiązały sie z jakimiś nieprzyjemnościami i byłem pewny że tak będzie i tym razem. Z sercem w żołądku wchodziłem do kantorka swojej szefowej. I tu – niespodzianka. Pani Irena Kmieciak złożyła...zamówienie na serię obrazów dla spółdzielni. Obrazy mają wisieć na korytarzu szwalni. Byłem trochę zaszokowany bo spodziewałem się że dostanę tradycyjny opieprz. A tu takie buty. Po krótkich negocjacjach ustaliliśmy wynagrodzenie jakie miałem otrzymać za wykonanie zlecenia. Moja cena nie była zbyt wysoka ale ponieważ miała to być cała seria, więc w sumie szykował się ładny grosz.Mogłem więc teraz spokojnie zabrać się do pracy. Zdecydowałem się na odważny krok. Postanowiłem że namaluję te obrazy nie w swoim typowym kwadrystycznym stylu tylko w nowym – wymyślonym podczas pierwszego krakowskiego pleneru. W ciągu tygodnia stworzyłem ekspresyjną serię w formie barwnych, płaskich mozaik. Obrazy przedstawiały na ogół kobiece postacie co zresztą było moją obsesją, więc raczej nikt ode mnie nie oczekiwał innych motywów. Nie byłem pewny czy  te eksperymentalne dzieła zostaną zaakceptowane bo w porównaniu do mojego typowego kwadryzmu który był już znany – było to jednak trochę coś innego...dlatego kiedy z gotowymi już dziełami pod pachą wchodziłem ponownie do kantorka kierowniczki Kmieciak -  to szczerze mówiąc trzęsłem się ze strachu czy to wszystko nie spali na panewce. Ale na szczęście – moje obawy były płonne. Kierowniczka po pierwszym zlustrowaniu obrazów stwierdziła że są ładne, kolorowe i po oprawieniu będą się dobrze prezentować na korytarzu szwalni. Rzecz jasna oprawą miała już zająć się firma, i rzeczywiście, zrobiła to w sposób perfekcyjny. Wynagrodzenie za dzieła miało być doliczone do następnej pensji i to rozwiązanie zupełnie mnie zadawalało. Minęło jeszcze sporo czasu zanim obrazy zawisły na swoim przeznaczonym miejscu aż wreszcie...ta chwila nadeszła. Z dumą maszerowałem teraz korytarzem podziwiając swoje dzieła oprawione w duże aluramy ze szkłem. Obrazy w tych oprawach prezentowały się nieporównywalnie lepiej niż w stanie surowym. Często widziałem jak ta i owa szwaczka zatrzymywała się przed którymś z obrazów wpatrując z ciekawością w abstrakcyjne formy. Wyglądało to tak jakby korytarz szwalni został zamieniony w muzeum sztuki. No ale cóż...do szwaczek podziwiających dzieła w muzeum na korytarzu szwalni raczej nie należały moje „panny z Kolibek” Tutaj wyjaśnienie było proste. Nie lubiły autora obrazów a tym samym nie lubiły jego dzieł....kontakty z „pannami z Kolibek” uległy już całkowitej degradacji co doprowadziło  do  kompletnego rozpadu. Na szczęście – zdążyłem się już na to uodpornić. Mimo fatalnej historii zachowałem dla „panien z Kolibek” milczący respekt i nie oczekiwałem już od nich niczego innego poza wizualnym wrażeniem. Natomiast zdecydowanie irytowali mnie starzy głuchoniemi pracujący na brygadzie Joanny. Podczas „zmiany zmian”, kiedy  przychodziłem na stołówkę widywałem czasami jak ten i ów ze starych głuchoniemych ramoli obłapuje Joannę brudnymi paluchami na co ona wzdrygiwała się ze wstrętem. W takich chwilach miewałem ochotę przywalić palantowi w ryj. No ale cóż...nie byłem do tego w żaden sposób uprawniony i jedyne co mogłem zrobić to przypatrywać się takim scenom w milczącym przygnębieniu. Trzeba było udawać że mnie to nic nie interesuje, wracać do domu i malować kolejne kwadrystyczne dzieła co stało się dla mnie jedyną pociechą po krachu w życiu osobistym. Tymczasem minęło lato, zaczęła się jesień. We wrześniu do pracy w firmie ZO „Wybrzeże” zatrudniono grupę nowych, młodych dziewczyn które właśnie skończyły szkołę. Na początku pracowały na mojej brygadzie, więc miałem świetną okazję do podrywek. Były to wesołe panienki, zupełne przeciwieństwo ponurych „panien z Kolibek”, kontaktowe, przebojowe i sympatyczne. Z wolna zaczęła się nawiązywać pomiędzy mną a tymi dziewczynami nić porozumiewawcza. Spotykaliśmy się na przerwie, na stołówce a także w autobusie firmowym który zabierał pracowników po skończeniu drugiej zmiany. Rozmawiałem z panienkami dosyć swobodnie i luźno co budziło zgorszenie starej ekipy szwaczek. Te nowe dziewczyny dały mi nowe natchnienie i ożywiły nieco kolibkową stagnację. Być może mogłoby się
wyklarować coś ciekawego ale niestety....wkrótce ekipa nowych panienek została przeniesiona.
Na dolną szwalnię i na przeciwną zmianę czyli centralnie....na brygadę „panien z Kolibek”
Dla mnie oznaczało to że mogłem pożegnać się ze swoimi planami wobec którejś z nowych panienek – jeżeli takowe miałem. Centralne zarządzanie kadrami pracowników przez kierowniczkę Kmieciak przypominało gilotynę Robespierra. Brutalne cięcie, ciach i po krzyku. Po tej gwałtownej
zmianie życie w Kolibkach wróciło do szaroburej normy oraz nudy. Siedziałem przy swoim stanowisku przy oknie obcinając nitki od mundurów, obok mnie Edziu Nadratowski oraz dwie brygadzistki. Aczkolwiek brygadzistki to nie były złe kobiety, czułem się niezbyt komfortowo mając nad sobą nieustannie żandarmowski nadzór. Na mojej brygadzie wiało nudą i kontynuacja dialogu z nowymi panienkami przeniosła się teraz na teren przed zakładem, kiedy ja wracałem z pracy a one szły na drugą zmianę lub vice versa. Witałem się z tymi dziewczynami radośnie i wesoło zawsze wstawiając jakiś dialog. Wywoływało to zdumienie na twarzach „panien z Kolibek” które wędrowały w tym samym orszaku raz przed, raz za tymi nowymi – różnie. Nie mieściło im się w głowach że ja – mówię. Znały mnie jako milczącego ponuraka który nie jest w stanie się uśmiechnąć ani wydobyć z siebie słowa. Byłem postrzegany jako  antypatyczny typ którego należy omijać bez słowa. Mało tego, uważały że to powinno dotyczyć wszystkich kobiet i kiedy zauważyły jak rozmawiam z nowymi pracownicami – obdarzały je jakimś zdziwionym, nagannym  spojrzeniem bo rzecz -ich zdaniem – była niedopuszczalna. Ale  jak już wspomniałem – na te wszystkie zawiłe kolibkowe niuanse psychologiczne byłem już mocno uodporniony. Mało tego, spośród ekipy nowych pracownic upatrzyłem sobie jedną, która spodobała mi się najbardziej i postanowiłem spróbować się koło niej pokręcić....była to najładniejsza dziewczyna z tych nowo zatrudnionych. Wysoka, czarnowłosa o dużych oczach, zgrabnej figurze i bardzo eleganckim sposobie ubierania. Nazywała się – co później odkryłem – Wioletta Borysewicz. Nie wiem czy miała coś wspólnego ze słynnym muzykiem zespołu „Lady Pank”, no ale tak się nazywała. Wyróżniała się ekstrawagancją i nawet w ekipie nowych szwaczek nie należała do żadnej grupki. Trzymała się na osobności. Zaimponował mi elegancki sposób ubierania tej dziewczyny. W okresie zimowym wędrowała do pracy dostojnym krokiem ubrana w czarne spodnie, czarny płaszcz i kapelusz. No i zawsze wyraz arystokratycznej dumy na twarzy. Kiedy pierwszy raz ujrzałem ją w tym stroju pomyślałem że jest to tak samo jak ja artystyczna dusza. Moje zainteresowanie dla tej panienki było coraz większe ale sposobu na podryw lub chociażby jakąś zaczepkę nie mogłem znaleźć. Strasznie mnie onieśmielała. Po klęsce z Joanną nie bardzo wierzyłem w swoje sposoby uwodzenia. Wtedy wpadłem na pomysł że skoro nie jestem w stanie  podrywać jej w sposób bezpośredni, spróbuję zwrócić uwagę na siebie w inny – pośredni sposób. A pomysł na to miałem – owszem. Otóż w tamtym okresie również lubowałem się w podobnym sposobie ubierania. Czarny płaszcz, czarny kapelusz, czarne spodnie i buty. Jednak do pracy w ten sposób nie chodziłem w obawie przed ironicznymi uśmieszkami i złośliwymi komentarzami kolibkowego światka. Teraz jednak...pomyślałem że a co tam. Byłem już wtedy znanym artystą który powinien w jakiś sposób odróżniać się z tłumu. No i od tego czasu zaczęłem wedrować do pracy w swoim czarnym stroju. Komentarze były rozmaite...Zorro, Al Capone i takie tam. Pewnego dnia maszerowałem Świętojańską i akurat mijało mnie dwóch kolesi. Słyszałem jak jeden drugiemu powiedział ostrzegawczo: - uważaj, Colombo idzie! Ten drugi odwrócił głowę, zauważył mnie i krzyknął: -oooo Belmondo! No i z takimi różnymi porównaniami miałem do czynienia przez cały czas noszenia swojego ekstrawaganckiego stroju. Ale interesowało mnie jak na to zareaguje mój nowy obiekt westchnień – Wioletta Borysewicz? Kiedy odziany w swój czarny komplet wracałem z pracy, z daleka zauważyłem ją jak idzie aleją do góry czyli w stronę zakładu, do pracy. Ubrana jak zawsze, na czarno. Tyle że u niej była to norma, styl a w moim wypadku wyglądało to na  eksperyment lub heppening. Kiedy mijaliśmy się w ciasnym chodniku, zauważyłem jej oczy, na krótką chwilę zdumione i rozszerzone, a potem na powrót obojętne. Wyraz twarzy pozostał kamienny tylko kąciki ust przybrały lekki, jak gdyby pogardliwy grymas. Trudno mi było coś z tego  wywnioskować, ale obawiałem się że nie jest dobrze. Przypuszczałem że zostałem oceniony jako zwykły papugas. Ale wycofać się już nie wypadało więc trzeba było nosić ten czarny komplet z długim płaszczem i kapeluszem przez całą zimę. Ale wreszcie zaczęła się wiosna. Pewnego ciepłego kwietniowego dnia ujrzałem Wiolettę Borysewicz idącą do pracy w niebieskiej marynarce. Jeszcze tego samego dnia po pracy wędrowałem po różnych ciucholandach w poszukiwaniu niebieskiej marynarki. No i w końcu znalazłem, chociaż marynarka była damska i miała za krótkie rękawy. Ale kupiłem ją i następnego dnia wędrowałem do pracy w niebieskiej damskiej marynarce. Wioletta Borysewicz wracała z pracy do domu  też w niebieskiej. Kiedy zobaczyła mnie w niebieskim nabytku, znowu zauważyłem jej rozszerzone oczy. Na twarzy pojawił się wyraz jeszcze większej pogardy niż poprzednio. Stwierdziłem że sytuacja jest coraz gorsza. Ta premiera mojej niebieskiej damskiej marynarki nie zrobiła dobrego wrażenia, a mimo to nazajutrz do pracy ubrałem  ją znowu  – nie wiadomo po co. No i zostałem wymanewrowany. Tym razem Wioleta Borysewicz miała czerwoną marynarkę! Kiedy się mijaliśmy, dojrzałem na jej twarzy ironiczny, drwiący, triumfujący uśmieszek. Ale – pomyślałem – tutaj jestem wygrany. Bo czerwoną marynarkę miałem już w swojej kolekcji. Tą samą którą ubrałem po raz pierwszy na wernisażu w Brukseli i która przynosiła mi szczęście wiele razy. Toteż bez wahania założyłem ją na siebie następnego dnia do pracy. Z drżeniem serca czekałem kiedy zza zakrętu alejki zakładowej wyłoni się Wioleta Borysewicz. No i wreszcie...jest. W niebieskiej marynarce z powrotem. Ja tymczasem byłem w czerwonej. Zrobiła mnie po prostu na zielono. Tymczasem na twarzy Wiolety Borysewicz pojawił się wyraz już nie pogardy tylko odrazy wręcz. Było dla mnie jasne że ten eksperyment się nie udał. Nie było już sensu kombinować dalej z marynarkami i płaszczami . Zresztą Wioletta Borysewicz  niedługo potem  znikła z firmy. Jak duch albo zjawa. Dlaczego? Tego się nigdy nie dowiedziałem.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
24 lipca 2008

targi WTC Gdynia Expo 1997

Był ciepły, czerwcowy dzień 1997 roku. Pracowałem tego dnia na pierwszą zmianę, dzień roboczy dobiegał końca. Wreszcie nadszedł fajrant, po  pracy wszedłem na taras zapalić papierosa. Byłem zamiłowanym palaczem a papieros najlepiej smakował kiedy już człowiek miał wszystko z głowy. Ponieważ byłem zatrudniony na 7/8 etatu, kończyłem pracę pół godziny wcześniej niż reszta brygady. Mogłem więc spokojnie i bez pośpiechu zbierać się do domu. Tego dnia jakoś nigdzie mi się nie śpieszyło. Słońce łagodnymi promieniami wdzierało się w okienne szczeliny na koryrarzu szwalni Zakładów Odzeżowych. Na tarasie siedziało kilka panien z Kolibek, koleżanek Joanny. Czekały aż pierwsza zmiana skończy pracę aby przejąć po nich   popołudniową schedę. Przysiadłem się obok nich bez specjalnego skrępowania. W tym czasie atmosfera w firmie wokół mnie była bardzo dobra. Byłem wtedy swieżo po swoim krakowskim, plenerowym sukcesie i wieść o tym, dzięki prasowym artykułom rozeszła się szybko po całym zakładzie. Panny z Kolibek rozmawiały swawolnie, żartując od niechcenia i udało mi się też wtrącić od czasu do czasu swoje trzy grosze. Gdy tak sobie gaworzyliśmy swobodnie, nagle na taras wszedł prezes zakładu, Edmund Labuda. Przywitał się ze wszystkimi, po czym stanął przy balkonowej balustradzie, zapalił papierosa, zaciągnął głęboko dymem po czym rozkasłał na dobre. Trwało to krótką chwilę, po czym uspokoił się i wrócił do pionu. Nawiązała się dyskusja na temat szkodliwości palenia. Prezes Labuda był znany z dużego poczucia humoru, lubił opowiadać dowcipy i sypał kawałami jak z rękawa. Demonstrował też przy okazji różne sztuczki. Tym razem wyciągnął z kieszeni chusteczkę do nosa, ponownie zaciągnął się dymem po czym przyłożył chusteczkę do ust, wdmuchał z całej siły dym przez tkaninę po czym rozłożył chusteczkę przed naszymi oczami niczym cyrkowy magik. Chusteczka, w miejscu gdzie został wdmuchany dym, była cała czarna! A przedtem była cała biała...patrzyliśmy oniemiali na ten przerażający efekt tytoniowego nałogu. Panny z Kolibek spoglądały jedna na drugą niepewnym wzrokiem..po czym ta i owa zaczęła przebąkiwać że chyba rzuci palenie. Faktycznie, ten prosty trick zrobił piorunujące wrażenie. Przez chwilę panowało przygnębiające milczenie. Na szczęście prezes Labuda nagle zmienił temat. Powiedział że firma ZO  „Wybrzeże” przygotowuje duże przedsięwzięcie.  Będzie głównym organizatorem nowej imprezy
pod nazwą „Nadbałtyckie Targi Zakładów Pracy Chronionej”. Odbędzie się ona w czerwcu w dużym pawilonie wystawienniczym WTC Expo mieszczącym się przy ulicy Wendy w Gdyni. W tych targach weżmie udział kilkadziesiąt firm z całej Polski. Każda z nich ma zaprezentować swoje produkty. A przy okazji...tu prezes Labuda zwrócił się do mnie – chcemy zrobić wystawę Pana obrazów..Zostałem bardzo mile zaskoczony. Rzeczywiście, było to dla mnie duże wyróżnienie. Powiedziałem że czuję się zaszczycony i chętnie wezmę udział w tych targach. Było to dla mnie tym wygodniejsze że pawilon WTC Expo znajdował się dosłownie pod moim domem, 50 metrów obok czyli rzut beretem. To było dla mnie najbardziej luksusowe miejsce na wystawy. Ulica Wendy, gdzie mieścił się pawilon WTC została wybudowana niedawno i stanowiła jakby przedłużenie ulicy Władysława IV przy której znajdował się mój blok. Obok pawilonu WTC w sąsiednim budynku mieściła się siedziba Telewizji Gdynia. Jeszcze tego samego dnia po pracy udałem się do WTC aby obejrzeć wnętrze i zrobić wstępne rozeznanie. Ujrzałem imponujących rozmiarów halę w której zmieściłoby się kilkaset obrazów gdyby je umieścić ciasno obok siebie. Teraz hala była pusta ale nie ulegało wątpliwości  że podczas targów będzie tętnić życiem. Wnętrze zapełni się różnymi budkami handlowymi i na moje dzieła już dużo miejsca nie zostanie...co innego gdybym zrobił wystawę indywidualną w tym miejscu. Oczyma wyobraźni widziałem setki kwadrystycznych obrazów ustawionych na specjalnych stojakach i tworzących splątany labirynt pełen wąskich uliczek po których błądziłyby setki miłośników sztuki z zachwytem wpatrujących się w kanciaste,  sześcianowe postacie. Na zewnątrz, przy ulicy wisiałby rozwieszony od drzewa do drzewa w poprzek ulicy ogromny transparent z napisem „Wystawa Mirosława Śledzia - „KWADRYZM” Tymczasem były to jednak tylko mrzonki. Trzeba było zadowolić się uczestnictwem w zbiorowych targach a i to było dobre dla prezentacji i promowania swojej sztuki. Upłynęły może dwa tygodnie od owej tarasowej rozmowy kiedy zostałem wezwany do prezesa. Udałem się tam z duszą na ramieniu zastanawiając się co ostatnio przeskrobałem i jaki był powód .wezwania. Z lekkim niepokojem na twarzy wszedłem do sekretariatu. Sekrearka na mój widok oznajmiła bez wstępów że prezes już na mnie czeka...kiedy pchnęłem miękkie drzwi gabinetu, prezes uśmiechnął się, podał mi rękę i poprosił żebym usiadł.. Po chwili wszystko było już jasne. Za kilka dni zaczynają się targi i otrzymałem propozycję wystawienia swoich prac. Obrazy   miały być rozwieszone w całej hali targowej na tylnych ścianach boksów. Po tych wstępnych ustaleniach przeszliśmy do technicznych szczegółów. Prezes zaproponował rozwieszenie obrazów na specjalnie dla mnie przygotowanych haczykach. W pierwszej chwili ten sposób wydał mi się niezbyt wygodny
i powiedziałem że lepiej będzie poprzyklejać obrazy taśmą samoprzylepną dwustronną. To z kolei było niezbyt przekonywujące dla prezesa.
-    spadną – powiedział

-    nie spadną – oświadczyłem z przekonaniem
Pożegnałem się z prezesem i wróciłem do pracy. Zaraz po powrocie do domu zabrałem się do przygotowań. Trzeba było wyselekcjonować obrazy do wystawy. Pod tym względem dostałem wolną rękę. Wertowałem stosy swoich malowideł i te które uważałem za najlepsze odkładałem na bok. Następnie trzeba było oprawić prace w pass-partou gdyż na oryginalne ramy nie było mnie stać. Na szczęście dostałem od firmy gratis kilkadziesiąt arkuszy grubego bristolu i teraz pozostało tylko zabrać się do dzieła. Ostrym nożem kaletniczym przy linijce wycinałem prostokątne okienka
a następnie podklejałem obrazy taśmą przezroczystą. To zajęcie pochłonęło mi czas aż do północy. W końcu rąbnęłem się na łóżko zadowolony ze swojego dzieła. Następnego dnia po południu rozpoczęły się już w hali WTC przygotowania do targów. Z całej Polski zjeżdżały różne firmy ciężarówkami, busikami i różnymi innymi pojazdami po czym rozpoczęło się instalowanie boksów i straganów oraz rozkładanie towarów. W hali zrobiło się wielkie zamieszanie, hałas i harmider. Również i ja przytargałem z domu stos obrazów, ciężki wprawdzie ale na szczęście był to  mały ból gdyż – jak już wcześniej wspomniałem – od domu do hali WTC dzieliło mnie 50 metrów. Zgodnie ze swoim planem przygotowałem do akcji wieszania taśmę dwustronną. Byłem pewny że ta taśma przytrzyma obrazy na mur beton i nie będzie zadnych problemów.  Lawirując pomiędzy uwijającymi się pracownikami wyszukiwałem puste miejsca z tyłu boksów i szybko przyklejałem obraz za obrazem. Cała operacja zajęła mi nie więcej niż dwie godziny kiedy wszystkie dzieła  wisiały już na ściankach. Trzymały na medal. Cała ekspozycja prezentowała się imponująco. Wprawdzie obrazy były rozproszone po całej hali ale znajdowały się w kilku newralgicznych punktach, np. przy barze posiłkowym, sali konferencyjnej itp. Byłem pewny że nie przejdą niezauważone przez targowych gości a nawet liczyłem na handlowy sukces. Bardzo z siebie zadowolony wróciłem do domu z niecierpliwością oczekując następnego dnia, kiedy miała odbyć się uroczystość otwarcia targów. Wszystko szło w dobrym kierunku. Był tylko jeden drobny szkopuł. Otwarcie targów miało odbyć się w godzinach rannych a ja tego dnia miałem pierwszą zmianę w pracy. Nie mogłem więc być obecny na premierze. Liczyłem wprawdzie na to że otrzymam delegację, ale brygadzistki wyraziły sprzeciw, a więc musiałem siedzieć w pracy i obcinać nitki od mundurów zamiast uczestniczyć w targowej premierze i udzielać wywiadów dla prasy. Czas dłużył mi się w nieskończoność ale wreszcie dobiłem do fajrantu. Niemal jak na skrzydłach pobiegłem od razu do hali WTC. Wszedłem do środka, rozejrzałem się po wnętrzu i..niemal zamarłem. Nigdzie nie widziałem swoich obrazów. Nie było ich tam gdzie je wczoraj powiesiłem. Wyglądało jakby znikły. W pierwszej chwili pomyślałem z nadzieją że może sprzedali wszystkie, poszły jak ciepłe bułki. Jednak zaraz zauważyłem że jeden z moich obrazów leży na ziemi.Biała obramówka była mocno przybrudzona gdyż ludzie pewnie deptali po tym. Po chwili zauważyłem drugi obraz, kilka metrów dalej, też na ziemi. Ogarnęła mnie czarna rozpacz. Wędrując dalej po hali odkrywałem kolejne swoje dzieła walające się po podłodze. Oto miałem efekt swojego genialnego pomysłu podklejania obrazów taśmą dwustronną. Wszystkie dzieła pospadały. Co do jednego. Chodziłem tak ogłupiały po targach nie wiedząc co robić. Po chwili podeszła do mnie koleżanka z pracy pełniaca na targach funkcje organizacyjne i powiedziała mi że...niezły heppening im zafundowałem. Okazało się że obrazy zaczęły spadać podczas uroczystości otwarcia. W obecności VIPów, oficjeli, przedstawicieli prasy, władz miasta, prezesów firm. Uroczyste przemówienia od czasu do czasu zostały zagłuszane hukiem kolejnego spadającego obrazu. Było to ciekawe urozmaicenie uroczystości. Wstyd i obciach. No cóż, nie było sensu nad tym płakać. Pozostało jedynie szybko naprawić szkody i zatrzeć ślady po tej hańbie. Pobiegłem do domu po narzędzia i postarałem sie o haczyki które wcześniej proponował prezes. Stwierdziłem że mądrzejszy od prezesa raczej nie jestem. Okazało się że wieszanie obrazów na haczykach jest o wiele wygodniejsze.Wystarczyło w oprawach pass-partou wyciąć dziurkaczem dwa kółka, a następnie zaczepić haczyki na górnych krawędziach boksów. W ten sposób było pewne że obrazy nie mają prawa spaść. Wprawdzie wiejący w hali mocny wiatr czasami podwiewał je od dołu ale po takim podmuchu dzieła wracały zawsze do swojej pierwotnej pozycji. I w ten sposób kwadrystyczna ekspozycja ostała się do końca. Widziałem że budzi spore zainteresowanie zwiedzających. Mimo to cały czas nie było efektów finansowych. Ludzie oglądali, komentowali i odchodzili. Nikt nie kupował. Powoli pogodziłem się z tym, że tak pozostanie już do końca. A jednak trzeciego dnia, na zakończenie targów czekała mnie niespodzianka. Kiedy prosto po pracy udałem się to WTC, mój przyjaciel Jasiu Kiełpikowski który na targach pełnił funkcję ochroniarza, oznajmił mi nowinę. Sprzedał trzy obrazy! Trafił się klient który chciał koniecznie kupić a ponieważ autor był nieobecny, więc zrobił to w moim imieniu. Wprawdzie sprzedał trochę taniej, ale i tak było to korzystne. Tak więc pierwszą wystawę na targach WTC Gdynia Expo można było uznać za sukces. Coraz więcej ludzi  poznawało mój kwadrystyczny świat...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
18 sierpnia 2007

fiat 126p (7)

Po napełnieniu baku ruszyłem w drogę powrotną ulicą Władysława IV. Zatrzymałem się na chwilę przy swojej „szafie” ale tylko po to żeby oddać kanister sąsiadowi. Potem wsiadłem ponownie do malucha i skręciłem na Wójta Radtkego (wtedy jeszcze Jana z Kolna) w drogę na Pogórze. Przede mną toczyła się wielka ciężarówka. Usiadłem jej na plecach. Było to dla mnie bardzo wygodne bo zasłonięty za tą ciężarówką czułem się bezpieczny. W ten sposób ciężarówka i ja wjechaliśmy na ulicę Janka Wiśniewskiego i potem cały odcinek wzdłuż stoczni Komuny Paryskiej (a dzisiaj Stoczni Gdynia) Ponieważ działo się to 17 lat temu i wiele rzeczy się zmieniło więc muszę wstawiać konieczne korekcje. Całą tą drogę na Obłuże przebyłem wisząc na tej tej cężarówce i zachowując odległosć około pięciu metrów. Do tej pory wszystko było dobrze. Ciężarówka i ja zbliżaliśmy się w kierunku terminalu kontenerowego. Tam wjechaliśmy (my czyli ciężarówka i ja) na wiszący most którego trasa biegła stromo pod górę. W pewnej chwili ciężarówka nagle zahamowała. Wcisnąłem hamulec do dechy i o mały włos nie wyrżnąłem nosem w plecy ciężarówki ale na szczęście udało mi się zatrzymać samochód na kilka centymetrów przed. Nie wiedziałem dlaczego ciężarówka stanęła bo jej szerokie plecy zasłaniały mi cały widok. Czekałem aż ruszymy dalej i nagle poczułem jak w moim maluchu zgasł silnik. W tej samej chwili ciężarówka ruszyła dalej. Próbowałem zapalić swojego malucha ale bez powodzenia. Dramat polegał na tym że mój samochód zatrzymał się kilkanaście metrów przed szczytem wzniesienia skąd droga biegłaby już w dół. Tymczasem w tej chwili  maluch wisiał na drodze biegnącej pod górę. Nie miałoby to znaczenia gdyby silnik działał bo podciągnięcie takiego odcinka nie byłoby problemem. Ale mimo moich intensywnych prób, silnik nie chciał zapalić. Nerwowo szarpałem się ze stacyjką. Motor rzęził jak opętany ale nie chciał wskoczyć...w tej chwili poczułem jak mój nieszczęsny maluch, pozbawiony zasilania i wiszący na wzniesieniu - zaczyna  powoli zsuwać się do tyłu czyli w dół. Sytuacja była straszna. Wiedziałem że nie dam rady uruchomić silnika i wyskoczyłem z samochodu. Nie tylko zsuwał się w dół ale – co jeszcze gorsze - skręcał w stronę barierki. Tworzyło się straszliwe zagrożenie. Takie że mój fiat 126p wpadnie na barierkę, przebije ją i runie  w przepaść! Poczułem jak cała resztka moich włosów na głowie stanęła na sztorc. Pobiegłem na tył malucha i z całej siły próbowałem go przytrzymać żeby dalej nie zjeżdżał bo sytucja była coraz gorsza. Wyprułem z siebie wszystkie żyły. Przez chwilę nawet udało mi się jak gdyby podtrzymać staczającego się malucha ale nie trwało to długo. Po kilkudziesięciu sekundach poczułem jak siły mnie opuszczają. Wiedziałem że już tak długo nie wytrzymam i za chwilę puszczę autko...byłem już na skraju wyczerpania. ...I w tym momencie zobaczyłem jak jeden z mijających mnie samochodów zatrzymał się. Wyskoczyło z niego dwóch facetów.Podbiegli do mnie pytając w czym pomóc. Powiedziałem że silnik nie chce zapalić i spadam w dół.... Jeden z nich wskoczył do malucha a ten drugi pomógł mi przytrzymać autko. Po kilku minutach szamotania z silnikiem temu w kabinie udało się wreszcie zapalić silnik! Ruszył do przodu, dojechał do końca wzniesienia i zatrzymał samochód już na spadzie, w bezpiecznym miejscu. Ufff...z dotychczasowych przygód ten horror był najgorszy. Podziękowałem gorąco obu panom bo uratowali mi życie. A już mojemu maluchowi na pewno. Powiedzieli że to drobiazg, nie ma o czym mówić. Nie mogli zostawić człowieka w potrzebie. Wsiedli do swojego auta i odjechali. Ja z kolei  wlazłem do kabiny malucha i dochodziłem do siebie jeszcze kilkanaście minut...a kiedy już odpoczęłem po tym ciężkim stresie, trzeba było jechać dalej. Na skrzyżowaniu skręciłem w lewo, na drogę na Pogórze. Dalszy szlak prowadzący do domu gdzie mieszkał Jasiu Kiełpikowski przebiegł już bez żadnych zakłóceń.Dojechałem do celu, na ulicę Złotą. Zatrzymałem autko przed domem Jasia po czym zadzwoniłem w bramę. Po kilku sekundach w drzwiach  ukazała się kobieca postać. Była to Dorota, żona Jasia, niczego sobie, ładna blondynka.. Widząc mnie spytała – czego tam? (był to charakterystyczny dla niej zwrot, bo była Kaszubką z krwi i kości) Spytałem o Jasia. Odpowiedziała że Jasiu jest jeszcze w pracy i wróci za dwie godziny. Powiedziałem że, no dobra, w takim razie przyjadę później. Wróciłem do swojego malucha, zapaliłem papierosa i zastanawiałem się co dalej. W zasadzie byłem już na miejscu, można było wręczyć Dorocie kluczyki żeby przekazała Jasiowi. Gdybym był w stanie przewidzieć dalszy rozwój wypadków, tak bym właśnie zrobił. Ale cóż...człowiek jasnowidzem nie jest. Wpadłem na pomysł, że zrobię sobie jeszcze małą wycieczkę na Górne Pogórze. Prowadziła tam przepiękna droga wijąca się serpentynami skręcającymi na przemian w prawo i w lewo. Jeździł tą trasą autobus 146 który po przejechaniu odcinka z serpentynami kontynuował trasę aż do Kosakowa. Ponownie uruchomiłem samochód i ruszyłem w dalszą trasę. Wjechałem na wężowaty szlak. Wrażenie tej podróży było kapitalne. Manewrowałem kierownicą w prawo, w lewo, znowu w prawo i znowu w lewo. Aż wreszcie serpentyny skończyły się nagle.Znalazłem się na Poórzu Górnym gdzie cała okolica wypełniona była niewysokimi, czteropiętrowymi blokami. Ten krajobraz wydał mi się trochę nudny więc zdecydowałem że pojadę dalej, w kierunku Kosakowa. Wjechałem teraz na drogę pozamiejską i niezabudowaną. Po obu stronach ciągnęły się pasy zieleni. Ulica była prawie pusta, co jakiś czas na horyzoncie pojawiał się jakiś pojazd ale rzadko. Można było trochę poszaleć. Wrzuciłem trzeci bieg. Samochód przyśpieszył a licznik doszedł do siedemdziesiątki. Pejzaż za oknem przesuwał się w szybkim tempie i po raz pierwszy tak naprawdę poczułem radość prowadzenia auta. Stwierdziłem że to jeszcze mało i – po raz pierwszy w karierze – wrzuciłem czwarty bieg. Poczułem jak samochód rzuciło do przodu. Wrażenie było fantastyczne.Licznik przesuwał się nieustannie. 80, 90. Mijany pejzaż zlewał się teraz w jedną bezkształtną masę. Jeszcze bardziej wcisnęłem pedał gazu. Stówą panie kustosz! Przypomniałem sobie fragmenty przygód „pana samochodzika” Stówą panie kustosz! - powtórzyłem i jeszcze bardziej docisnęłem pedał gazu. I oto strzałka na liczniku dosięgnęła cyfry – 100. Na całe szczęście że droga na całym tym odcinku była prosta jak strzała, bez żadnych zakrętów bo inaczej byłoby po mnie. Zauważyłem że na horyzoncie  pokazały się jakieś zabudowania więc trzeba było zwolnić to szalone tempo. Po chwili minąłem tabliczkę z napisem Kosakowo. Uznałem że dalej jechać nie ma sensu. Pora zawrócić. Zjechałem na pobocze i zatrzymałem samochód. Zamierzałem obrócić auto o 180 stopni i ruszyć w drogę powrotną. Ale ulica była bardzo wąska a po obu stronach szosy znajdowały się głębokie rowy. Nie zamierzałem wpakować malucha do rowu więc wpadłem na pomysł że przetoczę go na drugą stronę ulicy stojąc obok samochodu i naprowadzając go kierownicą. Wysiadłem z auta. Trzymając rękę na kierownicy zaczęłem przepychać samochód w poprzek jezdni. Niestety szło to bardzo ciężko. Miałem ustawiony jakiś bieg w  i nie wiedziałem  że w takiej sytuacji trzeba wrzucić luz. W ogóle nawet nie wiedziałem że jest coś takiego jak luz. W pewnej chwili samochód zupełnie się zaklinował. Żeby było lepiej - stanął dokładnie poziomo w poprzek na samym środku drogi. Moje wysiłki żeby popchnąć go dalej na nic się zdały. Wtedy próowałem go cofnąć z powrotem. Nie chciał nawet drgnąć i stał jak uparty muł. Sytuacja była kiepska. Wiadomo było że to się utrzyma tylko do czasu aż nadjedzie jakiś pojazd. Kiedy tylko tak pomyślałem – od razu wywołałem wilka z lasu. Od strony Gdyni zbliżał się w kierunku Kosakowa – autobus 146. Obawiałem się że zmiecie z drogi mojego malucha niczym czołg. Ale autobus zatrzymał się – i wyskoczył z niego wściekły kierowca.
-panie, co pan tu odstawiasz! - wrzasnął

Wyjaśniłem że  zaklinował mi się samochód i nie mogę go ruszyć ani w te ani w tamte. Z autobusu wyskoczyło trzech facetów i razem z kierowcą zaczęli wypychać malucha ze środka drogi. Po kilkunastu takich pchnięciach rzeczywiście udało się zepchnąć autko na pobocze. Cała ekipa wsiadła z powrotem do autobusu – i odjechali. A tymczasem mój maluch stał na poboczu. Tak mi się zdawało. W rzeczywistości nie stał, tylko jechał. Pobocze nie było poziome tylko strome. Wolno, bo wolno, ale nieubłaganie mój fiat 126p zaczął staczać się do rowu. Gorączkowo szukałem w myślach jakiegoś wyjścia. Co robić? Początkowo próbowałem go zatrzymać od przodu. Ale szybko z tego zrezygnowałem bo uświadomiłem sobie że mógłbym zostać zgnieciony, zmiażdżony i pogrzebany w rowie przez własnego fiata 126p. Następnie próbowałem zatrzymać go od tyłu. Samochód cały czas zjeżdżał po pochyłości i coraz bardziej staczał się do rowu. Nie mając już innego pomysłu złapałem go za tylny zderzak i trzymałem z całych sił przez kilkanaście sekund. Ale cóż, nie dałem rady. Zderzak został w moich rękach. Samochód wpadł do rowu i zarył nosem w bagnie a plecami do góry. .Usiadłem na krawędzi  rowu obok mojego nieszczęsnego auta  i zastanawiałem się co dalej. Bez przerwy prześladował mnie jakiś pech. Obracałem w ręku zderzak tak jakby to była jakaś zabawka. Rozejrzałem się po okolicy. Dookoła ciągnęły się łany zboża. W głębi, w odległości około 50 metrów od ulicy widać było jakąś zagrodę. Pomyślałem że można by tam się udać i zapytać o pomoc. Nie zwlekając ruszyłem w tamtym kierunku. Po chwili dotarłem na podwórze domostwa. Był to jakiś warsztat rzemieślniczy, może kuźnia,  bo kręciło się tam trzech potężnych chłopów na schwał. Podszedłem do jednego z nich i opowiedziałem swoje zmartwienie. Ten po wysłuchaniu mojej spowiedzi podniósł palce do ust i gwizdnął przeciągle.
-chłopaki, temu  panu samochód wpadł do rowu. Idziemy?
-jasne, idziemy! - tamci dwaj podnieśli się ze swoich stołków i po chwili cała kawalkada maszerowała przez łąkę w stronę uwięzionego w rowie samochodu. Kiedy doszliśmy na miejsce, trzech zuchów chwyciło malucha od spodu w swoje potężne bary i po krótkiej chwili samochód stał już z powrotem na szosie! Ale tu powstał nowy problem. Chłopaki ustawili samochód przodem w stronę Kosakowa.  Teraz cała ta historia mogłaby się powtórzyć od nowa. Spytałem czy mogliby go przekręcić odwrotnie, żeby stał przodem w stronę Gdyni. Okazało się że to dla nich żaden problem. Jeden z nich stanął z boku z rękami w kieszeniach. Dwóch pozostałych chwyciło za malucha z przodu i z tyłu i podnieśli samochód tak jakby to było pudełko zapałek. Obrócili go w powietrzu i postawili na ziemię tak jak chciałem – przodem w stronę Gdyni. Potem pomachali mi rękami i ruszyli z powrotem do swojej chatynki. Jeszcze długą chwilę nie mogłem ochłonąć z wrażenia.
Potem wsiadłem do swojego bolidu....pora była ruszać w drogę. Pomyślałem że pewnie Jasiu już wrócił do domu. Zapaliłem samochód, silnik zaskoczył. Ruszyłem z miejsca ale już przy pierwszych manewrach ze skrzynią biegów poczułem że coś tam zaczyna się pieprzyć.
Mimo to liczyłem że dojadę jeszcze na Pogórze. Niestety, 200 metrów dalej skrzynia biegów padła. Silnik zgasł. Pół godziny szamotałem się próbując ruszyć dalej. Zero efektu. Kaput. Zrobiło się już ciemno. Nie zamierzałem siedzieć w swoim zdechłym trupku aż do rana. Wysiadłem, zepchnęłem auto na pobocze, na skraj pola z żytem. Pomyślałem że miejsce jest spokojne i bezpieczne. Zostawię samochód tutaj na noc a jutro postaram się ściągnąć jakąś pomoc. I z tym postanowieniem udałem się na przystanek  i autobusem 146 wróciłem do domu. Położyłem się wcześnie spać ale nie mogłem zasnąć całą noc. Śniło mi się że ktoś ukradł mojego fiata 126p. Nazajutrz obudziłem się około 10 rano i od razu ruszyłem na przystanek 146 w celu sprawdzenia co się dzieje z moim autkiem. Wysiadłem na przystanku przed Kosakowem . Do miejsca gdzie zostawiłem swojego malucha trzeba było przejść około 100 metrów. W pewnej chwili zauważyłem go. Stał w zbożu. Coś mi się jednak nie zgadzało. Pamiętałem że dach samochodu, kiedy odchodząc spojrzałem na niego na pożegnanie – wystawał powyżej łanów zboża.. W tej chwili zaś łany zboża przewyższały znacznie mojego malucha. Czyżby tak urosły od wczoraj? Podchodziłem coraz bliżej i miałem coraz więcej rozterek. Dlaczego łany zboża tak wyraźnie widać przez przednią szybę? Przecież na szybie powinien być odblask. Znajdowałem się coraz bliżej swojego malucha i nagle zauważyłem na przedniej masce czarne oczodoły w miejscu gdzie powiny być przednie światła. W następnej kolejności dostrzegłem dlaczego mój fiat był poniżej poziomu łanów zboża. Bo nie miał KÓŁ. Idąc jeszcze dalej stwierdziłem że nie ma też szyb. Zaś podchodząc już całkiem blisko dostrzegłem przyklejony do mojego malucha z tyłu radiowóz policyjny. Taaa...jak widać moje autko to była ulubiona zabawka dla niebieskich. Minęłem to całe towarzystwo i poszedłem dalej. I tak doszedłem do Kosakowa.
Potem zaczęłem się zastanawiać gdzie ja idę i po co. Wtedy zawróciłem. Miałem już w głowie scenariusz dla policji w razie gdyby zapytali o prawo jazdy. Po prostu jechałem z kuzynem jako pasażer. Ot co. Doszedłem do swojego malucha . Zbliżyłem się do policyjnego samochodu i zameldowałem.
-dzień dobry. To jest mój samochód
Policjant za kierownicą uśmiechnął się ironicznie.
-to BYŁ pana samochód. Tam już nic nie ma.
Podszedłem do swojego samochodu i zajrzałem do środka. Rzeczywiście. Nie tylko koła, szyby i reflektory poszły w świat. W środku też było zupełnie pusto. Znikły fotele, tapicerka, nawet w miejscu przedniej tablicy wyzierała wielka dziura. Również po elektryce nie zostało ani śladu.
-ale zostawili silnik na pamiątkę – pocieszył mnie policjant
Po chwili policjanci poinformowali mnie że wezwali pomoc drogową która zaraz tu przyjedzie. Muszę na nich tu zaczekać a potem zawiozą tą blachę gdzie sobie zażyczę. Rzecz jasna będę musiał im zapłacić za tą usługę...gdybym się teraz nie zjawił, ta blacha za chwilę pojechałaby na złomowiec. No ale skoro jestem, mogę to zabrać do domu.Policjanci zasalutowali i po chwili odjechali. Zostałem sam na sam z karoserią od fiata 126p. Popatrzyłem przez chwilę na swojego blaszaka. Prezentował się interesująco na tle łanów żyta. Stwierdziłem że mógłby być trwałym elementem tego pejzażu...stałem tak sobie obok swojego trupka po samochodzie. Zauważyłem że wszyscy kierowcy mijający to uroczysko mieli nosy przyklejone do szyby. Musiła jednak być w tym jakaś romantyka..tymczasem nadjechała pomoc drogowa. Wyskoczył z niej kierowca i spytał mnie czy o ten blaszak chodzi...powiedziałem że tak...spytał gdzie bym sobie życzył to zawieźć?
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, obok zatrzymał się samochód osobowy. Wyskoczył z niego starszy jegomość. Podszedł do mnie i powiedział że ma tu niedaleko warsztat samochodowy i jeżeli bym chciał to może zabrać tą blachę...odpowiedziałem że owszem, byłbym zainteresowny. Umówiliśmy  się że za chwilę  przyjedzie tu z ekipą i sprzętem. Wsiadł do samochodu i odjechał  a tymczasem cały czas wisiała  ta pomoc drogowa. Powiedziałem że rezygnuję z ich uługi. No bo gdzie ja niby miałbym zawieźć tego zwłoka? Na podwórko? Żeby cała okolica miała do śmiechu i wszystkie dzieciaki do zabawy? Dzięki. No ale ten od pomocy drogowej powiedział że muszę im zapłacić. A ja na to że – dlaczego, przecież nie zamawiałem ich. Oni z kolei że to jest konieczne bo taka procedura.Policja ich wzywa a właściciel samochodu płaci. Nie było sensu się dalej spierać. Zapłaciłem im tą należność chociaż to była spora suma i sprawa wkurzająca dla mnie. Jak policja zamawia to niech policja płaci. Dlaczego ja. Pomoc drogowa odjechała. Znowu stałem obok tego zwłoka. Wszyscy przejeżdżający gapili się jak na jakieś zjawisko. W pewnym momencie miałem tego dosyć i schowałem się za tą blachę. Wreszcie nadjechał ten facet z warsztatu. Wysiadł razem z dwoma młodymi pomocnikami. W błyskawicznym tempie założyli koła na mojego trupka, linkę holowniczą, podczepili do swojego samochodu. Potem wsiedli, ja też wsiadłem do swojego malucha i ruszyliśmy. W drodze było fatalnie bo w moim autku jechałem na twardej glebie.Była tam totalna, smutna surówka. Cały szlak trwał raptem kilka minut. Wysiedliśmy przy warsztacie samochodowym, po czym ów jegomość od razu zaprosił mnie do środka i spytał jakie mam plany wobec swojego autka. W pierwszej chwili miałem taki plan, żeby stopniowo dokompletowywać te wszystkie ubytki. Nie byłem wtedy w stanie logicznie myśleć. Na szczęście facet szybko wybił mi z głowy te pomysły. Potem spytał ile bym sobie życzył za tą blachę,  on by ją kupił. Zaczęłem się zastanawiać. Jeżeli za cały samochód zapłaciłem cztery miliony to ile może być warta sama blacha? Tak  logicznie licząc to by wyszło pół miliona. Ale postanowiłem zaryzykować. Milion – powiedziałem. A on na to że...da mi półtora miliona. A to dlatego że jest mu mnie strasznie żal. Sam był kiedyś okradziony z samochodu i wie jak to boli. Tak więc wracałem z Kosakowa już bez samochodu ale z pełnym portfelem kasy. Przynajmniej częściowo strata została zrekompensowana. Po tej historii nie miałem już samochodu nigdy więcej. Nawet nie odczuwałem takiej potrzeby. Zostałem wyleczony na całe życie z mrzonek o czterech kółkach.A pół roku później podjęłem pracę w Zakładach Odzieżowych w Kolibkach i zaczęła się wielka historia „kwadryzm story” Wtedy, zdecydowanie zamiast kolistych wolałem już kwadratowe i kanciaste fomy...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
18 sierpnia 2007

fiat 126p (6)

Następnego dnia zdecydowałem że pojadę  odstawić samochód do Jasia na kanał. Doszedłem do wniosku że jazda niepewnym autem po ulicach może mieć fatalne skutki. A krążenie tam i z powrotem po podwórku byłoby trochę żałosne..w końcu byliśmy dorosłymi ludźmi, a nie 13 letnimi dzieciakami których mogłaby rajcować taka zabawa. Postanowiłem w końcu zapisać się na kurs prawa jazdy. Teraz, kiedy już byłem posiadaczem samochodu, miało to sens. W tym czasie kiedy mój fiacik będzie stał bezpiecznie u Jasia na kanale ja zrobię prawo jazdy. Potem będę mógł odebrać samochód i jeździć już spokojnie i bezpiecznie po ulicach. Taki miałem plan i był on w moim przekonaniu bardzo rozsądny. Teraz jednak trzeba było pojechać na Pogórze, bo tam właśnie mieszkał Jasiu Kiełpikowski. Był to dosyć duży kawał drogi od centrum. Żeby tam dojechać, konieczne było uzupełnienie paliwa bo wiedziałem że benzyna w baku jest na wyczerpaniu. Najbliższa stacja benzynowa była na ulcy Czołgistów (dzisiaj Aleja Piłsudskiego) naprzeciwko Urzędu Miasta. Od mojej „szafy” (bo tak określany był blok w którym mieszkałem) nie było to daleko. Wystarczyło przejechać całą Świętojańską. Liczyłem, że na resztkach benzyny która została w moim baku uda mi się dojechać przynajmniej do tej stacji. Wyszedłem z domu i zjechałem  ze swojego dziewiątego piętra windą na dół. Po wyjściu z bloku skręciłem na drugą stronę na podwórko gdzie stał mój maluch. Przez chwilę syciłem wzrok widokiem swojego autka. Potem wsiadłem do  kabiny kierowcy i zapaliłem papierosa. Zaciągając się z rozkoszą dymem strzepywałem popiół do samochodowej popielniczki i to też miało swój urok. Po kilku minutach zgasiłem peta. Teraz można było ruszać w trasę. Przekręciłem kluczyk. Silnik zaskoczył prawie od razu. Manewrując skrzynią biegów, gazem i sprzęgłem – ruszyłem w drogę. Wjechałem na ulicę Migały, potem skręciłem na Świętojańską. Początek trasy identyczny jak wczoraj, kiedy jechałem do Tomka Górnego. Tym razem jednak minąłem bramę wjazdową do introligatorni i pojechałem dalej. Jechałem sobie lekko i bez problemów. Ruch na Świętojańskiej był spory, jak to zwykle po południu. Po obu stronach ulicy ciągnął sznur samochodów. Jechałem w środku tego ruchu i czułem się zupełnie pewnie. Kika metrów przede mną jechał pomarańczowy fiat 125p. Jechałem spokojnie za nim kontrolując sytuację. Znajdowałem się na wysokości Mpiku, czyli w połowie drogi do stacji benzynowej. Wyglądało że wszystko przebiegnie bez żadnych zakłóceń. Ale w tym właśnie momencie kiedy tak pomyślałem na skrzyżowaniu zapaliło się czerwone światło i pomarańczowy fiat 125p nagle zahamował. Co za tym idzie- ja też musiałem nagle zahamować. Ale ku mojemu zdumieniu – mimo że wcisnąłem hamulec do dechy – mój samochód jechał dalej. Co prawda trochę zwolnił ale –  jechał chociaż nie powinien. Z przerażeniem na twarzy puściłem hamulec i znowu wcisnęłem z całej siły. Niestety – mój fiat 126p jechał dalej...odległość pomiędzy moim autkiem a pomarańczowym fiatem 125p nikła w oczach. Dzieliły nas już tylko centymetry. Po raz trzeci powtórzyłem manewr z hamulcem. ...i pozostało  już tylko zamknąć oczy.. Po chwili poczułem jak coś rąbnęło. Otworzyłem oczy. Mój maluch stał przyklejony do fiata 125p. We wnętrzu dużego fiata dostrzegłem siedzących na przednich siedzeniach dwóch facetów. Upłynęło kilkanaście sekund od zderzenia a oni siedzieli bez żadnego ruchu. Po chwili pomyślałem z nadzieją że może do nich ten wstrząs nie doszedł. Może nic nie poczuli albo co? Czekałem tak przez chwilę ze wstrzymanym oddechem. Ale niestety – po upływie następnych kilkunastu sekund zauważyłem jak ten w kabinie kierowcy otwiera drzwi i wychodzi z samochodu. Siedziałem skulony w swoim maluchu oczekując bezwiednie na dalszy bieg wydarzeń. Po chwili kątem oka dostrzegłem jak ten od dużego fiata idzie w moją stronę. Siedziałem zamrożony jak sopel lodu. Facet podszedł do mojego malucha i ręką wykonał gest z którego wynikało że mam cofnąć  swój samochód do tyłu. Poczułem jak z mojego czoła strużkami zaczyna spływać pot. Próbowałem sobie przypomnieć jak się działa wsteczny bieg... Ale chyba tej lekcji nie zdążyłem jeszcze przerobić...wytężyłem czoło z wysiłku. Nic, pustka w głowie. Otworzyłem drzwi i wysiadłem. Stanęłem oko w oko z człowiekiem od fiata 125p. Był to goryl o gabarytach King-Konga. Przewyższał mnie co najmniej o głowę.
    -co tam, ogłuchłeś? - krzyknął King-Kong – cofnij samochód!
    -no właśnie – podrapałem się po głowie – nie wiem jak się cofa..
    -jak to – nie wiesz jak się cofa?! - wrzasnął King -Kong – ze wsi jesteś?kto ci dał prawo jazdy?

Jego mina wskazywała że zaraz mi przypierdzieli. Skuliłem się w sobie oczekując na cios.
King -Kong na szczęście nie dał mi w mordę. Ciężko sapiąc wgramolił się do mojego malucha chociaż przy jego gabarytach udało się to z wielką trudnością. Manipulował  przy skrzyni biegów i po chwili maluch odjechał kilka metrów do tyłu.King-Kong ponownie sapiąc wylazł z mojej bryki i przy okazji o mało nie rozsadził przednich drzwi. Teraz z kolei podszedł do swojego fiata i pochylił się nad nim zbadać co mój maluch mu zrobił. Lustrował dokładnie cały tył pojazdu. Nic tam specjalnie nie było. Tylko światełko zostało stłuczone, nic więcej. W tym czasie wyszedł z dużego fiata ten drugi. Wokół nas tworzyło się coraz większe zbiegowisko. Wypadek , szczególnie na Świętojańskiej to zawsze atrakcja dla gapiów. Oczekiwałem że za chwilę zjawią się tu niebiescy, czyli policja. Tłum gęstniał. W tym czasie tych dwóch od dużego fiata naradzało się. Oczekiwałem z niepokojem wyników tej debaty. Po chwili podszedł do mnie King-Kong i powiedział że muszę mu zapłacić tyle a tyle. Wymienił dużą kwotę chyba dziesięciokrotnie większą niż wartość tych światełek. Próbowałem wytargować pół ceny.
-może być za darmo- odparował King-Kong – i dzwonimy na policję
Na to już nie miałem ochoty. Co to to nie. Mało tego, trzeba było się spieszyć bo było jasne że policja i tak i tak zaraz przyjedzie. Na szczęście licząc się z zakupem benzyny miałem ze sobą trochę pieniędzy. Wyciągnęłem portfel i wręczyłem King-Kongowi całą żądaną kwotę. Wtedy King-Kong zasalutował i razem z kompanem wsiadł do swojego pomarańczowego fiata. Po chwili odjechali. Widać że byli zadowoleni z tego rozwiązania i  takich wypadków chcieliby mieć więcej. Ja też od razu ruszyłem ostro z kopyta. Ponownie włączyłem się do ruchu na Świętojańskiej. Nie minęły trzy minuty jak zauważyłem trzy policyjne radiowozy pędzące na złamanie karku na miejsce gdzie przed chwilą rozegrał się mój heppening...ale mnie już tam nie było ani żadnego śladu że tam coś się działo. Jechałem sobie dalej jak gdyby nigdy nic. Po chwili dojechałem do końca Świętojańskiej, skręciłem na Czołgistów i efektownym rajdem podjechałem pod stację benzynową.Na szczęście hamulce, które tak fatalnie wypadły w tamtej sytuacji,działały jeszcze tylko ich droga hamowania była kilkakrotnie wydłużona...dobrze było mieć tą świadomość w razie czego...moim celem było tylko dojechać na Pogórze i na tyle to powinno wystarczyć. Potem byłem pewny że Jasiu zrobi  porządek z hamulcami i nie tylko. Tymczasem zatrzymałem malucha przed stacją benzynową. Ku mojemu zdziwieniu było tam zupełnie pusto mimo że  w tamtych czasach za benzyną stały długie kolejki. Zauważyłem pracownika w zielonym kombinezonie z wężem w ręku idącego w moją stronę. Wychyliłem głowę przez okno i krzyknęłem:
-do pełna!
Facet w zielonym kombinezonie zatrzymał się na chwilę, popatrzył na mnie jak na durnia i popukał się w czoło.
-Panie – powiedział wskazując ręką na drugą stronę stacji benzynowej – tam jest kolejka Spojrzałem w tamtym kierunku. Po drugiej stronie stacji, od ulicy Władysława IV, stał sznur samochodów ciągnący się co najmniej 100 metrów. To była  kolejka po benzynę. Niby tylko 20 metrów dalej. Jednak żeby tam się ustawić, trzeba było objechać  całe Rondo Nowotki naokoło a to był duży kawał drogi. Ale nie było innego wyjścia. Tutaj nikt mnie nie obsłuży. Ruszyłem autkiem do przodu. Wjechałem na plac przed dworcem Wzgórze Nowotki (dzisiaj Wzgórze Świętego Maksymiliana) Teraz do celu czyli końca kolejki po benzynę brakowało tylko 200 metrów. Niestety, okazało się że aż 200 metrów. Bo w tym właśnie miejscu skończyła się benzyna, silnik zgasł i samochód stanął w miejscu. Zdążyłem jeszcze tylko zjechać na pobocze. Przez chwilę zastanawiałem się co robić. 200 metrów do szczęścia – stwierdziłem sentencjonalnie. Co za pierdzielony pech. Kombinowałem, jak tu z tego wybrnąć. Toczenie bryki przy pomocy rąk nie wchodziło w grę. Nie dam rady. W końcu stwierdziłem że jedynym wyjściem jest zdobyć jakiś kanister, kupić benzynę, wlać do tego kanistra i przytargać tu po prostu. No tak ale skąd ja wezmę kanister? Nie posiadałem takowego. Zdecydowałem że popytam ludzi w moim bloku, tam było sporo samochodziarzy, może któryś z nich pożyczy? Wysiadłem z samochodu, zamknęłem drzwi i – traf chciał – akurat przechodził obok człowiek o siedmiu twarzach. Podszedł do mojego malucha, oglądał go ze wszystkich stron. Fakt że samochód był mocno porozbijany od tych wszystkich wypadków mimo że minęły dopiero dwa dni mojej rajdowej kariery. Człowiek o siedmiu twarzach pokręcił z niedowierzaniem głową i poszedł. Ja tymczasem udałem się na przystanek, skąd zamierzałem pojechać autobusem do domu. Wsadłem w pierwszy autobus, pojechałem pod „szafę”, wysiadłem i rozpoczęłem swoje tournee w celu zdobycia kanistra. Chodziłem od drzwi do drzwi, ale bez efektu. Nawet wielu ludzi o których wiedziałem że mają samochody twierdziło że nie mają kanistra. Podejrzewałem że mają tylko nie chcą pożyczyć, ot co. Po godzinie takiej wędrówki zapukałem do marynarza o nazwisku Majchrzak. Wytłumaczyłem mu o co chodzi. Powiedział że ma kanister i może mi pożyczyć. Tylko żebym oddał – zastrzegł. No, ba- wiadomo. Chwyciłem kanister i zbiegłem jak na skrzydłach po schodach na dół. Teraz szybko na stację benzynową. Z Placu Kaszubskiego pojechałem trolejbusem na koniec Świętojańskiej, gdzie wysiadłem. Pędem pobiegłem na stację benzynową. Na szczęście jako lużny klient z kanistrem mogłem ominąć tą całą tasiemcową kolejkę. Pracownik wlał benzynę do kanistra, zapłaciłem i  starczyło mi jeszcze pieniędzy po tej rzeźni z fiatem 125p. Dźwigając ciężki, pełny kanister w ręku maszerowałem w szybkim tempie w kierunku swojej bryczki. W pewnej chwili rzuciłem okiem w stronę gdzie zostawiłem swój samochód i – niestety – musiałem się zatrzymać. Obok mojego malucha stał policyjny radiowóz. Było jasne , że czeka na właściciela granatowego fiata 126p czyli – tak najogólniej mówiąc – na mnie. Stałem przez chwilę zastanawiając się co robić. Ani mi było tam podchodzić. Pierwsza rzecz o którą zapytaliby to prawo jazdy. Wpadłem na pewien pomysł. Niedaleko znajdowała się przytulna kawiarnia „Saga” Tam mogę obserwować sytuację wokół mojego malucha bo było widać stamtąd jak na dłoni miejsce gdzie stał mój samochód. Tak więc od razu wystartowałem do „Sagi” Szatniarz był trochę zdziwiony widokiem klienta z kanistrem benzyny ale - na szczęście -przyjął do szatni ten kanister razem z kurtką. Udałem się na salę która na szczęście była trochę pustawa i wybrałem taki stolik z którego mogłem obserwować mojego fiata 126p. Znalazłem takie miejsce. Po chwili podeszła kelnerka. Zamówiłem kawę. Miałem wprawdzie ochotę na piwo ale jako kierowca samochodu nie mogłem przecież pić alkoholu...wreszcie otrzymałem parującą filiżankę kawy. Delektując się aromatycznym napojem nie spuszczałem wzroku z miejsca gdzie wciąż stał mój fiacik i przyklejony do niego policyjny radiowóz. Podziwiałem niebieskich za inteligencję. To oni powinni obserwować miejsce tak jak ja teraz. Wtedy – być może – udałoby im się mnie namierzyć. A tak to – zamiast oni mnie –  ja  ich miałem na oku. Paranoja kompletna.  Czekałem długo – ponad godzinę. Aż wreszcie zauważyłem że radiowóz zamrugał światłami. To był sygnał że – może już mają dosyć. Rzeczywiście. Po chwili wóz policyjny ruszył z miejsca i pojechał sobie. Miałem jeszcze obawę że nie pojechali całkiem tylko schowali się gdzieś w pobliżu. Ale trudno, raz kozie śmierć. Rozliczyłem ię z barmanką i szatniarzem, odebrałem ubranie i kanister i ruszyłem w stronę mojej bryki. Oworzyłem bak, wlałem zawartość kanistra. Wsiadłem do swojej bryczki, przekręciłem kluczyk. Poszło! Usłyszałem charakterystyczny i ulubiony dźwięk prawidłowo pracującego silnika. Ruszyłem z miejsca. No wreszcie.Teraz pozostało tylko jechać do Jasia na Pogórze i będzie spokój na długi, długi czas...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
17 sierpnia 2007

fiat 126p (5)

Następnego dnia po południu pojechałem do Kolibek. Moim celem była próba złapania Jasia Kiełpikowskiego. Liczyłem na to że Jasiu udzieli mi instruktażu obsługi malucha. Nie wiedziałem tylko czy jest teraz w pracy bo palacze w tej firmie pracowali na trzy zmiany. Miałem szczęście. Jasiu akurat był po fajrancie i przebierał się na drogę do domu. Przedstawiłem mu swój problem. Zgodził się bez wahania udzielić mi krótkiego, błyskawicznego kursu. Wyszliśmy z zakładu, udaliśmy się na przystanek trlejbusu 21. Po chwili jechaliśmy już prosto do celu, czyli do mojego fiata 126p. Po drodze opowiedziałem mu historię malucha. Jasiu po wysłuchaniu mojej odysei stwierdził że zrobiłem w tej sprawie same błędy. Najważniejszym był ten, że za samochód przepłaciłem i to grubo. Czternastoletni maluch jest obecnie wart nie więcej niż dwa miliony. Gdybym trochę poczekał to...nie dalej jak miesiąc temu jego znajomy miał do sprzedania siedmioletniego malucha- za dwa miliony! No ba, gdybym ja to wiedział. Właśnie mój dramat polegał na tym że takie okazje przechodziły mi zawsze koło nosa. A co do historii remontu to - woli zostawić sprawę bez komentarza. Wyjaśnił mi że będąc zupełnym laikiem nie powinienem był kupować auta samodzielnie. Sugerowanie się ładnie lśniącym lakierem to największy z mżliwych idiotyzmów. Istnieją szajki skupujące kompletne trupy które są następnie przygotowywane „pod sprzedaż”. W takim samochodzie jest odpicowana na błysk lakierka i prowizorycznie naprawione  najważniejsze mechanizmy. W momencie sprzedaży wozik działa bez zarzutu. Ale już następnego dnia wszystko zaczyna się sypać. Podejrzewa że padłem ofiarą tego rodzaju oszustwa. Doświadczony kierowca zawsze zorientuje się w tego typu trickach. Drugim błędem było to, że nie zgłosiłem się od razu do niego.Zupełnie inaczej by to wszystko przebiegło...no fakt. Trochę się pospieszyłem a to może dlatego że bałem się że jeżeli nie kupię samochodu od razu to pieniądze rozwalę na jakieś bzdury. No ale trudno. Było, minęło, poszło. Tak rozmawiając dojechaliśmy do Placu Kaszubskiego gdzie był nasz przystanek docelowy. Wysiedliśmy z trajtka. Po przejściu 100 metrów doszliśmy pod blok. Otworzyłem drzwi malucha. Jasiu wlazł do kabiny kierowcy a ja usadowiłem się obok. Po chwili Jasiu zapalił malucha i wyjechaliśmy w trasę. Minęliśmy Plac Kaszubski i ruszyliśmy ulicą Świętojńską. Spytałem jak ocenia sprawność techniczną mojej bryki. Powiedział że jest nie za bardzo. Skrzynia biegów niby działa ale nie tak jak trzeba. Są problemy z przejściem z dwójki na trójkę. Trzeba się szamotać z wajchą żeby trójka wskoczyła. Pozatym stwierdził że hamulce są zapowietrzone. Też niby działają ale po kilku dniach jazdy z takimi hamulcami droga hamowania może się wydłużyć do nieskończoności...a to może się skończyć nieciekawie.Zauważył jeszcze sporo innych usterek. Powiedział że może popracować nad tymi defektami jeżeli od razu pojedziemy do niego i wstawimy samochód na kanał. Pomysł był niezły. Odpowiedziałem że chętnie, ale może jeszcze nie dzisiaj tylko jutro albo pojutrze. Co prawda nie miałem już takiej obawy, że u Jasia znowu mój maluch będzie zalegał miesiącami  jak u człowieka o siedmiu twarzach ale chciałem sobie pojeździć swoim własnym samochodem przynajmniej jeden dzień.... Jeden jedyny dzień, nic więcej. Potem bryka może iść na kanał i stać tam nawet całą zimę. Jasiu powiedział że jak uważam. Może być jutro, jemu to bez różnicy. Pod warunkiem że jako kierowca tego malucha dożyję do jutra...ze Świętojańskiej skręciliśmy w ulicę Czołgistów, potem na Władysława IV i wróciliśmy z powrotem na podwórko. Teraz zaczęła się lekcja nauki jazdy. Dowiedziałem się że trzy pedały w podłodze to sprzęgło, gaz i hamulec. W jakiej kolejności to  już nie pamiętam. Od tamtej pory minęło 17 lat. Uruchomienie samochodu to prosta sprawa panie. Włączam silnik, naciskam sprzęgło i gaz, włączam pierwszy bieg po czym, trzymając cały czas nogę na gazie powoli popuszczam sprzęgło i...ruszamy do przodu. Ot i cała filozofia. Potem, już w trasie, stopniowo przerzucam biegi. Każdy następny umożliwia uzyskanie większej prędkości. A skrzynia biegów działa tak...tutaj Jasiu zaczął machać wajchą pokazując jak przełącza się kolejne biegi. Po tych wyjaśnieniach zamieniliśmy się miejscami.  Teraz ja usiadłem za kierownicą...wreszcie! Przez godzinę maluch turlał się po podwórku a ja trenowałem naukę jazdy. Potem Jasiu powiedział że musi już iść. Radził żebym nie robił żadnych głupstw i szybko zawiózł ten wózek na jego kanał. Obiecałem że jutro zajadę na mur beton. Jasiu poszedł a ja zostałem sam w środku malucha...teraz już wiedziałem o co chodzi. Można było ruszać w szeroki świat...pomyślałem że skoro już autko jest sprawne i na chodzie to wypadałoby trochę pochwalić się swoim znajomym. Zdecydowałem że pojadę w odwiedziny do przyjaciela - Tomka Górnego który niedaleko miał warsztat introligatorski. Warsztat znajdował się w bramie ulicy Świętojańskiej, zaraz za Placem Kaszubskim czyli dosłownie trzy minuty jazdy stąd. Tomek co prawda nie był szefem tego warsztatu tylko pełomocnikiem. Główny właściciel wyjechał do pracy do Niemiec i powierzył Tomkowi prowadzenie firmy. Ponieważ był to jedyny w Gdyni zakład introligatorski, firma miała dużo zamówień. Tomek pracował do późnych godzin wieczornych. Do warsztatu zaglądało codziennie – oprócz klientów -mnóstwo znajomych i odbywały się częste imprezy.Był już prawie koniec października ,późne popołudnie, zapadły ciemności.  Tak więc zapaliłem malucha, wrzuciłem pierwszy bieg i – postępując zgodnie z udzielonymi przez Jasia instrukcjami – ruszyłem do przodu...na pierwszą trasę w swoim życiu. Włączyłem reflektory, po czym migając światłami  dojechałem do końca bloku i teraz planowałem wjechać na ulicę Migały, czyli włączyć się do ruchu...popatrzyłem w lewo, w prawo, znowu w lewo. Pusto, można jechać. Puściłem sprzęgło, autko ruszyło. Wykonałem manewr zwrotny. Z przyjemnością zauważyłem że kierownica jest posłuszna moim ruchom. Wjechałem na ulicę. Teraz mogłem rozkoszować się urokami samodzielnej jazdy samochodem...to nie był sen, to był fakt. Dojechałem do Placu Kaszubskiego gdzie skręciłem w prawo na ulicę Świętojańską. Po chwili byłem już w miejscu gdzie trzeba było skręcić w bramę prowadzącą do warsztatu. Wykonałem skręt kierownicą. Tutaj jednak musiałem się zatrzymać bo żeby wjechać w bramę trzeba było minąć chodnik, a tam było pełno ludzi spieszących się i pędzących w te i wewte nie wiado gdzie i po co. Nie wypadało  mi rozjechać  tego towarzystwa bo ten albo ów mógłby się obrazić.  W ten sposób maluch stanął w poprzek Świętojańskiej. Z tyłu za mną powstał korek i facet w samochodzie któremu zatarasowałem drogę trąbił na mnie żebym się pośpieszył. Zauważyłem małą przerwę między ludźmi na chodniku i szybko wjechałem w tą dziurę. Ale tutaj znowu musiałem się zatrzymać bo brama w którą zamierzałem wjechać była bardzo wąska i bałem się że kiedy wjadę w nią pełnym rozpędem - rąbnę w mur. Zatrzymałem się na środku chodnika żeby próbować dobrze ustawić samochód do tej bramy i w tym momencie – no niestety – zgasł silnik. Teraz zatarasowałem drogę ludziom na chodniku. Wszyscy musieli omijać szerokim łukiem mojego malucha, zaglądali do środka a niektórzy nawet pukali w szybę. Było to strasznie irytujące. Szarpałem kluczykiem próbując znowu zapalić silnik ale byłem zdenerwowany i trochę ręce mi się trzęsły. Silnik rzęził, jazgotał, piłował i skowyczał i tak to trwało i trwało. Wreszcie – za którymś tam razem udało się – usłyszałem charakterystyczny zaskok. Teraz szybko wjechałem w bramę żeby wydostać się z tego piekła. Na szczęście udało mi się zmieścić między murami ale kiedy byłem już pewny  że za chwilę triumfalnie wjadę w podwórko – rąbnęłem bokiem malucha w  filar wystający z bocznej ściany bramy  którego w ciemnościach nie zauważyłem. No trudno. Wjechałem w podwórko i zatrzymałem samochód przed samymi garażami usytuowanymi na końcu podwóka. Wysiadłem z auta i obszedłem go dookoła sprawdzić co wynikło z tego zderzenia z filarem. Ano wynikło. W bocznej karoserii znajdowało się głębokie wgniecenie wielkości dużej pięści. Pomyślałem że – no cóż – brak doświadczenia musi mieć zawsze jakąś cenę. Ot i tyle. W sumie to jest drobny pryszcz.  Zamknęłem drzwi samochodu , po czym wszedłem do intraligatorni która usytuowana była w bocznej nawie podwórka. Akurat trafiłem na jakąś imprezę. W warsztacie, oprócz Tomka siedziały dwie dziewczyny, jakieś jego koleżanki których nie znałem. Przywitałem się z całym towarzystwem po czym klapnąłem na wolny taboret. Tomek wyciągnął z torby butelkę piwa i podał mi.Wykonałem ręką przeczący gest.
-nie mogę pić -powiedziałem – bo jestem samochodem
Tomek ze zdumienia wybałuszył szeroko oczy. Haust piwa który właśnie przełykał stanął mu w gardle a po chwili dostał ataku wściekłego kaszlu.Rozkaszlał się nie na żarty.  Trwało to kilka minut a kiedy wreszcie przestał kaszleć zaczął rechotać na całe gardło.
-Co? Co? Co? Co? - Tomek nie wierzył własnym uszom – czym jesteś?
No rzeczywiście. Takiej bomby jeszcze nigdy wsunęłem więc jego reakcja nawet mnie nie zdziwiła.
-SAMOCHODEM – odpowiedziałem spokojnie
W tym miejscu nastąpił kolejny atak kaszlu i śmiechu na przemian. Rzeczywiście, było to bardzo zabawne. Tomek rechotał jakby oglądał film z Louis de Funesem. Dziewczyny wtórowały mu dzielnie. Udało mi się rozbawić towarzystwo na samym wstępie. Ja zresztą też nie pozostawałem im dłużny bo nawet dla mnie samego było to bardzo śmieszne. A kiedy już wszyscy naśmiali się do syta  sięgnęłem do kieszeni i wyciągnęłem kluczyki  po czym zaczęłem nimi głośno brzęczeć. Śmiechy umilkły i nastała cisza. Zaprosiłem wszystkich na podwórko na prezentację mojego bolidu. Miałem taką minę jakby stał tam co najmniej ferrari 410 super america. Cała ekipa wytoczyła się z warsztatu na podwórko. Dumnym gestem wskazałem na mojego granatowego malucha. Rzeczywiście – było się czym chwalić. Nawet już wtedy,na początku lat dziewięćdziesiątych mały fiat był już obiektem trochę muzealnym, nawet jeżeli to była nówka, a co dopiero czternastoletni trup. Ale – grunt że miałem samochód, nieważne jaki. Tomek, który na początku przestraszył się sądząc że zajechałem tutaj jakąś toyotą, teraz, kiedy zobaczył małego fiacika – odzyskał dobry humor. Obszedł autko naokoło, tu postukał, tam popukał. W pewnej chwili zauważył to nieszczęsne wgniecenie.
-a to co? - spytał
-aaa to. To już było – wymyśliłem na poczekaniu
Głupio byłoby się przyznać że wyrżnęłem w bramkę podczas wjazdu na te podwórko.  Lepiej to przemilczeć. Byłby nowy powód do śmiechu. Tomek podniósł kciuk do góry.
- super bryka – powiedział po czym znowu zaczął rechotać No i tak sobie jeszcze trochę porozmawialiśmy i wreszcie oświadczyłem że wracam do domu. Wsiadłem do autka i rozpoczęłem manewry w celu odwrócenia samochodu tak żeby ustawił się przodem do bramy. W tej chwili samochód stał przodem do garażu a tyłem do bramy. Nie mogłem wjechać tyłem do bramy, trzeba było obrócić auto o 180 stopni. Trudna sprawa  bo podwórko było strasznie ciasne. Włączyłem silnik. Próbowałem popisać się swoimi umiejętnościami jazdy. Ruszyłem ostro z kopyta wykonując równocześnie szybki skręt kierownicą. Niestety. Rąbnęłem przednim kantem w drzwi garażu. Wysiadłem z samochodu zobaczyć co tam z tego wyszło. Całe towarzytwo obserwujące z ciekawością moje manewry też podeszło. Przednia maska w okolicy reflektora miała wgniecenie jeszcze lepsze niż tamto. Przez chwilę wszyscy oglądali ten nowy ubytek w moim fiacie.
-eee to tam nic -  skomentował Tomek –  można zagipsować

Ponownie wsiadłem do malucha i ponowiłem swoje eksperymenty. Szamotałem się w tym podwórku chyba pół godziny próbując wykręcić samochód na drugą stronę ale bez powodzenia. W końcu zaczęłem przestawiać samochód ręcznie bo stwierdziłem że inaczej się nie da. Wykręciłem go wreszcie metodą podnoszenia samochodu od dołu chwytając go za podwozie. Musiało to zabawnie wyglądać  bo ekipa obserwatorów trzymała się za brzuchy. Kiedy już wyjeżdżałem z bramy zauważyłem jak ludzie biją brawo na moją cześć. Dojechałem szczęśliwie na własne podwórko. Pierwszy dzień szaleństw własnym fiatem 126p zakończył się happy endem...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
17 sierpnia 2007

fiat 126p (4)

Po tygodniu emocje zaczęły opadać. Pogodziłem się już z myślą że  malucha 126p trzeba będzie spisać na straty. W pierwszych dniach najbardziej bolało to że nie zdążyłem przejechać swoim autkiem na fotelu kierowcy ani jednego metra. Był to fakt który najtrudniej było mi przeżyć ale w końcu stwierdziłem że w życiu zdarzają się gorsze rzeczy. Być może Opatrzność miała mnie w swojej opiece i obroniła przed tym żebym swoją karierę kierowcy zakończył na pierwszym drzewie. Kiedy udało mi się osiągnąć stan zupełnie neutralny, zdecydowałem się na kolejną wizytę do jaskini lwa. Tym razem już z samej tylko ciekawości. Te kompozycje przestrzenne które tworzył „człowiek o siedmiu twarzach” coraz bardziej mnie intrygowały. Zastanawiałem się co ten geniusz konstrukcyjny wymyśli w następnej kolejności. Dlatego udałem się tam w celach wyłącznie turystycznych, tak jakbym szedł na wystawę do „muzeum of modern art” Całe napięcie wyparowało ze mnie, uodporniłem się już na wszystkie możliwe warianty wydarzeń. Stwierdziłem nawet że cztery miliony to drobne grosze i wkrótce uzbieram na nowy samochód. Tyle że..tym razem będę już trochę ostrożniejszy przy zakupie. Teraz jednak, wolno i nie spiesząc się, z rękami założonymi do tyłu spacerowałem w stronę ulicy Derdowskiego. Ponownie przekroczyłem mroczną bramę i wszedłem na podwórko. Mojego malucha tam nie było. Zauważyłem jednak otwarte drzwi jakiegoś garażu. Udałem się w tamtą stronę i wsadziłem głowę do wnętrza. W środku stały dwa granatowe maluchy- identyczne kropla w kroplę – jak dwa bliźniaki. Spod jednego z nich wystawały jakieś nogi. Chrzaknęłem na cały głos. Po chwili spod samochodu wypełzła znajoma postać – człowieka o siedmiu twarzach bo to on właśnie okazał się być właścicielem tych wystających nóg. Przywitaliśmy się jak starzy znajomi którzy nie widzieli się 100 lat. Mój majsterklepka wyraził nawet skruchę że samochód nie został zrobiony na czas ale – jak wyjaśnił – ostatnio miał płatną fuchę – remont fiata 125p- a to zajęło mu trochę czasu. Teraz jednak ma już to wszystko z głowy i może zabrać się za moją brykę. Ale nie jest w stanie określić ile czasu mu to zajmie. Może tydzień a może miesiąc. Kiedy tak mówił cały czas kiwałem głową ze zrozumieniem. Pomyślałem że może sobie mówić i mówić – i tak nie wierzyłem już w żadne jego słowo. W mojej głowie zrodziły się nawet pewne podejrzenia. Zastanawiałem się czy mój fiat 126p nie posłużył jako królik eksperymentalny do podmiany co lepszych części z jednego wozu do  drugiego – jego własnego. To by tłumaczyło fakt rozbebeszenia auta na czynniki pierwsze. Ale te rozważania zachowałem dla siebie. Pożegnaliśmy się jak starzy przyjaciele. Obiecał że jak tylko zreperuje samochód, odezwie się na mój domowy adres. Wróciłem do domu i zajęłem  swoją pracą, czyli szyciem plecaków. Mój warsztat kaletniczy znajdował się w narożniku małego pokoju w którym wtedy zamieszkiwałem. O sprawie samochodu nie chciało mi się już myśleć. Wolałem nie robić sobie  żadnych złudzeń. Przeżyć po raz drugi taki koszmar jak wtedy kiedy ujrzałem zamiast naprawionego samochodu – konstrukcję abstrakcyjną w stylu futurystycznym – mogłoby się nie udać. Starałem się zapomnieć  o całej sprawie i rzeczywiście, zajęty swoją pracą po kilku dniach zupełnie wyszło mi z głowy że miałem kiedyś jakiś samochód. I w ten sposób minęły trzy tygodnie. Pewnego wieczora, kiedy pochylony nad maszyną szyłem kolejną serię plecaków, zaterkotał dzwonek u drzwi. Tak to wtedy było, że na dźwięk dzwonka wszyscy równocześnie startowali ze swoich pokojów – ja i trzy moje siostry a kto był pierwszy w drzwiach ten wygrywał. Tym razem ja byłem pierwszy. Otworzyłem drzwi. Spodziwałem się że to będzie mój kumpel mieszkający dwa piętra niżej – Tomek Górny. Tymczasem....w klatce schodowej stał on – człowiek o siedmiu twarzach. Powiedział krótko – samochód gotowy. Nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Zeszliśmy na dół. Przed blokiem stał mój granatowy fiat 126p. Ale to że stać on umie to ja już wiedziałem. Wolałbym jednak żeby jeszcze oprócz tego umiał jeździć. Ale – pomyślałem błyskawicznie – człowiek o siedmiu twarzach nie przyniósł go tu chyba na plecach. Tymczasem mój mechanik zabrzęczał kluczmi, otworzył auto po czym – szerokim gestem zaprosił mnie do wnętrza- a następnie wlazł do kabiny kierowcy. Dosiadłem się obok. Z zapartym tchem obserwowałem jak człowiek o siedmiu twarzach przekręca kluczyk w stacyjce. Natychmiast rozległ się rzęchot silnika i po chwili słychać było charakterystyczny zaskok. Rzeczywiście, to było to. To było to co miało być po założeniu linki do rozrusznika. Tylko że ta procedura , zamiast dwóch dni trwała dwa miesiące. Ale to teraz było nieważne. Ruszyliśmy z miejsca. Wyjechaliśmy z podwórza na ulicę Migały, potem na Plac Kaszubski, następnie skręciliśmy na Wójta Radtkego. Maszynka chodziła jak zegarek. Nie było żadnych zastrzeżeń. Po wykonaniu dwóch takich okrążeń wróciliśmy z powrotem na moje podwórko. Wysiedliśmy z samochodu. Spojrzałem na mojego mechanika pytającym wzrokiem.Było wiadome że zaraz coś zaśpiewa bo o wersji darmowej naprawy należało zapomnieć. Nie pomyliłem się. Człowiek o siedmiu twarzach podał taką cenę że prawie się przewróciłem. Było jasne że w warsztacie samochodowym byłoby znacznie taniej- a na pewno trzy razy szybciej. Ale cóż- grunt to siostrzane znajomości. Nie miałem tyle co chciał więc zapłaciłem tylko część tej sumy a  na resztę umówiliśmy się w późniejszym terminie. Człowiek o siedmiu twarzach oddał moje kluczyki, życzył szerokiej drogi i zniknął w sinej dali...zostałem sam na sam ze swoim fiatem 126p. Otworzyłem drzwi kabiny kierowcy, usiadłem wygodnie w fotelu i trzymając ręce na kierownicy siedziałem tak chyba godzinę  wykonując ręką skręty w prawo i w lewo. Przypominałem sobie dzieciństwo kiedy to jadąc autobusem jelcz karosa lub inaczej – beczka - siedziałem obok kierowcy i z zapartym tchem obserwowałem jego ruchy. Jak manipuluje wajchą skrzyni biegów, wykonuje skręty ręką do przodu, na bok, do tyłu i znowu do przodu.. Autobus ruszał najpierw wolno, potem, po drugim ruchu wajchą nabierał przyśpieszenia, a po trzecim – ruszał ostro z kopyta. Teraz ja położyłem rękę na wajchę skrzyni biegów mojego własnego samochodu. Starałem się przypomnieć jak to wtedy było. Ale – po chwili zrezygnowałem. Szkoda byłoby rozwalić skrzynię biegów na dzień dobry. Pomyślałem że nazajutrz postaram się ściągnąć Jasia Kiełpikowskiego na lekcję nauki jazdy. A tymczasem – trochę z żalem – wysiadłem z samochodu, zamknęłem drzwiczki i wróciłem do domu. Potem, ze swojego okna na dziewiątym piętrze długo wpatrywałem się w mój samochodzik jak na ukochaną dziewczynę. Długo mi przyszło czekać na to szczęście ale ono w końcu nadeszło....

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
16 sierpnia 2007

fiat 126p (3)

Po tym makabrycznym widoku jaki ujrzałem podczas wizyty u „człowieka o siedmiu twarzach” dochodziłem do siebie przez kilka dni. Zastanawiałem się czy to co widziałem mogło być w ogóle możliwe. Jeżeli tak, to było dla mnie pewne że mój maluch już nigdy i nigdzie nie pojedzie. A pogodzenie się z faktem że cztery miliony zostały wyrzucone w błoto nie było takie łatwe. Przez całe lato zbierałem pieniądze na swoje wymarzone cztery kółka. A teraz...z czterech milionów złotych zostały  cztery miliony metalowych części leżących bezładnie na jednej kupie. Przez pierwsze dni po tym szoku nie odważyłem się na kolejne wizyty u „mojego malucha”. Bałem się. Bałem się że to co widziałem ostatnio nie jest jeszcze efektem ostatecznym. Zaczęłem się zastanawiać co jeszcze ten człowiek o siedmiu twarzach jest w stanie zrobić z mojego samochodu. Bo byłem przekonany że to nie jest jeszcze szczyt jego możliwości. Całe wnętrze zostało wprawdzie kompletnie rozbebeszone, rozpaprane i rozłożone na wszystkie możliwe czynniki pierwsze aż do ostatniej śrubki. Złożenie tego wszystkiego z powrotem w jakiś logiczny sens byłoby godne nagrody Nobla. Ale o jeszcze nie było wszystko.Pozostała  karoseria a tutaj prezentowała się duża ilość kolejnych możliwości. A że fantazji mojemu mechanikowi nie brakowało to już widziałem na własne oczy. Oczyma wyobraźni mogłem zobaczyć mojego fiata 126p w wersji pick-up albo coupe z obciętym dachem i boczną blachą pociętą na pasy i powyginaną fantazyjnie na wszystkie strony. Lub – jeszcze lepiej – model 126p wersja rajdowa z samym tylko podwoziem na czterech kółkach. Po tym co widziałem ostatnio już nic – jeżeli chodzi o tego człowieka o siedmiu twarzach – nie byłoby w stanie mnie zdziwić ani zaskoczyć. Jego działalność przypominała mi majsterkowanie w stylu Bolka i Lolka. Podejrzewałem że przy następnej wizycie zobaczę zamiast samochodu rakietę kosmiczną gotową do wystrzału. Kiedy opowiedziałem siostrze o wyczynach jej znajomego, była załamana. Powiedziała że kończy z nim, zrywa znajomość. Nie chce go więcej znać ani o nim słyszeć. No ale co to była dla mnie za pociecha. Teraz trzeba było coś z tym fantem zrobić. Ale co? Odebrać człowiekowi samochód z powrotem?  Za późno. Należało to zrobić po pierwszej wizycie. Wtedy jeszcze nie było tak źle. Silnik był już wprawdzie wymontowany i leżał w środku ale jeszcze nie rozbebeszony do ostatniej śrubki. Gdybym wtedy ściągnął Jasia Kiełpikowskiego, być może zdecydowałby się zaholować brykę pod swój dom gdzie miał własny kanał naprawczy. Ale to było wtedy. Teraz nie było o czym mówić. Wyobraziłem sobie jak zareagowałby Jasiu  gdyby w tej chwili zobaczył tą stertę złomu. Poleciłby zakryć to wszystko czarnym kocem.  Tam nie było już nic więcej do roboty. Pozostało tylko zakopać tego fiata 126p gdzieś głęboko w lesie..

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
14 sierpnia 2007

fiat 126p (2)

Fiat 126 p stał przed domem i nie wiadomo było co dalej.
Gdybym chciał go teraz sprzedać musiałbym wstawić ogłoszenie w rubryce – nieruchomości.
Nieszczęsna linka do rozrusznika leżała na półce i nie miałem pomysłu co z nią zrobić. W tej chwili mogłem najwyżej końcówką tej linki podrapać się po uchu. Wiedziałem tylko że trzeba tą linkę jakoś zaczepić czy zainstalować w samochodzie. Ale jak to zrobić? Moja wiedza w tym zakresie była żadna. Ani ja ani tym bardziej żadna z moich sióstr nie miała na ten temat zielonego pojęcia. A w stanie obecnym samochód praktycznie nie nadawał się do jazdy. Musiałbym wynająć jakiegoś człowieka do popychania bryki za każym razem gdy zgaśnie silnik i wozić go ze sobą na wszystkie trasy. Kompletna bzdura. Kiedy ochłąnęłem już z pierwszego wrażenia po zakupie wozu - wpadłem w raczej minorowy nastrój. Potem jednak przypomniałem sobie że mam kumpla z samochodem i mogę zwrócić się do niego o pomoc. Był to mój dobry znajomy Jasiu Kiełpikowski z którym pracowałem w kilku zakładach. Obecnie  w kolibkowej firmie miał etat  palacza, dobrą pensję, żonę i dzieci a jego pasją było grzebanie w samochodach które wymieniał co chwilę na inne. Zdecydowałem że następnego dnia przedstawię mu swój problem. Ale...nie zdążyłem. Tego samego dnia wieczorem wpadła jak bomba do mojego pokoju siostra Kasia z dobrą nowiną. Jej znajomy z pracy obiecał zreperować mój samochód i to za darmo. Jest świetnym ekspertem od maluchów i szkoda się zastanawiać..pomyślałem że – faktycznie szkoda. Dawaj go – powiedziałem. Kaśka zadzwoniła do tego znajomego i pół godziny potem człowiek zastukał do mieszkania. Był to 18 – letni młokos o dosyć sympatycznym wyglądzie. Pomyślałem że – jeżeli jest to znajomy siostry – to raczej można mu zaufać.Zeszliśmy na dół do samochodu. Kandydat na naprawiacza obszedł malucha kilka razy naokoło, tu popatrzył, tam zajrzał. Spytałem czy potrafi założyć linkę do rozrusznika żeby ta bryka mogła startować sama bez żadnego pchania. Odpowiedział że – nie ma żadnego problemu. Za dzień, może dwa auto będzie gotowe. Uspokojony tymi zapewnieniami wręczyłem mu kluczyki oraz ową linkę czyli oddałem władzę nad moim autkiem. Rzeczywiście, w tamtej chwili nie miałem cienia wątpliwości że będzie tak jak on mówił. Człowiek wsiadł do samochodu i włączył rozrusznik
a ja biegłem z tyłu popychając malucha do przodu. Dopiero po przebiegnięciu 100 metrów bryka zapaliła. Po chwili  maluch zniknął z mojego wzroku a ja – cały zziajany i zasapany ale zadowolony
wróciłem do domu. Od tej chwili pozostało mi tylko liczyć godziny do czasu kiedy moje autko wróci już w pełnej sprawności do swojego właściciela. Cały następny dzień spędziłem w stanie gorączkowego podniecenia oczekując na dobre wieści. Ale minął dzień, potem drugi i nic. Trzeciego dnia zaczęłem się już lekko niepokoić ale nie traciłem nadziei. Pomyślałem że być może powstały jakieś komplikacje które trochę opóźniły naprawę maluszka. Trzeba uzbroić się w cierpliwość. Jeszcze dzień, dwa. Tak sobie mówiłem na pocieszenie. Jednak mijały kolejne dni a z tamtej strony nie było żadnego echa. Po upływie dwóch tygodni powiedziałem Kaśce żeby zahaczyła w pracy tego gościa i spytała co tam się dzieje. Na to usłyszałem że..ten chłoptyś już nie pracuje w jej firmie. Taaa...sprawa przedstawiała się coraz ciekawiej. Ale – Kaśka puknęła się w czoło – wiem gdzie on mieszka! No..to już było coś. Jakiś punkt zaczepienia żeby można było dopaść tego eksperta i zorientować się w sytuacji...okazało się że mieszka całkiem niedaleko, w okolicach ulicy Derdowskiego. Zdecydowałem że wybiorę się do niego z wizytą bo już dłużej czekać – bez żadnych wieści stamtąd – było nie sposób. Tak więc od razu udałem się pod wskazany adres. Minęłem Plac Kaszubski, skręciłem w Derdowskiego, znalazłem numer domu i po przejściu przez mroczną bramę znalazłem się na niewielkim podwórku. Stał tam granatowy fiat 126p i od razu rozpoznałem w nim swoją własność. Byłem przekonany że auto jest już naprawione i będę mógł nim zaraz wócić do domu. Jednak gdy podszedłem do malucha i zajrzałem do środka moim oczom ukazał się następujący widok. Wszystkie siedzenia były wyciągnięte i wywrócone do góry nogami. W środku był jeden wielki śmietnik. Nawet silnik został wymontowany i leżał na fotelu dla kierowcy. Obok akumulator i koło zapasowe. Patrzyłem na to wszystko bezsilnie zaciskając pięści.
Ogarnęła mnie wściekłość. Zadzwoniłem do mieszkania wskazanego przez siostrę. Po chwili usłyszałem głos tego jej znajomego. Poprosiłem żeby zszedł na dół. Odpowiedział żebym chwilę zaczekał. Po 5 minutach człowiek ukazał się w drzwiach. Spytałem bez wstępów o co tu chodzi i co  jest narobione. Mówiłem podniesionym głosem bo ponosiły mnie nerwy. Jednak nie wyglądało na to żeby mój wybuch zrobił na nim jakieś wrażenie. Spokojnie jadł kanapkę. Zdaje się że przeszkodziłem mu w kolacji. Powiedział żebym się uspokoił bo nie ma powodu do paniki. Wszystko jest na dobrej drodze. Zamrugałem oczami. Wrzasnęłem że na dobrej drodze do czego? jeżeli ten burdel na kółkach w środku samochodu ma być dobrą drogą to dzięki. Przecież miała być tylko założona linka do rozrusznika, nic więcej. Spytałem co ma znaczyć to całe siano w środku malucha? On jednak dalej jadł spokojnie kanapkę.Powiedział że kupiłem kompletnego trupa a to już nie jego wina. Nic tam praktycznie nie działa.Ani skrzynia biegów ani hamulce. Silnik prawie całkiem przetarty. W podłodze dziury wielkości pięści. Blacha od wewnątrz całkiem zardzewiała. Wszystko do remontu i połowa części do wymiany. On wprawdzie może to naprawić ale nie tak szybko. Ale jeżeli będę na niego krzyczał to nic nie zrobi i mogę sobie zabrać tego trupa z powrotem do domu....to wyjaśnienie podziałało na mnie jak zimny prysznic. Powoli ochłonęłem z pierwszej wściekłości i zaczęłem trzeźwo myśleć. Kto wie? Być może człowiek miał rację. Kupiłem samochód oceniając go po ładnie lśniącym lakierze...a  tymczasem..rzeczywistość okazała się mniej wesoła. Kiedy doszedłem już całkiem do siebie – podjęliśmy spokojną rozmowę.
Wprawdzie stan malucha jest kiepski, ale jeszcze nie krytyczny. Po naprawie autko jeszcze będzie mogło pobrykać kilka lat...on natomiast zobowiązał się do naprawy i zrobi to. Remont potrwa dwa tygodnie. Po tym terminie mogę się zgłosić po odbiór. Pożegnaliśmy się już zupełnie pogodzeni. Wracałem do domu całkiem uspokojony. Pogodziłem się z faktem że na przyjemność kierowania autem przyjdzie mi trochę poczekać. Przynajmniej wiedziałem już o co chodzi i czas oczekiwania na ustalony termin naprawy spędziłem już na luzie i bez żadnych zmartwień. Dwa tygodnie minęły szybko. Po upływie tego terminu ponownie udałem się w stronę ulicy Derdowskiego. Tym razem byłem zupełnie spokojny i przekonany że mój samochód stoi gotowy już do drogi. Minęłem bramę i wszedłem w podwórko. Maluch stał tak jak poprzednio – w tym samym miejscu i w tej samej pozycji. Podszedłem bliżej i zajrzałem do środka. Wpatrywałem się długi czas w to co zobaczyłem i nie byłem w stanie  uwierzyć własnym oczom. To nie mogła być prawda. Na środku podłogi wewnąrz mojego malucha piętrzyła się góra śmieci sięgająca prawie aż po sufit.Czego tam nie było to ja nie wiem. Tysiące śrubek i nakrętek, stos sprężynek, blaszek, kłęby drutów, kabli i setki dziwnych atrybutów których nie mogłem zidentyfikować. Do tego kłęby szmat i brudnych papierów oraz zgniecionych puszek od piwa. W środek tej piramidy wbity był gruby drut na którym wisiała przebita na wylot nadgryziona kanapka z wystającym kawałkiem kiełbasy. .Stałem z nosem przylepionym do szyby mojego samochodu. Obserwowałem to wszystko zmartwiałym wzrokiem i nie mogłem wydobyć z siebie tchu. Nigdy w życiu nie widziałem większego gówna. Nie chciało mi się wierzyć że jeszcze nie tak dawno był to mój samochód – mój fiat 126p w którym jedyną rzeczą do zrobienia było założenie linki do rozrusznika. Przypomniałem sobie oglądany niedawno amerykański film pt. „Przeprowadzka” gdzie głowny bohater którego grał Richard Pryor powierzył swój samochód do przeprowadzki z Nowego Jorku do Idaho wynajętemu z ogłoszenia człowiekowi który okazał się schizofrenikiem o siedmiu twarzach i w efekcie – z luksusowej limuzyny wyjeżdżającej z Nowego Jorku – po kilkunastu przeróbkach do Idaho dojechała prawie hulajnoga. Czy moja sytuacja w tej chwili była lepsza – nie byłem w stanie w tej chwili tego ocenić. Chciałem szybko stąd uciec. Jak najdalej. Potem, już na spokojnie przeanalizować sytuację i podjąć jakieś decyzje. Nie zadzwoniłem do mieszkania swojego „człowieka o siedmiu twarzach” bo obawiałem się że mógłbym palnąć jakieś głupstwo. Uciekłem z tego podwórka. O nastroju w jakim znajdowałem się wtedy wolę nie pisać. Sprawa mojego fiata 126p prezentowała się coraz ciekawiej...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
13 sierpnia 2007

fiat 126p (1)

Historia z fiatem 126p zdarzyła się w roku 1990 czyli na krótko przed tym zanim zaczęła się moja artystyczna przygoda. Być może stała się jeden z czynników które wpłynęły na taki a nie inny rozwój wydarzeń. Długi czas uważałem tą historię (obok opisywanej już love story z Joanną) za najgłupszą w swoim życiu. Był to niekończący się ciąg kompletnych idiotyzmów które zakończyły się na stogu siana. Dzisiaj jednak, kiedy upłynęło już kilkanaście lat od tamtych zdarzeń mogę pokusić się o próbę przeanalizowania tej dziwnej historii...może to być rodzaj przerywnika lub odskoczni od malarskich zdarzeń które nie wynikły same z siebie. Ale do rzeczy. Jesienią 1990 roku kupiłem fiata 126p. Był to czternastoletni trup. Zapłaciłem za niego 4 miliony złotych. Dzisiaj to brzmi niewiarygodnie ale przed wprowadzeniem planu Balcerowicza i reformy walutowej Polska była krajem milionerów. Średnia krajowa pensja wynosiła ok. 2 miliony złotych. Tylko że...za te miliony nic nie można było kupić. Wszystkie sklepy były puste. Ekspedientka, na pytanie klienta – co jest? - odpowiadała – ja jestem. I to była szczera prawda. Poza ekspedientką ziewającą za pustymi ladami w sklepie nie było kompletnie nic. Tak więc klient mógł sobie kupić jedynie tą ekspedientkę gdyby wpadł na taki pomysł. Co prawda towar pojawiał się czasem w sklepie ale znikał w oka mgnieniu. Był to czas galopujących cen i hiperinflacji. Ceny wszystkich towarów rosły z dnia na dzień. Dlatego ludzie wykupywali wszystko bez znaczenia czy to było im potrzebne czy nie. Kiedy tylko do jakiegoś sklepu rzucili towar, natychmiast ustawiała się tam gigantyczna kolejka. Po dwóch godzinach wszystko już było sprzedane i życie w sklepie wróciło do normy czyli pustych półek i śpiącej ekspedientki. Sprzedane w tym sklepie skarpetki które tego dnia kosztowały 500 złotych – kilka dni później były warte już 2 tysiące. Tak tak. Takie to były czasy. Nawet lepiej. Większość osób stojąceych w kolejce nie wiedziała w ogóle po co stoi. Na pytanie – co tam jest? - odpowiadali – a bo ja wiem?... Bezradne wzruszenie ramionami było jedyną odpowiedzią. Zobaczyli kolejkę więc ustawili się w niej. Był towar. Trzeba było brać co dają. I tyle. No cóż. Tak się zdarzyło że moja młodość wypadła na ten kretyński czas...opisywać tych wszyskich idiotyzmów które się wtedy rozgrywały nie ma sensu bo z  naszego podwórka śmiał się  cały świat. Moim celem jest opisać historię samochodziku fiat 126p. Miałem wtedy straszne ciśnienie na samochód. Koniecznie musiałem kupić autko. Ponieważ prowadziłem wtedy własny biznes w branży kaletniczej więc kasy miałem sporo. Interes szedł nieźle. Szyłem torby i plecaki które potem sprzedawałem na rynku niemal od ręki. W ten sposób udało mi się uzbierać kilka milionów które mogłem przeznaczyć na zakup samochodu. Co prawda o nowym aucie nie było co marzyć ale używany, kilkuletni fiat 125 albo 126p przy odrobinie szczęścia był już w zasięgu możliwości. Jednak.. sprawa nie była prosta. Wprawdzie ogłoszeń sprzedaży starych samochodów było pełno ale- atrakcyjne, okazyjne oferty były nieaktualne już 15 minut po ukazaniu się „dziennika bałtyckiego” w kioskach! Polowałem na autko bez wytchnienia. Dzwoniłem wszędzie gdzie się dało. Za każdym razem słyszałem odpowiedź – Nieaktualne. Sprzedane. Po tygodniu takiego polowania miałem już dosyć. Byłem  bliski rezygnacji. Wykonałem jeszcze jeden telefon dla świętego spokoju. Ku swojemu wielkiemu zdumieniu  usłyszałem w słuchawce głos: - jeszcze aktualne. Nie było się nad czym zastanawiać. Umówiłem się z człowiekiem że za pół godziny stawię się na wskazany przez niego adres. Zabrałem ze sobą dwie siostry bliźniaczki żeby nadać tej uroczystości zakupu samochodu odpowiednią oprawę. Do celu nie było daleko. Adres człowieka z samochodem był blisko dworca – czyli rzut beretem od  domu rodzinnego. Nasza kawalkada ruszyła. Po 10 minutach marszu byliśmy na miejscu. Naszym oczom ukazał się granatowy fiat 126p. Prezentował się elegancko. Pierwsze wrażenie wypadło pozytywnie. Spytałem sióstr – co one na to? Pokiwały głową. Super. Nikomu z nas  nie przyszło do głowy zaglądać do środka. Najważniejsza była powłoka czyli karoseria. Tutaj sprawa przedstawiała się bez zarzutu. Maluch lśnił od nowiutkiego, granatowego lakieru. Nic tylko brać czyli kupować. Po krótkiej naradzie z siostrami zdecydowałem że – kupujemy. Druga taka okazja może się nie trafić. Zaczęły się pertraktacje z właścicielem. Udało mi się utargować trochę z ceny ale niewiele. Następnie otrzymałem papiery na samochód po czym uiściłem należną opłatę i można było ruszać. Ale ja nie mogłem tego zrobić bo nie miałem zielonego pojęcia o prowadzeniu samochodu. Pozatym nie miałem prawa jazdy. Uważałem że najpierw trzeba mieć samochód a potem dopiero robić prawo. Jaki sens ma robienie prawa jazdy jak się nie ma samochodu? Żadnego.Natomiast mając autko można się gdzieś na boku nauczyć jazdy, potrenować i wtedy na egzaminie

wszystko pójdzie jak po maśle. Tak uważałem i byłem przekonany o swojej racji. Teraz jednak trzeba było jakoś przetoczyć świeżo zakupiony pojazd pod dom. Był to krótki odcinek więc sądziłem że nie będzie żadnych problemów. Zwróciłem się z prośbą do poprzedniego właściciela żeby podwiózł  malucha pod mój blok. Zauważyłem na jego twarzy wyraz zakłopotania. Podrapał się po głowie i powiedział że chętnie ale...jest jeden drobny detal. Samochód trzeba będzie trochę popchnąć żeby silnik zapalił. Ale to drobnostka. Wystarczy założyć linkę do rozrusznika i wtedy auto będzie działać jak nówka. Dostaniemy tą linkę do kompletu zakupu. No cóż. Trzeba było połknąć tą pigułkę. Głupio byłoby się teraz wycofywać. Facet wsiadł do samochodu a ja i siostry stanęliśmy za maluchem i zaczęliśmy go pchać z całej siły. Po 50 metrach takiego pchania samochód pryknął, zajazgotał i silnik zaskoczył. Biegiem dopadliśmy naszego malucha i wpakowaliśmy się do środka. Teraz jechałem już własnym autkiem, co prawda na tylnym siedzeniu ale zawsze. Była to chwila o kórej marzyłem od lat. Trwało to raptem trzy minuty kiedy zajechaliśmy pod nasz blok. Facet zgasił silnik, wysiadł z kabiny, pożegnał się i po chwili już go nie było. Ale to pryszcz. Najważniejsze że mój własny fiat 126p stał pod blokiem. Wysiedlismy z samochodu. Pozamykałem drzwiczki i brzęcząc kluczami rozejrzałem się po oknach w bloku w nadziei że tą historyczną w moim życiu chwilę obserwuje cały lokalny światek. Rzeczywiście, zauważyłem kilka wychylonych z okien ciekawskich głów. Czule pogładziłem błyszczący, granatowy lakier. Fiat 126p. Pierwszy samochód w moim życiu czekał na wielką przygodę..

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
12 sierpnia 2007

turniej tenisowy w Kolibkach

W Zakładach Odzieżowych „Wybrzeże” w Gdyni Kolibkach istniało aktywnie działające koło sportowe. Zbierała się tam grupa kilkunastu fanatyków którzy średnio raz w miesiącu brali udział w jakichś zawodach. Klub specjalizował się w kilku dyscyplinach jak kręgle,siatkówka i tenis stołowy. Generalnie nie byłem zainteresowany tymi zabawami ale w połowie lat dziewięćdziesiątych klub wprowadził nową dyscyplinę – tenis ziemny. To już było coś dla mnie. Pomimo to w pierwszych zawodach w tej dyscyplinie organizowanych przez zakład nie brałem udziału. Ponieważ kort zakładowy wybudowano w 1985 roku więc w firmie znajdowało się kilku świetnych tenisistów z którymi – jak sądziłem – nie mam żadnych szans. Dlatego wolałem robić dyplomatyczne uniki niż narazić na pośmiewisko przy „pannach z Kolibek” w razie klęski która – według mojej oceny – nastąpiłaby nieuchronnie. Sukcesy sportowe były czułym punktem tej grupy maniaków i podnosiły ich prestiż w firmie – wyróżniały z szarego tła. Wyniki zawodów były ogłaszane przez zakładowy megafon i szeroko komentowane a zwycięzcy chodzili z nosem w chmurach i cieszyli się powodzeniem u panienek . Natomiast przegrani byli zdołowani, przygnębieni i do tego nikt nie żałował im docinków. Lepiej było się nie narażać na takie ryzyko. Pierwsze zawody zorganizowano w 1995 roku i wygrał w nich Ciofaj. Był to tenisowy chamion zakładowy który uczył się grać od dzieciaka długo przed tym zanim w firmie zbudowano kort. Niewysoki, trochę niesłyszący z charakterystyczną, niewyraźną wymową.
Zamiast „co”, mówił „cio”, zamiast „coraz bardziej”- „ciolaz baldziej”, zamiast „cofaj”- „ciofaj” Swój pseudonim zawdzięczał następującemu zdarzeniu. Kiedyś razem ze znajomym z pracy o pseudonimie Kita wyjeżdżali maluchem 126p z parkingu na ulicę. Kita jako właściciel pojazdu siedział za kierwnicą a Ciofaj obok jako pasażer. Ponieważ tylna szyba malucha była zasłonięta jakimiś pakunkami więc Kita zawołał do Ciofaja żeby sprawdził czy droga jest wolna. Ciofaj wychylił głowę przez okno i komenderował -”śpokojnie, ciofaj, ciofaj” No więc Kita zaczął cofać samochód na wstecznym biegu. Ciofaj dalej wołał -”ciofaj, ciofaj” Kita ciofał, ciofał aż...rąbnął w słup. Cała tylna część malucha została zgnieciona. Samochód nadawał się już tylko do remontu. Wieść o tym zdarzeniu rozeszła się błyskawicznie w całej firmie i od tej pory do Ciofaja wszyscy mówili „ciofaj, ciofaj”. No i tak to Ciofaj zostł Ciofajem po wszystkie czasy. W zakładzie pracował jako hydraulik ale nie miał zbyt wiele do roboty więc na ogół szwendał się po szwalni i przeszkadzał dziewczynom w pracy. Oprócz tego udzielał się w kole sportowym i nie opuszczał żadnych zawodów. Wyniki miał różne ale w tenisa był nie do pokonania. Jednak... tylko do następnych zawodów. Drugi turniej rozegrany w 1996 roku wygrał Łyskowski – głuchoniemy o wysokim wzroście odznaczający się wielką dynamiką gry. Rozpoczynał od mocnego uderzenia i szedł za ciosem jak tornado i w ten sposób miażdżył przeciwników. Oprócz wymienionych Ciofaja i Łyskowskiego było tam jeszcze kilku innych orłów których się obawiałem – Laskowski, Nadratowski, Lewandowski. Dlatego pierwsze turnieje puściłem bokiem. W roku 1997 dzięki intensywnym treningom z Kubą Oxisem moje umiejętności tenisowe uległy znacznej poprawie.
Nie miałem już problemów z bekhendem, udawało mi się przebijać nawet mocne serwisy a nawet od czasu do czasu zawijać z woleja. Dlatego do turnieju 1997 zgłosiłem swoją gotowość. Postanowiłem spróbować szansy bo byłem przekonany że nawet jak przegram, to przynajmniej nie do zera i że nikt mi nie zaserwuje olimpijki. Zawody ustalono na sobotę, a więc dzień wolny od pracy. W pewien letni, lipcpwy poranek zajechałem do zakładu tym razem nie jako pracownik szwacz tylko Bjoern Borg co najmniej...zebrał się tam grupa chyba 10 chętnych do zdobycia pucharu Wimbledonu. Kierownikiem koła był dumetrowy blondyn o imieniu Roman. On też dokonał rozstawienia i potem losowania. Rzecz jasna nie byłem rozstawiony bo nie miałem do tej pory żadnych wyników. W eliminacjach trafiłem na głuchoniemego o nazwisku Ostrowski. W całej grupie było 2/3 głuchoniemych którzy zresztą w firmie brylowali we wszystkich sportach.
Byłem przekonany że z Ostrowskim wygram bez problemów bo nigdy w życiu nie widziałem go na korcie. Jednak już po pierwszych uderzeniach było widać że człowiek całkiem nieźle sobie radzi.
Ku mojemu zdziwienie odbijał wszystkie piłki, wszędzie zdążył dobiec. Początkowo stan był remisowy ale potem automatyzm Ostrowskiego zaczął mnie denerwować i popełniałem seryjne błędy. Wyglądało na to że przegram z człowiekiem który robił wrażenie największej łajzy w grupie. Ponieważ w zawodach obowiązywał system pucharowy i przegrywający od razu odpadał z gry więc byłby to dla mnie największy z możliwych obciachów. Nie wyobrażałem sobie czegś gorszego.
A tymczasem..widmo takiej kompromitującej klęski zawisło nad moją głową. Nie było żartów, trzeba było gorączkowo szukać jakiegoś wyjścia. W pewnym momencie ogaręła mnie wściekłość. Zaczęłem rąbać Ostrowskiemu mocne uderzenia. Na całe szczęście były celne bo w chwilach zdenerwowania człowiek często pudłuje. Jednak udało mi się pakować piłki w pole. Ostrowski odbijał je ale źle. Na ogół gdzieś na boki. Tym razem to on zaczął się gubić. Wreszcie znalazłem
na człowieka jakiś sposób. Od tej pory uderzałem rakietą jak drwal siekierą. Doprowadziłem do wyrównania i wreszcie koniec. Zwycięstwo. Ufff. Można było trochę odetchnąć. Widmo największej hańby zostało oddalone. Jednak to był dopiero początek a gra toczyła się dalej...
w ćwierćfinale trafiłem na następnego głuchoniemego o nazwisku -Lewandowski. Był on znacznie groźniejszy od Ostrowskiego. Często widziałem go w akcji podczas treningów z Kubą Oxisem – Lewandowski grał wtedy po pracy na drugim korcie. Jednak liczyłem na to że i tutaj sobie poradzę. Zaczęła się gra. Początkowo wszystko szło dobrze ale potem Lewandowski zaczął oszukiwać. Zamiast obowiązuącego w tenisie sposobu liczenia punktów -15,30,45, gem-
Lewandowski liczył gema do stu. U niego było tak – 15,30,45,60,80,100. Kiedy – według prawidłowych zasad wygrałem gema – Lewandowski machał ręką że jeszcze nie, gramy dalej.
Zaczęło mnie to wpieniać więc zgłosiłem Romanowi te oszustwa Lewandowskiego. Ku mojemu zdziwieniu Roman zamiast uświadomić Lewandowskiego jak to powinno być – mrugnął do mnie okiem i powiedział żebym machnął na niego ręką i grał tak jak on chce – i tak i tak wygram. No więc musiałem grać dalej według tych debilnych zasad Lewandowskiego liczenia gema do stu. W końcu wygrałem tylko to się ciągnęło do nieskończoności. No i wreszcie koniec. Dobrnęłem do półfinału. Tutaj jednak byłem przekonany że moja kariera się kończy bo trafiłem na Łyskowskiego a więc ubiegłorocznego triumfatora. Wiadomo było że człowiek wali z grubej rury i pokonać go dotychczasowmi metodami raczej się nie da. Byłem nastawiony na porażkę ale dojście o półfinału już było sukcesem więc można było teraz spróbować grać na luzie. Po krótkiej rozgrzewce i psychologicznych manewrach – zaczął się mecz. Tak jak to było do przewidzenia Łykowski rzpoczął od mocnego uderzenia. Szedł jak burza. Rąbał mocne serwy których nie dawałem rady dobrze odbić. Wygrywał gem za gemem.. 0:1, 0:2, 0:3. I wreszcie 0:4. Zanosiło się na sromotną klęskę. Wtedy stwierdziłem, że (podobnie jak w przypadku Ostrowskiego) jedyną nadzieją może być zmiana sposobu gry. Tylko że to co było dobre na Ostrowskiego w tym wypadku nic nie da. Konieczne jest uderzenie z zupełnie innej beczki. Od tej pory zaczęłem przy uderzeniach lekko podkręcać piłki. Co prawda nie byłem specjalistą od podkręcanych piłek ale w treningach z Kubą Oxisem próbowałem czasami tej metody. Teraz zdecydowałem tego spróbować bo – nie było już nic do stracenia. I oto – nagle na korcie zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Łyskowski nie potrafił odbić moich podkręconych piłek. Wszystkie piłki po jego odbiciach lądowały w siatce. W ten sposób ze stanu 0:4 wyprowadziłem na 2:4. Na twarzy Łyskowskiego pojawiło się zdenerwowanie. Poszedł do kierownika po inną rakietę.
Po chwili wrócił z nową rakietą i nową nadzieją ale po chwili było już 3:4
Łyskowski grał w coraz większym napięciu i cały czas pakował piłki w siatkę. Przy stanie 4:4 wpadł we wściekłość i z furią rzucił rakietę o ziemię. Potem poszedł wymienić na tą którą grał porzednio. Ale to nic nie pomogło. Objąłem prowadzenie 5:4 Łyskowski cały czas był przekonany że winny jego niepowodzeń są rakiety i znowu wymienił na jeszcze inną. Jednak i to też mu nie pomogło i wygrałem z Łyskowskim 6:4 W ten sposób awansowałem do wielkiego finału turnieju tenisowego w Kolibkach. Moim przeciwnikiem w finale miał był Laskowski który w drugim półfinale pokonał Ciofaja głównie psychicznie, drażniąc się z nm przez cały mecz. Tutaj jednak liczyłem na zwycięstwo. Sądziłem że Laskowskiego będzie można łatwo ograć a mianowicie dlatego że był to człowiek z defektem nóg. Miał jedną nogę o 10 cm krótszą od drugiej i dlatego nie był w stanie szybko biec. Co prawda jego sprawność techniczna nie budziła zastrzeżeń ale szybkość poruszania się na korcie była równie ważna. A tutaj sprawa wyglądała kiepsko. Planowałem uderzenia długimi piłkami na same obrzeża kortu bo to była szansa że Laskowski nie zdąży się do nich dokulać.
No i zaczął się wielki finał. Starałem się realizować swój wymyślony plan ale okazało się że sprawa nie jest prosta. Kiedy próbowałem uderzać na same brzegi kortu, bardzo często piłka lądowała w aut. W ten sposób traciłem dużo punktów. Stwierdziłem że celowanie w brzegi jest zbyt dużym ryzykiem więc teraz dla większego bezpieczeństwa uderzałem bardziej w środek kortu. Tutaj jednak Laskowski zawsze zdążył się dokuśtykać i odbić. Nie mogłem się zorientować gdzie ten człowiek ma środek ciężkości. Za każdym razem ustawiał się w takim miejscu że dosięgał każdej piłki. Do tego nie pomagało na niego nawet podkręcanie piłek bo cwaniak odkręcał je z powrotem uderzając rakietą w odwrotnym kierunku. Większą część meczu graliśmy łeb w łeb. Oko za oko, ząb za ząb. Przy stanie 4:4 straciłem koncentrację. Zdenerwowało mnie że nie mogę sobie poradzić z kulasem
i w efekcie przegrałem finał 4:6. Jednak drugie miejsce było dużym sukcesem. Po skończonej grze nagrodą dla wszystkich graczy była..skrzynka piwa. Tak więc impreza skończyła się wesołą libacją. I w ten sposób zakończyłem swój pierwszy turniej tenisowy w Kolibkach. Rok później (1998) ponownie wzięłem udział w turnieju.
Po raz drugi doszedłem do finału.
W półfinale pokonałem Laskowskiego 6:3 rewanżując się za ubiegłoroczną porażkę.
Jednak w finale poniosłem klęskę z Ciofajem aż 0:6
Ciofaj rozwalił mnie metodą której się nie spodziewałem.
Po każdym serwie biegł do siatki i wszystkie moje odbicia ścinał z woleja i to było nie do obrony.
Na tych dwóch turniejach zakończył się mój udział w kole sportowym w Kolibkach z powodów do któych niedługo dojdziemy...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
5 sierpnia 2007

wielki fresk w Małym Kacku (4)

Kiedy w poniedziałek po skończeniu swojego dzieła zameldowałem się w swojej kolibkowej firmie – czekała mnie przykra niespodzianka. Zostałem wezwany do pokoju kierowniczki. Pani Kmieciak oświadczyła z ponurą miną że musiała podjąć decyzję...w związku z moją wieczną niedyspozycyjnością umowa o pracę która wygasała z końcem czerwca nie zostanie przedłużona. Mam dalej radzić sobie sam. Wzruszyłem ramionami i wróciłem z powrotem na swoje stanowisko. Pal sześć. Nie zamierzałem jej błagać na kolanach ani tłumaczyć się zbytnio. Podjęłem pracę jak gdyby nigdy nic a nawet wpadłem w wisielczy humor którym zarażałem Edzia Nadratowskiego. Mimo wszystko ta sprawa nie poprawiała mi humoru. Widmo utraty pracy groziło popadnięciem w biedę a to nie była zbyt różowa perspektywa. Ze swojej rozterki zwierzyłem się nawet Zygmuntowi Wojtasowi podczas kolejnej wizyty w Małym Kacku. Wydawał się zmartwiony i potem nawet próbował wypytywać różnych ludzi o pracę dla mnie. Na szczęście wkrótce potem problem został rozwiązany i to na moją korzyść. O całej sprawie dowiedział się prezes Labuda. Kierowniczka Kmieciak dostała opierdol za próbę zwolnienia mnie z firmy. Umowa została przedłużona o cały rok – do czerwca 1999. Tak więc mogłem odetchnąć z ulgą. Póki co - można było jeszcze trochę pobrykać na kolibkowym podwórku....nie działo się tam wprawdzie nic specjalnie ciekawego ale co miesiąc wpadało kilka groszy do skarpety i należało się tego trzymać bo bezrobocie rosło w strasznym tempie. Tymczasem jednak pora wrócić do Małego Kacka. Wielki fresk był skończony. Na razie podziwiali go stali bywalcy domu kultury czyli muzycy, poeci, malarze, miejscowa młodzież grająca codziennie z zapałem w ping ponga i uczestnicy różnych innych sekcji. Malowidło było ogromne i robiło wielkie wrażenie.Otrzymałem wiele gratulacji i słów uznania. Było to dla mnie bardzo budujące i mile łechtało moją dumę. Ale to co najważniejsze było dopiero przed nami. Wernisaż. Wedłu marzeń Zygmunta miała to być wielka feta z udziałem pani Prezydent Miasta Gdyni Franciszki Cegielskiej. Mimo że fresk powstał już pod koniec marca data wernisażu została ustalona przez Zygmunta na początek maja. A to dlatego że – jak przypuszczał – podczas zimnych kwietniowych dni nikomu nie będzie się chciało przyjechać do Małego Kacka i wernisaż mógłby mieć małą frekwencję. Natomiast w maju powinno być już ciepło i publika będzie walić na imprezę drzwiami i oknami. Po tych ustaleniach można było spokojnie zacząć wstępne przygotowania. Pierwszym zadaniem było wykonanie plakatów i zaproszeń. Ponieważ byłem świeżo upieczonym właścicielem komputera marki „Amiga 1200” z którego byłem bardzo zadowolony – powiedziałem Zygmuntowi że tym zajmę się osobiście. Dzięki wyngrodzeniu za fresk nabyłem też drukarkę. Początkowo był to Epson Stylus 300 ale ponieważ nie posiadał on sterowników do Amigi - wymieniłem na HP 690. Tu też były problemy ale w punkcie serwisowym za odpowiednią opłatą w Amidze został zainstalowany sterownik do HP. Podczas drukowania maszynka wydawała z siebie śmieszne dźwięki jak roboty z filmu „gwiezdne wojny”
ale – wyrzucała z siebie ładnie wydrukowane kartki papieru. Mając taki sprzęt mogłem już drukować foldery i zaproszenia na swoje wernisaże. Dzięki reżyserowi Mirkowi Judkowiakowi nauczyłem się podstaw obsługi Amigi. Zainstalowałem też kilka najlepszych dla Amigi programów graficznych – De lux paint i personal paint. Malowanie w tych programach było wielką przyjemnością. Złapałem się nawet na tym że tworzenie na komputerze odciąga mnie od tradycyjnego malowania. Jednak ta komputermania w pewnym momencie nieco mi obrzydła i potem wszystko wróciło do normy. Tymczasem trzeba było wykonać zaproszenia na wernisaż. W programie De lux paint zrobiłem projekt graficzny. Potem wydrukowałem stos zaproszeń i rozpoczęłem akcję promocyjną swojego wielkiego fresku. Rozdawałem zaproszenia na lewo i prawo. Marzyło mi się żeby na tą imprezę ściągnęły tłumy ludzi. Umówiłem się z Zygmuntem że ja zapraszam swoich znajomych a Zygmunt – wielką elitę z Urzędu Miasta. Dlatego część wydrukowanych zaproszeń zawiozłem do Małego Kacka. I wtedy zaczęły się schody.
Kiedy Zygmunt zobaczył moje zaproszenia – wpadł w depresję. Okazało się że popełniłem lapsus kapitalny z którego nie zdawałem sobie sprawy bo nigdy wcześniej nie zajmowałem się freskami. Otóż w treści zaproszenia znajdowało się zdanie: „zaproszenie na otwarcie fresku” Byłem przekonany że jest to prawidłowy zwrot, jak np. „zaproszenie na otwarcie muzeum” Jednak Zygmunt był załamany. Twierdził że fresku się nie otwiera tylko odsłania. Powinno być więc „zaproszenie na odsłonięcie fresku” albo „zaproszenie na uroczystość odsłonięcia fresku” Niby racja ale to odsłonięcie kojarzyło mi się ze słoniem. Albo jeszcze lepiej – ze słoniem i fortepianem. Zaczęłem więc w myślach układać różne wersje zaproszeń związane ze słoniem. „zaproszenie na odsłonięcie słonia za którym znajduje się fresk” albo „ zaproszenie na odsłonięcie fresku na którym znajduje się słoń” lub „zaproszenie na odsłonięcie fortepianu za którym znajduje się fresk ze słoniem” I tak układałem różne wariacje tego słonia. Potem okazało się że Zygmunt miał rację. W przeddzień wernisażu ukazała się w „dzienniku bałtyckim” krótka notatka zapraszająca na „odsłonięcie fresku” Na szczęście Zygmunt moich zaproszeń z „otwarciem fresku” nie puścił w świat . Jak powiedział mi później, elita z Urzędu Miasta pomyślałaby że ma w swoim składzie kompletnych idiotów którzy nie potrafią odróżnić mikrofalówki od telewizora. Dlatego ograniczył się do zaproszeń w formie ustnej bo na drukowanie nowych, poprawionych zaproszeń nie było już czasu. A jednak, dzięki moim szaleństwom, na „otwarcie fresku” zostało zaproszonych mnóstwo ludzi. Na tydzień przed wernisażem zadzwonił do mnie Mirek Judkowiak zapraszając na wernisaż szwedzkiego malarza i grafika o pseudonimie PER. Impreza miała się odbyć w aktywnie działającej wtedy w Sopocie kafejce artystycznej „Pod psią i kocią łapą” Umówiliśmy się gdzieś na mieście i taksówką pojechaliśmy do Sopotu. W galerii było pełno ludzi ale dla mnie początkowo atmosfera była drętwa bo nie znałem tam nikogo. Jednak w miarę upływu czasu zaczynałem się rozkręcać. Zawierałem różne znajomości i przy okazji zapraszałem poznane osoby na swój wernisaż „otwarcia fresku” który miał odbyć się za tydzień. W ten sposób poznałem wielu artystów z sopockiej elity- malarza Pera, zespół „Ruchome piaski”, Monikę Dymecką – wróżkę prowadzącą targi „Natura i życie” oraz „Od wahadełka do gwiazd”, perkusistę o pseudonimie Rodriguez i mnóstwo innych osób. Ostatni tydzień przed imprezą spędziłem na przygotowaniach. Wernisaż odsłonięcia fresku miał być połączony z wystawą moich prac. Ponieważ duża sala w Małym Kacku była ogromnych rozmiarów można było tam zmieścić nawet 50 obrazów. No i wreszcie nadszedł wyczekiwany dzień...podczas sopockiego wernisażu za pośrednictwem Mirka Judkowiaka udało się porozumieć z grupą „Ruchome piaski” która zgodziła się zagrać na moim wernisażu. Dzięki temu impreza mogła mieć godną oprawę bo był to popularny w Trójmieście zespół grający muzykę alternatywną. Wybiła godzina zero. Tego dnia pracowałem na ranną zmianę a potem jeszcze musiałem kupić wino i poczęstunek a to zajęło mi trochę czasu. Do Małego Kacka dotarłem na pół godziny przed ustaloną godziną i wielka sala była jeszcze pusta. Zajęłem się rozkładaniem poczęstunku.Chwilę potem zameldowała się grupa „Ruchome piaski”.Zespołem zajął się Zygmunt
który wydawał instrukcje w sprawie rozmieszczenia sprzętu na estradzie. Stopniowo napływali nowi goście. Przedstawiciel Wydziału Kultury UMG – Marian Sadłowski, prezes Zakładów Odzieżowych „Wybrzeże”- Edmund Labuda z małżonką, doc dr Magdalena Tyszkiewicz, dziennikarka „kuriera gdyńskiego”, muzyk jazzowy Przemek Dyakowski, właściciel „Cyganerii” Karol Hebanowski, właściciel „Sax klubu Piotr Bulczak, malarz Per, wróżka Monika Dymecka , prawnik Ireneusz Gzela i mnóstwo innych osób. Początkowo wszyscy zostali zgromadzeni na środkowej sali. Po wstępnym przemówieniu Zygmunta wszyscy goście zostali poproszeni na dużą salę gdzie znajdował się fresk. W tym dniu został on zasłonięty ogromną kotarą. Według marzeń Zygmunta tą kotarę miała ściągnąć prezydent Cegielska która jednak na wernisaż nie dotarła. W tej sytuacji do uroczystości odsłonięcia czyli zerwania kotary zasłaniającej fresk został poproszony przedstawiciel Wydziału Kultury. Marian Sadłowski podszedł do zasłony i energicznym szarpnięciem zerwał grubą kotarę. Kotara jednak zahaczyła się o wystający gwóźdź i fresk został odsłonięty tylko do połowy. Rozległ się okrzyk publiczności – ni to zachwytu ni to zgrozy. Marian Sadłowski po raz drugi szarpnął resztę kotary która jeszcze wisiała na fresku i tym razem był to sukces – całe wielkie malowidło ukazało się zgromadzonej publiczności w pełnej krasie. Rozległa się burza braw. Wszyscy patrzyli na mnie więc kłaniałem się na lewo i na prawo. Następnie odbyły się przemówienia Zygmunta Wojtasa i Mariana Sadłowskiego. Wernisaż uznano za otwarty. Teraz zagrały „Ruchome piaski” Po wysłuchaniu trzech utworów wszyscy zostali zaproszeni do poczęstunku. W tej samej chwili zaatakowała mnie dziennikarka „kuriera gdyńskiego”. Trzeba było udzielić wywiadu co zajęło około 15 minut. Potem był jeden wielki młyn. Na wernisażu były same gwiazdy więc nie wiedziałem kim się zająć. Biegałem to tu to tam. Po krótkiej przerwie na lampkę wina i poczęstunek ponownie uderzyły „Ruchome piaski” i grały już bez przerwy aż do końca. Rozpoczęła się wielka zabawa. Krążyłem po całej sali jak trzmiel usiłując zabawiać swoich gości. W pewnym momencie zauważyłem dziewczynę którą zaprosiłem na tym sopockim wernisażu. Porwałem ją do tańca. Kątem oka zauważyłem że Ireneusz Gzela wywija niesamowite łamańce na parkiecie.Nawet robunio zjawił się nagle i robił jakiś heppening na stole. Malarz Per w swoim charakterystycznym kapeluszu stał majestatycznie przed estradą i rysował w swoim szkicowniku grający zespół. Mimo że ludzi było sporo panował wielki luz a to dzięki wielkim gabarytom sali. Można więc było szaleć na parkiecie do utraty sił. W ten sposób kilka godzin upłynęło jak jedna chwila. Wreszcie Zygmunt ogłosił ze smutkiem że trzeba kończyć imprezę...
„Ruchome piaski” skończyły grać. Podeszło do mnie dwóch chłopaków z tej kapeli.Stwierdzili że bawili się jak nigdy do tej pory...no i chcieliby kupić moje obrazy...po kilkunastu minutach dokonaliśmy transakcji. Teraz umówiliśmy się ze wszytkimi na kontynuację zabawy w sopockim „Spatifie” Tam też wylądowała spora część gości z wernisażu. Ja też tam trafiłem, miód i wino piłem. Jednak tą część imprezy pamiętam jak przez mgłę...to było dla mnie za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Jak wróciłem z powrotem do domu – nie pamiętam. W ciągu następnych dni miały miejsce powernisażowe reminiscencje. Wielki fresk w Małym Kacku został uznany jako sukces. Recenzje i artykuły ukazały się w wielu trójmiejskich gazetach. Było to apogeum popularności mojego kwadryzmu. Wielkim ojcem chrzestnym tego sukcesu był Zygmunt Wojtas. Dalsza rzeczywistość była już jednak mniej różowa. Jesienią Zygmunt zaczął uskarżać się na silne bóle w okolicach brzucha. Przeprowadzone badania wykazały bezlitosną diagnozę- rak trzustki.
Pomimo to Zygmunt nie tracił nadziei i w listopadzie poddał się operacji. Według informacji jakie do nas dotarły – operacja była udana. Mimo to – 13 grudnia 1998 roku Zygmunt Wojtas zmarł. Miał 63 lata. Był największym przyjacielem artystów jakiego miała Gdynia. Kilka dni później odbył się pogrzeb w którym uczestniczyły tłumy ludzi. Potem trzeba było pogodzić się z rzeczywistością...już w chwili śmierci Zygmunta los wielkiego fresku w Małym Kacku stał się niezbyt pewny. Okazało się bowiem że moje malarstwo ma nie tylko przyjaciół, ale też i wrogów. Jeszcze w trakcie malowania ściany ostrzegał mnie przed tym przyjaciel Zygmunta – Marian Sadłowski. Następcą Zygmunta Wojtasa na stanowisku dyrektora domu kultury w Małym Kacku został Zieliński. Człowiek mało sympatyczny i niekomunikatywny. Placówka do której za Zygmunta waliła młodzież z całej Gdyni – zupełnie straciła klimat i przestała być atrakcyjna. Ale mój fresk był pod ochroną – jak sądziłem. Pewnego dnia Marian Sadłowski w mojej obecności przydusił Zielińskiego do ściany ogłaszając że jeżeli freskowi stanie się jakaś krzywda to.. reszty można było się domyśleć. Tak więc Zieliński chcąc nie chcąc musiał zostawić fresk w spokoju chociaż podobno nie lubił go i często zakrywał jakimiś kotarami. W roku 2004 Zieliński został zdjęty ze swojego stanowiska. Nowym dyrektorem został człowiek zupełnie obcy i nikomu nie znany. Swoje rządy zaczął od wielkej modernizacji domu kultury. Wiosną 2005 roku cała ściana na której znajdował się fresk została roztrzaskana i zlikwidowana. W ten sposób wielki fresk w Małym Kacku zniknął z powierzchni ziemi.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
5 sierpnia 2007

wielki fresk w Małym Kacku (3)

Mijały kolejne dni tworzenia gigantycznego fresku który stopniowo zaczynał nabierać kształtów i kolorów chociaż przy tej pracy męczyłem się strasznie. Najwięcej problemów sprawiało mi malowanie górnych fragmentów ściany, wysoko pod sufitem. Konieczne było wchodzenie na drabinę która chybotała się na prawo i lewo. Kiedy chciałem zmienić kolor musiałem schodzić na dół a potem wspinać na nowo i tak co chwilę. Nie mogłem pojemników z farbami postawić w powietrzu. W końcu wpadłem na pomysł który ułatwił mi pracę. W pojemnikach na farby zrobiłem zaczepki do których przyczepiłem sznurki i zawieszałem sobie na szyi. W ten sposób mogłem mieć na sobie kilka pojemników z różnymi kolorami i nie było już konieczne złażenie z drabiny co kilka minut. Co prawda zdarzało się że przy nagłych skrętach ciała pojemniki przechylały się i farba wylewała z nich ale w tych sytuacjach zdążyłem zawsze wrócić do równowagi i uratować resztę jaka została w pojemniku. Ogólnie biorąc w tych warunkach było to najlepsze rozwiązanie i dzięki niemu malowanie szło teraz szybko do przodu. Chociaż...nie brakowało dramatycznych scen. Kilka razy zwaliłem się z drabiny. Była chybotliwa, cały czas trzeba było się na niej bujać jak na huśtawce. Kiedy już raz usadowiłem się na drabinie, starałem się wykorzystać możliwie jak największą powierzchnię zasięgu. Kiedy więc malowana właśnie scena znajdowała się już na granicy zasięgu i ręka z pędzlem była maksymalnie rozciągnięta – należało zejść z drabiny, przesunąć ją, i wtedy dopiero kontynuować. Ale nie chciało mi się. Naprężony jak struna kontynuowałem malowanie. W pewnej chwili poczułem jak drabina przechyla się na lewą stronę. Nagłym skrętem ciała usiłowałem przywrócić ją do równowagi ale to nie pomogło. Leciałem w dół razem z drabiną i całym sprzętem na sobie. Przed złamaniem karku uratował mnie instynkt samoobronny bo w ostatniej chwili zdążyłem wstawić rękę. Tą ręką odbiłem się od ziemi jak piłka pinpongowa i przefikołkowałem kilkanaście razy niczym kaskader sensacyjnego filmu. Drabina uderzyła w ziemię z wielkim hukiem a wszystkie pojemniki z farbami poturlały się po całej sali ciągnąc za sobą barwne smugi. Miałem trochę szczęścia bo wyszedłem z tego zupełnie bez szwanku. Innym razem noga ześlizgnęła się i wpadła między szczeble drabiny. Tym razem było trochę gorzej obtarłem sobie naskórek i noga przez kilka dni trochę pobolewała. Jednak poza tymi drobnymi przypadkami nie było większych problemów. Czułem się jak Michał Anioł malujący Kaplicę Sykstyńską. Farba oblepiała mi włosy, zalewała oczy, całe ubranie było zapaprane od stóp do głów a mimo to wpadłem w jakiś ekstatyczny, euforyczny stan. W miarę postępu prac kiedy z wyrysowanych szkieletów wyłaniały się trójwymiarowe, przestrzenne postacie odczuwałem coraz większą satysfakcję. Zaczynałem wierzyć że doprowadzę dzieło do końca i to szybciej niż początkowo sądziłem. Każdego dnia po południu na salę zaglądał Zygmunt i obserwował postępy prac. Ubrany w czerwoną koszulkę z napisem CCCP na plecach (co było zresztą charakterystyczne dla zygmuntowego dowcipu) odchodził jak najdalej do tyłu, po czym mrużąc oczy przyglądał się moim poczynaniom. Uzgadnialiśmy przy tym kwestie sporne. Na przykład stół pinpongowy nie miał siatki a gitary muzyków były bez strun. Te elementy zamierzałem dopracować na samym końcu. Zygmunt jednak stwierdził że te drobiazgi są zbędne, niepotrzebne i że tak ma zostać. I w ten sposób dobrnęłem do półmetka. Połowa fresku powstała w ciągu tygodnia co – wziąwszy pod uwagę rozmiar ściany – było dużym wyczynem. Tutaj jednak powstał problem bo kończył mi się urlop. Dalszy ciąg tworzenia musiałbym przeprowadzić już po godzinach pracy w firmie co byłoby koszmarnie męczące i wydłużyłoby resztę pracy nad freskiem do nieskończoności. Wpadłem na pomysł że przedłużę urlop o jeszcze jeden tydzień. Wyobraziłem sobie jednak jak na ten projekt zareagują pracodawcy..albo odmówią albo zaczną ględzić, marudzić i zupełnie zatrują mój świetny nastrój. Wolałem się co do tego nie przekonywać więc stwierdziłem że to trzeba zrobić inaczej. Napisałem podanie o przedłużenie urlopu, pojechałem do firmy i ten papier podrzuciłem portierowi z prośbą żeby dostarczył dla kierowniczki szwalni. Po czym dałem nura z powrotem w ogóle nie wchodząc do zakładu. W ten sposób to – tak naprawdę – sam sobie przyznałem urlop ale w tej sytuacji nie było innego wyjścia. Wiedziałem że – kiedy po tym „urlopie” wrócę za tydzień do pracy nad moją głową zawisną czarne chmury. No ale do tego było jeszcze dużo, dużo czasu...tymczasem wróciłem do Małego Kacka i podjęłem przerwaną pracę. Teraz wszystko szło już szybciej bo zdążyłem nabrać wprawy. Na wielkiej ścianie pojawiali się kolejni bohaterowie domu kultury – szachiści, karciarze, poeci, malarze przy sztalugach, sprzątaczka z miotłą, tancerze. Szybko zbliżałem się do końca wielkiego muru. Zaczynałem malować od prawej strony a kończyłem na lewej. Wydawałoby się ta dziwne, niby powinno być na odwrót. Był jednak tego powód. Po lewej stronie znajdowały się drzwi wejściowe do wielkiej sali i one przeszkadzały mi trochę. Co więcej, za tymi drzwiami był jeszcze kawałek ściany którego projekt fresku już nie obejmował. Jednak gdybym zostawił ten fragment niezamalowany, wyglądałoby to trochę idiotycznie. Dlatego, aby uzupełnić całość należało jeszcze coś dookoptować...po zastanowieniu, w lewym górnym rogu namalowałem Zygmunta za biurkiem. Rzecz jasna był to portret kwadrystyczny więc trochę symboliczny. Biurko było skonstruowane w ten sposób że
szuflada wysuwała się na zewnątrz, czyli od strony petenta. Pozostał jeszcze lewy dolny fragment. Nie miałem już więcej pomysłów co do wydarzeń w domu kultury więc w ten brakujący fragment wstawiłem...ośmiornicę. I to był ostatni akcent fresku. Dzieło było skończone i wymagało jedynie akceptacji kierownika. Chwilę potem kiedy wykonałem ostatnie ruchy pędzlem na ścianie płaczu, na salę wszedł Zygmunt. Od razu rozpoznał siebie za biurkiem. Stwierdził że szuflada wychodząca na zewnątrz to bardzo dobry pomysł. Przychodzi petent do kierownika, otwiera się szuflada. Od tego co petent wstawi tam do środka zależy załatwienie jego sprawy. Tak więc tutaj wszystko jest jasne. Ale ośmiornica...tego nie może rozszyfrować. Bardzo inteligentna zagadka – stwierdził. Ale najważniejsze – fresk został zaaakceptowany. Malowanie wielkiej ściany rozmiaru 12 metrów na 5 metrów zajęło mi dwa tygodnie. Po czternastu dniach węzienia w domu kultury w Małym Kacku mogłem wracać do domu. Byłem pijany ze szczęścia że wszystko mam już z głowy. Zgodnie z obietnicą otrzymałem od Zygmunta sowite wynagrodzenie. Mogłem więc w ciągu najbliższych dni żyć beztrosko i na luzie. Kiedy jednak w poniedziałek wróciłem do pracy w swojej firmie, na moją głowę spadły ciężkie bomby...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
4 sierpnia 2007

wielki fresk w Małym Kacku (2)

Wiosną 1998 roku po wielu przygotowaniach przystąpiłem do swojego wielkiego dzieła. W swojej firmie udało mi się wyżebrać tydzień bezpłatnego urlopu. Otrzymałem go długim targowaniu z kierowniczką szwalni. Odniosłem wrażenie że kierownictwo firmy ma już dosyć moich artystycznych szaleństw, ciągłych zwolnień na wystawy, plenery,teatry itp. Twierdzili (i ze swojego punktu widzenia mieli rację) że jest to moja prywatna sprawa i że powinienem się w końcu zastanowić co chcę robić – pracować czy malować. Pogodzenie ze sobą tych dwóch rzeczy przychodziło mi z coraz większą trudnością...tymczasem jednak jeszcze tym razem się udało... Uzgodniłem z Zygmuntem że na czas malowania fresku otrzymam do swojej dyspozycji pokój który był pomieszczeniem dla malarzy i gdzie popołudniami spedzali czas robunio i furman. Była tam kanapa więc mogłem w tym pokoju tymczasowo zamieszkać. Malowanie fresku miało odbywać się w godzinach nocnych ponieważ w ciągu dnia na dużej sali odbywało się mnóstwo zajęć, kręciło się pełno ludzi i w tych warunkach tworzenie byłoby – jeżeli nie niemożliwe – to co najmniej mocno utrudnione. Zajęcia w domu kultury kończyły się o godzinie 22. Od tego momentu mogłem już zaczynać swoją pracę. Miałem być zamykany na klucz, czyli uwięziony na wypadek gdybym nagle zmienił zdanie i chciał uciec gdzie pieprz rośnie..od chwili kiedy podjęłem się tego karkołomnego zadania należało go doprowadzić do szczęśliwego finału. Otrzymałem od Zygmunta kapitał startowy czyli zaliczkę w wysokości kilkuset złotych na zakup materiałów, farb, pędzli, rozpuszczalników, pojemników itp. Udałem się do hurtowni z farbami gdzie dokonałem stosownych zakupów. Do malowania fresku miała zostać użyta biała farba akrylowa mieszana z kolorowymi pigmentami. Kiedy już wszystkie przygotowania zostały zapięte na ostatni guzik a pojemniki z farbami i materiałami dowiezione i ustawione w „moim pokoju” na zapleczu-można było ogłosić godzinę zero. Tego dnia przyjechałem do domu kultury późnym wieczorem, przed samym zamknięciem placówki. Była już godzina 22, większość ludzi dawno poszła do domu tylko robunio i furman marudzili jeszcze. Ten nie mógł znaleźć plecaka, tamtemu bez przerwy odpinały się szelki i musiał stale poprawiać, ten znowu potrzebował iść do toalety i tak w kółko. Zygmunt wreszcie się zniecierpliwił i wyrzucił obydwóch za drzwi. Otrzymałem błogosławieństwa i wreszcie zostałem sam w tym pustym wielkim domu.. Udałem się na wielką salę targając ze sobą wszystkie materiały. Spojrzałem na „swoją ścianę”. Koszmar. Miałem wrażenie że jest to chiński mur. Z ciężkim westchnieniem zabrałem się wreszcie do pracy. Ponieważ ściana była strasznie brudna, trzeba było ją najpierw zagruntować czyli zasmarować całą powierzchnię białą farbą.Zajęło mi to całą noc. Około szóstej rano potwornie zmęczony dowlokłem się do swojego pokoju, padłem na kanapę i spałem do południa. Kiedy wstałem, zjadłem coś naprędce i udałem się ponownie na wielką salę. Teraz, mając w ręku szkic rozrysowałem ołówkiem na białej ścianie całe przedstawienie wielkiego malowidła. Od tego momentu można było zacząć pracę, czyli malowanie poszczególnych elementów fresku. Czekało mnie wiele dni mozolnej, żmudnej dłubaniny...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
3 sierpnia 2007

wielki fresk w Małym Kacku (1)

Jeszcze wiosną 1997 Zygmunt Wojtas wspomniał mimochodem że chciałby żebym na dużej ścianie wielkiej sali domu kultury w Małym Kacku namalował fresk. Uznałem to wtedy jako luźną, niewiążącą propozycję i nie przywiązywałem do niej żadnej wagi. Szczerze mówiąc nie miałem na to ochoty. Wystarczyło spojrzeć na tą ścianę żeby zwątpić. Był to mur długości 12 metrów i wysokości 5 metrów. Na stworzenie fresku przy takich gabarytach potrzeba było Michała Anioła co najmniej...tak przynajmniej myślałem początkowo. W okresie letnim i jesiennym z braku czasu w ogóle nie jeździłem do Małego Kacka i byłem przekonany że sprawa tego fresku uległa zapomnieniu. A jednak nie. W czasie kiedy byłem zajęty wystawą w „cyganerii” i pracą zawodową – robunio i furman jeździli do domu kultury niemal codziennie. Sądziłem że – ponieważ mnie nigdy nie było w Małym Kacku – zniecierpliwiony Zygmunt zleci fresk któremuś z nich, albo obydwóm na spółkę – tym bardziej że i jeden i drugi mieli wielką chrapkę na tą ścianę, czego zresztą nawet przede mną nie ukrywali. Ale Zygmunt nawet o tym nie chciał słyszeć. Twierdził że albo ja to zrobię albo nikt. Po wielu nagabywaniach robunio i furman w końcu musieli się poddać bo uznali że nic nie wskórają. Dowcip w tym, że ja też nie bardzo miałem na to ochotę więc sprawa fresku długi czas wisiała w powietrzu. Po tej sławetnej, opisywanej poprzednio aukcji u Zygmunta problem wrócił jak bumerang. Pewnego grudniowego dnia, przed samymi świętami Bożego Narodzenia zameldowałem się ponownie u Zygmunta. Tym razem otrzymałem konkretną, rzeczową propozycję.
Po dłuższym zastanowieniu wyraziłem zgodę na podjęcie próby stworzenia tej „ściany płaczu”, jak ją nazywałem w myślach, przy czym cały czas byłem przekonany że nie dam rady, lub – jeżeli już – to cała praca pochłonie mi tygodnie jeżeli nie miesiące...sprawa nie była prosta bo byłem zatrudniony w firmie i nie bardzo miałem czas na taką zabawę. Ale Zygmunt obiecał za wykonanie dzieła sowite wynagrodzenie...być może ten czynnik zadecydował że postanowiłem podjąć się tego trudnego zadania. Według ustaleń z Zygmuntem pierwszym etapem miało być wykonanie projektu. Zygmunt chciał abym w swoim kwadrystycznym stylu przedstawił wszystkie zdarzenia i sekcje domu kultury, a więc – zespoły muzyczne, teatr, artystów malarzy, młodzież grającą w ping-ponga,
gości weselnych, kierowników, pracowników, sprzątaczki itp. Na początku roku 1998 przystąpiłem do zadania. Nad projektami męczyłem się około dwóch tygodni. Zrobiłem kilka szkiców alternatywnych z których, po konsultacji z Zygmuntem miała zostać wybrana wersja optymalna. Ale Zygmunt nie chciał sam podejmować decyzji. Otrzymałem zaproszenie na konsultację w Wydziale Kultury UMG gdzie zastępca naczelnika -Marian Sadłowski, jego prawa ręka – Wojciech Zieliński oraz Zygmunt Wojtas pochylili się nad moimi szkicami jak generałowie sztabowi nad mapami wojennymi – i po dłuższych dyskusjach zaakceptowali jeden z moich szkiców jako najlepszą wersję projektu dla przyszłego fresku. Tak więc część wstępna była już gotowa..zanim jednak zaczęła się właściwa praca, minęło jeszcze kilka tygodni. Tymczasem mój związek z Honoratą stopniowo rozpadał się... Po pierwszym burzliwym okresie zaczęły się między nami kości niezgody oraz kłótnie. Coraz trudniej nam było się dogadać. Honorata nigdy nie miała ochoty siedzieć w domu. Zawsze ją gdzieś niosło. O ile latem i wczesną jesienią taki wędrowniczy tryb życia był jeszcze znośny to późną jesienią i zimą stało się to nie do wytrzymania. Wreszcie nastąpiło zdarzenie które przepełniło kielich goryczy..byliśmy wtedy na jakiejś imprezie. Wracaliśmy późno, około północy. Odprowadziłem Honoratę na dworzec. Nadjechał autobus, Honorata wsiadła i pojechała. Wróciłem do domu przekonany że wszystko jest w porządku. Jednak następnego nia okazało się że Honorata pomyliła autobusy i wsiadła nie do tego co trzeba. Pojechała w odwrotnym kierunku. A kto był temu winny? JA. Po tym niefortunnym zdarzeniu
już nigdy nie było tak jak przedtem i nasza przyjaźń zaczęła się ochładzać...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
3 sierpnia 2007

aukcja u Zygmunta

Niedługo po zakończeniu wystawy w „cyganerii” zadzwonił do mnie Zygmunt Wojtas mówiąc że ma pilną sprawę i że mam zgłosić się do jego biura. Nie zwlekając wsiadłem w autobus 152 i pojechałem do Małego Kacka. Pół godziny później byłem już w domu kultury. Zygmunt siedział w swoim pokoju za biurkiem. Wskazał mi krzesło żebym usiadł i – wskazując palcem na leżącą na biurku pocztówkę z moim obrazem przedstawiającym zająca grającego na fortepianie spytał:
-masz jeszcze ten obraz?
Potrząsnęłem głową. Zająca z fortepianem, podobnie jak kangura z rakietą tenisową sprzedałem na wystawie w „cyganerii” Karolowi Hebanowskiemu.
-nie mam – rozłożyłem ręce – sprzedany
-uuuuu.. - zmartwił się Zygmunt – to niedobrze...
Zmarszczył brwi, jakby namyślając się nad czymś, po czym spytał:
-a mógłbyś zrobić kopię?
-no jasne. Nie ma problemu.
-a ile chcesz za falsyfikat tego dzieła? - spytał podstępnie Zygmunt
Zastanowiłem się przez chwilę. Oryginał sprzedałem za 300 złotych to ile powinienem wziąć za kopię od poczciwego Zygmunta?
-100 złotych – powiedziałem skromnie
-dam 200 – przebił Zygmunt
Uśmiechnęłem się pod nosem. Pomyślałem że Zygmunt pomyślał że nie chcę mu robić czystki w kieszeni i postanowił mi pomóc.
-no dobra, może być 200 – powiedziałem
-nic nie dobra. Przebijaj – zakomenderował Zygmunt
Sądziłem że Zygmunt chce żebym teraz z kolei ja mu pomógł i spuścił cenę w dół.
-150? - spytałem z głupia frant
-w górę!-wrzasnął Zygmunt – w górę a nie w dół!
Zbaraniałem. Po raz pierwszy w życiu spotkałem się z przypadkiem klienta który zamiast się targować, winduje cenę do góry. Ale u Zygmunta wszystko było możliwe, nawet to.
-300 – powiedziałem ostrożnie
-400 – przebił natychmiast Zygmunt
O mało nie parsknęłem śmiechem. Kopia, która zresztą jeszcze w ogóle nie powstała, była już droższa od oryginału. Byłem pewny że Zygmunt robi jakieś jaja ale ta zabawa zaczynała mi się podobać.
-500
-600- powiedział Zygmunt z kamiennym wyrazem twarzy
-1000 – teraz ja próbowałem wywindować tą śmieszną aukcję na wysoki poziom
-o nie – przystopował Zygmunt. To za dużo. Tyle nie mam przy sobie – poklepał się po kieszeniach.
Myślałem że ze śmiechu spadnę razem z krzesłem na podłogę. Czegoś takiego jeszcze nie było.
-600 i ani grosza więcej – powiedział Zygmunt stanowczo
Rozłożyłem bezradnie ręce
-no cóż, poddaję się – powiedziałem
-sprzedane, zaklepane – zawyrokował Zygmunt i podał mi rękę.
Uścisnęłem rękę Zygmunta i oczekiwałem z ciekawością dalszego ciągu. Tymczasem Zygmunt wyciągnął z biurka jakieś papiery. Powiedział że transakcja zostanie zawarta w formie umowy o dzieło i zinwentaryzowana. Wszystko musi być w idealnym porządku.
Od ustalonej sumy zostanie potrącony podatek. Nad tą papierkową robotą spędziliśmy jeszcze godzinę czasu. Potem Zygmunt wypłacił mi kwotę pomniejszoną o podatek VAT. Następnie umówiliśmy się że swoje dzieło czyli obraz dostarczę Zygmuntowi w okresie dwóch tygodni.
Wprawdzie byłem gotowy na wcześniejszy termin ale Zygmunt dał mi zapas czasu żebym wszystko zrobił na spokojnie. Opuszczałem biuro Zygmunta z nabitymi forsą kieszeniami i głową pełną kotłujących się myśli. Pomyślałem że takich aukcji przydałoby sie więcej, człowiek wtedy o nic nie musiałby się martwić. Ale było jasne że Zygmunt jest jedynym człowiekiem który mógłby wykonać taką akcję. Wyobrażenie sobie czegoś podobnego w innych przypadkach było zwykłą utopią.
Wróciłem do domu i od razu zabrałem się do malowania kopii obrazu z zającem. Szkic powstał szybko jednak już w trakcie malowania stwierdziłem – porównując tworzony obraz do oryginału na pocztówce, że proporcje nie za bardzo się zgadzają. Cała scena była jakaś rozszerzona i spuchnięta. Zadzwoniłem do Zygmunta aby uzgodnić z nim swoje rozterki.
-nie ma sprawy – stwierdził Zygmunt- niech będzie jak jest. Tylko oddaj długopis.
-aaa, przepraszam- złapałem się za głowę- poszukam go – obiecałem
Rzeczywiście, wracając od Zygmunta po tej sławetnej transakcji nieopatrznie schowałem do kieszeni długopis którym wypisywałem te wszystkie formularze. Był to taki sam nieświadomy odruch jak np. zwijanie zapalniczek. Co gorsza, zanim dojechałem do domu szlajałem się jeszcze po knajpach i długopis Zygmunta gdzieś wypadł mi z kieszeni. Tymczasem okazało się potem że ten długopis był cenną rodzinną pamiątką Zygmunta i miał dla niego dużą wartość. Zygmunt, kiedy po moim wyjściu zauważył brak długopisu, był wściekły.
Zaraz potem, kiedy ja wyszedłem z domu kultury, wpadli tam robunio i furman. Akurat wtedy Zygmunt grzebał po całym biurku szukając długopisu. Wreszcie skojarzył brak długopisu z moim pobytem i doszedł do wniosku – słusznego zresztą – że długopis wylądował w mojej kieszeni.
Wtedy Zygmunt skomponował wierszyk na moją cześć:
„malarz – długopisy podpierdalasz”
Ten wierszyk bardzo spodobał się robuniowi i furmanowi którzy rozreklamowali go po całym mieście. Od tej pory, kiedy tylko spotykałem jakiegoś znajomego na ulicy, słyszałem:
-o, cześć malarz! Podobno długopisy podpierdalasz?
Kiedyś wszedłem do „cyganerii”. Przy barze stał Rafał brodacz, znajomy Karola i największy śmieszek w knajpie. Kiedy mnie zobaczył, krzyknął:
-o, witam,malarz! Czy to prawda, że długopisy podpierdalasz?
No cóż jeszcze przez jakiś czas ludzie mieli zabawę z tego nieszczęsnego długopisu. Wreszcie odważyłem się przyznać  Zygmuntowi że zgubiłem długopis jeszcze tego samego dnia po wyprowadzeniu, i pojęcia zielonego nie mam gdzie. Machnął ręką mówiąc że już dawno o tym zapomniał. Kiedy natomiast doniosłem mu gotowe dzieło z zajączkiem przy fortepianie, udobruchał się zupełnie. Wprawdzie kopia różniła się trochę od oryginału ale dopiero po bliższych oględzinach. Zygmunt stwierdził że nie ma to dla niego znaczenia a nawet lepiej – ta druga wersja podoba mu się bardziej niż oryginał. Niedługo potem czekała mnie kolejna niespodzianka...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
1 sierpnia 2007

zebra żebrze na zebrze

Wystawa w „cyganerii” zdobywała coraz większą popularność. Po wernisażu ukazało się kilka artykułów w różnych trójmiejskich gazetach z których najciekawszy – w „kurierze gdyńskim” zatytułowany został - „gdyński Picasso”. Dziennikarka porównywała w nim moje malarstwo do słynnego Hiszpana.. No cóż. To porównanie wisiało na mnie jeszcze przez wiele, wiele lat...Wystawę pokazała też telewizja Gdańsk w audycji „Panorama” chociaż ekipa telewizyjna weszła do „cyganerii” dzień po wernisażu podczas mojej nieobecności i samego autora – czyli mnie – w tym programie nie było. Ale to było mniej istotne. Najważniejsze że pokazano obrazy i ta reklama zrobiła swoje. Do „cyganki” napływało teraz więcej ludzi niż to było w poprzednim okresie. Przychodziłem tam codziennie aby obserwować sytuację, na ogół sam ale czasami zabierałem Honoratę. Siadaliśmy wtedy na kanapce naprzeciwko baru i romansowaliśmy w najlepsze. Za kanapką znajdował się filar międzyokienny na którym wisiał jeden z moich obrazów.
Ustaliliśmy z Karolem Hebanowskim że to miejsce może być punktem wymiennym czyli że na tym filarze mogę w trakcie wystawy od czasu do czasu wymieniać obrazy na inne. Początkowo nie miałem żadnych planów ale pewnego dnia Honorata wspomniała że też chciałaby mieć wystawę w „cyganerii”..wtedy wpadłem na pomysł że na ten wymienny filar można powiesić obraz Honoraty no i w ten sposób dziewczyna byłaby usatysfakcjonowana no i miałaby reklamę na początek...
rzecz jasna Honorata ochoczo zaakceptowała ten plan. Następnego dnia w godzinach rannych dotarłem do „cygi” z obrazem Honoraty pod pachą. Dokonałem podmiany. Swoje dzieło zdjęłem ze ściany i Honorata Aldona miała teraz swój kącik ekspozycyjny. Kiedy zadzwoniłem do niej i poinformowałem o udanej akcji – nie ukrywała radości. Planowalismy stopniowo wymieniać obrazy na filarze – Honoraty rzecz jasna – i był to w naszym przekonaniu bardzo dobry plan. Kiedy jednak nazajutrz wieczorem zajrzałem do „cyganki” - miejsce na filarze było puste i obraz Honoraty znikł. W pierwszej chwili pomyślałem że ktoś go ukradł albo kupił. Zaintrygowany zasięgnęłem języka u barmanek. Okazało się że w międzyczasie wpadł do „cygi” Karol Hebanowski, zobaczył wiszący na filarze obraz i od razu rozpoznał że to nie moje dzieło. Wpadł we wściekłość i kazał go zdjąć ze ściany. Jest na zapleczu, można go zabrać z powrotem ale nie wieszać w żadnym razie. Na filarze mogę wprawdzie wstawiać co chcę, ale tylko i wyłącznie własnego autorstwa...no i w ten sposób plan promowania Honoraty spalił na panewce. Pod tym względem Karol był twardy i nie dopuszczał żadnych ustępstw. Musiałem więc jakoś wytłumaczyć Honoracie całą sytuację. Była trochę rozczarowana ale w końcu pogodziła się z faktem że jej piękne abstrakcje nie leżą w guście szefa „cyganerii”...tymczasem mijałe kolejne dni wystawy. Jakoś w połowie sierpnia wybrałem się do „cygi” z Tomkiem Górnym – swoim przyjacielem z podstawówki i tym samym który był świadkiem powstania kwadryzmu od „Panien z Kolibek” począwszy. Wtedy nabijał się z moich obrazów do rozpuku. Teraz już wiedział że żarty się skończyły a mimo to nadal nie mógł powstrzymać się od dowcipów. W pewnym momencie poszedł do toalety a kiedy wrócił do stolika zakomunikował że jakiś facet chce kupić „zebrę na zebrze” - po czym roześmiał się na cały głos. W pierwszej chwili byłem pewny że to jego kolejny dowcip i w ogóle nie zareagowałem. Ale Tomek uderzył się w pierś że mówi serio. Powiedział żebym sam poszedł zbadać co tam się dzieje. Dwóch facetów przy barze kłóci się o mój obraz „zebra żebrze na zebrze” Ponieważ siedzieliśmy w prawym skrzydle kawiarni i z naszego stolika nie było widać baru więc pomyślałem że pójdę do toalety a przy okazji zbadam sytuację. Wstałem i ruszyłem na obchód. Faktycznie, przy barze siedziało dwóch facetów – jeden starszy, drugi młody i wskazując na mój obraz kłócili się o coś zawzięcie. Przysiadłem się obok. Po chwili ten młodszy wyszedł do toalety. Zapytałem starszego o co tu chodzi bo jestem autorem tej wystawy. On na to że nie może zrozumieć tego obrazu i żebym wytłumaczył co autor miał na myśli. Trochę mnie to zdenerwowało. To jest „zebra bez żebra żebrze na zebrze żeby zebrać na żebro” - wyjaśniłem... Tymczasem ten starszy – a był to Przemek Dyakowski – prawie spadł ze stołka...i w ten sposób się poznaliśmy.W

międzyczasie wrócił ten młodszy. Kiedy dowiedział się że jestem autorem „zebry” powiedział krótko że jest zainteresowany kupnem tego dzieła. Zaczęły się pertraktacje. Po pół godzinie ciężkich targów „zebra żebrze na zebrze” została sprzedana za całkiem dobrą cenę. Nabywcą okazał się Tomek Brayer – prezenter muzyki jazzowej radia plus. Oprócz tego Brayer obiecał że przez dwa tygodnie będzie reklamował wystawę w swojej audycji. W ten sposób sprzedałem pierwszy obraz na wystawie w „cyganerii”. „Zebra żebrze na zebrze” to była moja tajna broń. Namalowałem ją jesienią 1996 w stanie kompletnego potłuczenia po takich wypadkach jak ślub Joanny i dramat z paszportem w Kołbaskowie w drodze do Brukseli. Był to jeden z obrazów który został wydrukowany na pocztówce i potem na wiele lat stał się sztandarem, niemal wizytówką kwadryzmu. Jednak niedługo po tej transakcji sprzedałem następne obrazy, i to kilka naraz. Tym razem nabywcą był Wojtek Drozd, tajemniczy biznesmen przesiadujący w „cyganerii” od rana do wieczora. Podczas tych pobytów tak oswoił się z moimi obrazami że zapragnął je mieć na własność. Pewnego dnia dokonałem wymiany obrazu na filarze i wstawiłem tam kwadrystycznego kota. Wojtek Drozd kupił i ten obraz. Jakby tego było mało to zadał mi jeszcze temat - „jesień średniowiecza” Powiedział że jeżeli namaluję coś takiego – kupi z miejsca. Jednak temat „jesień średniowiecza” przekraczał moją wyobraźnię i takiego obrazu nie byłem w stanie stworzyć...wystawa zakończyła się w pażdzierniku 1997 i można powiedzieć – odniosła sukces. Jak stwierdził Karol Hebanowski – cieszyła się większym powodzeniem niż poprzednia - mistrza Janusza Osickiego – prezesa Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych którego piękne laserunkowe abstrakcje przeszły praktycznie bez echa..była to dla mnie wielka satysfakcja kiedy przypominałem sobie żenującą przygodę obrazu „człowiek z siekierą w plecach” na wystawie tego towarzystwa latem 1994... największe zadowolenie przyniósł mi fakt, że wystawa stworzyła w „cyganerii” pozytywny, twórczy klimat, przywróciła sporo z dawnej świetności knajpy, dała mi nowe znajomości i kontakty. Na zakończenie kilka obrazów kupił też Karol Hebanowski oraz Piotr Bulczak znany jako „Gluś” - właściciel działającego wtedy przy Teatrze Miejskim „Sax Klubu”. Tymczasem historia obrazu „zebra żebrze na zebrze” nie była jeszcze skończona..

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
31 lipca 2007

Wystawa w gdyńskiej "Cyganerii"

W maju 1997, a więc jeszcze przed krakowskim plenerem, kiedy po konsumpcji wychodziłem z kawiarni „cyganeria” - podszedł do mnie Karol Hebanowski i bez zbędnych wstępów zaproponował wystawę indywidualną w tym lokalu. Było to dla mnie duże zaskoczenie. Po naszym masakrycznym zapoznaniu sprzed kilku lat nie sądziłem że na tej linii może jeszcze być współpraca. A jednak od tamtej pory dużo się zmieniło. Moje zagraniczne wystawy odbijały się echem w prasie. Wokół kwadryzmu powstało małe zamieszanie które budziło zazdrość w środowisku zawodowców czego drobne przykłady opisałem poprzednio. Karol Hebanowski jako właściciel kawiarni był człowiekiem neutralnym i nie musiał – tak jak Konieczny – dzielić twórców na „profesjonalnych” i „nieprofesjonalnych”. Ponieważ właśnie wyjeżdżałem do Krakowa więc umówiliśmy się z Karolem że przygotowania do wystawy rozpoczniemy po moim powrocie spod Wawelu. Po krakowskim sukcesie apetyty Karola jeszcze bardziej wzrosły. Liczył na to że moja wystawa odniesie sukces nie tylko oglądalności ale również komercyjny. Dlatego zamierzał zrobić dobrą promocję. Ze stosu fotografii moich obrazów wybrał cztery które uznał za najciekawsze do wydruku na pocztówki. Ponieważ miałem znajomego poligrafa podsunęłem go Karolowi aby mógł zaoszczędzić trochę na kosztach. Oprócz tego miał być wydrukowany plakat reklamujący wystawę rozlepiony w najbardziej newralgicznych punktach miasta. Kilka dni potem publikacja była gotowa i pojechaliśmy samochodem Karola po odbiór. Moim oczom ukazały się stosy pocztówek. Wydrukowano 2000 sztuk. Po 500 pocztówek na jeden obraz. Suma jaką wymienił poligraf – mimo
iż „po znajomości” była i tak spora. Ale nie zrobiła żadnego wrażenia na Karolu Hebanowskim. Wydobył z kieszeni plik banknotów i sprawa była załatwiona. Zatargaliśmy ciężkie paczki z pocztówkami do samochodu i zawieżliśmy ten cały sprzęt do „cyganki” a następnie wywaliliśmy na zaplecze. Pierwsza część zadania została wykonana. Teraz można było zacząć przygotowania do wernisażu. W sprawie doboru prac dostałem wolną rękę a więc mogłem wybrać obrazy według własnego uznania. Po namyśle zdecydowałem że oprócz tradycyjnego kwadryzmu pokażę też nowe dzieła wykonane w stylu który wymyśliłem na krakowskim plenerze. W przeddzień ustalonego dnia wernisażu zatargałem swoje dzieła do „cyganerii” gdzie przy pomocy Karola i jego znajomych dokonałem uroczystości oprawienia i wieszania prac. Około północy wszystko było przygotowane. „Cyganeria” miała teraz nowy klimat -rzecz jasna wierzyłem że stanie się on przyciągający dla klienteli...i tutaj konieczne jest klika słów wyjaśnienia. Jesienią 1995 roku w „cyganerii” nastąpiła mała zmiana... lokal został powiększony o pomieszczenie sąsiednie gdzie przedtem znajdowało się jakieś biuro.Karol jednak wykupił to wszystko i późną jesienią 1995 „nowa cyganeria” - znacznie powiększona – została oddana do użytku. Początkowo świeciła pustkami ponieważ ceny znacznie wzrosły. W „starej cyganerii” na ogół przesiadywała młodzież, studenci oraz artyści którym nigdy nie przelewało się z kieszeni. Wtedy ceny piwa,herbaty, kawy były jeszcze przystępne..a obecnie już przeskoczyły ich możliwości. A więc starą klientelę „nowa cyganeria” zupełnie wymiotła.
Pojawili się natomiast nowi klienci. Bogaci synowie biznesmenów, elita finansjery, nowobogaccy i jakieś zupełnie nowe, obce towarzystwo nie mające z żadnym artyzmem zupełnie nic wspólnego. Oni stworzyli nowy klimat albo raczej „bezklimat” Starzy bywalcy, kiedy czasami zajrzeli do „nowej cyganerii” - czuli się w niej zupełnie obco. Nie było już takiej przytulności jak poprzednio. Wprawdzie nowe meble, krzesła, fotele i kanapki były bardzo eleganckie ale jakieś zimne, obce. Stoły, dzięki uzyskanej przestrzeni, rozstawione były w znacznej odległości jeden od drugiego a to utrudniało nawiązywanie znajomości. Nie można było słyszeć rozmów „po sąsiedzku”, ocierać się o siedzące obok towarzystwo i – najogólniej rzecz biorąc – wszystko uległo jakiemuś wielkiemu rozrzuceniu. Tak więc przez długi czas po tej reorganizacji nowa „cyganeria” świeciła raczej pustkami. Jednak starzy bywalcy, po tej pierwszej terapii szokowej – z wolna zaczęli przyzwyczać się do tego nowego układu i stopniowo wracali do „swojej cyganki” Akurat moja wystawa przypadła na ten okres „wielkich powrotów” starej klienteli. Karol Hebanowski który – jak sam przyznał – czuł się trochę obco we własnej knajpie z powrotu utraty artystycznego ducha – liczył na to że wystawa mojego kwadryzmu przywróci jego lokalowi klimat starej cyganerii a tym samym wypełni lokal ludźmi po same brzegi. No cóż- ja też na to liczyłem - co tu ukrywać. Wernisaż odbył się 15 lipca 1997. Na tą okoliczność Karol wytoczył gratisową beczkę piwa dla zaproszonych gości..a więc nikt nie musiał wyjść o suchym przełyku. Sama uroczystość otwarcia była raczej krótka, Karol powiedział kilka słów, potem ja dołożyłem swoje trzy grosze. I to było wszystko. Potem zaczęła się impreza. Odbyła się ona w prawym skrzydle lokalu które na dwie godziny zostało zamknięte podczas gdy gdy druga część lokalu była otwarta dla klientów. Chwilę po uroczystości otwarcia zostałem poproszony do rozmowy z dziennikarką gazety „kurier gdyński” Potem już mogłem zająć się swoimi gośćmi. Wśród zaproszonych znajomych zauważyłem znajomego reżysera Mirka Judkowiaka, zastępcę naczelnika Wydziału Kultury – Mariana Sadłowskiego i kilka innych znakomitości gdyńskiego światka artystów. Oprócz tego grupa znajomych z klubu miłośników sztuki, siostry Wioleta, Monika i Kasia. Całe towarzystwo obsiadło stoliki i zajęło rozmowami. Na jednej z kanapek siedziała Honorata. Ubrana w białą sukienkę wyglądała ładnie i pomyślałem że pewnie się nudzi. Dosiadłem sie do Honoraty i zaczęłem opowiadać jej swoją zawiłą artystyczną historię. Siedzący przy stoliku obok Mirek Judkowiak zaangażował się w rolę swata i usiłował ustalić datę ślubu mojego z Honoratą. No i tak to wernisaż sobie płynął...wreszcie trzeba było kończyc imprezę. Ustaliliśmy że pójdziemy dalej bawić się na bulwar. Wyszliśmy z „cygi”. Zaraz za drzwiami objęłem Honoratę ramieniem. Byłem pewny że mnie od razu zwali, ale nie. Doszliśmy na bulwar. Reszta towarzystwa gdzieś po drodze znikła. Zostałem sam z Honoratą. Potańczyliśmy trochę na disco „cafe bulwar” ale raczej krótko bo Honorata chciała wracać do domu. Odprowadziłem ją na autobus, potem zawiozłem na dzielnicę i w końcu znalazłem się u Honoraty w mieszkaniu. Miała ładny, przytulny pokoik pełen obrazów bo malowała szybko i intensywnie. Jej rodzice przyjęli mnie bardzo przychylnie i od tej pory byłem tam częstym gościem. Z rodzicami Honoraty można było konie kraść i było zawsze wesoło w tym towarzystwie...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
30 lipca 2007

Konieczny na korcie w Kolibkach

Nawiązując do wydarzeń z tamtego okresu koniecznie muszę wspomnieć o Koniecznym – komisarzu ludowym galerii Wspólnota Polska (obecnie- już bez Koniecznego – GCOP czyli Gdyńskie Centrum Organizacji Pozarządowych) Od czasu mojej wystawy w tej galerii w marcu 1996 kiedy to Konieczny w dosyć sprytny sposób zrobił mnie w balona (o czym pisałem już wcześniej) spotykałem go później w różnych dziwnych okolicznościach..ale po kolei.
Latem 1997 kontynuowaliśmy na kolibkowych kortach tenisowych razem z Kubą Oxisem nasze tenisowe szaleństwa. Ciągle miało to na celu zabawę z „pannami z Kolibek” przy czym robiliśmy już jaja zupełnie na całego. Obwiązywaliśmy się od stóp do głów wężem do podlewania kortu, rysowaliśmy krzywe, zygzakowane linie zamiast tradycyjnych, prostych itp. Miało to na celu podniesienie skali trudności gry, bo przy wężowato ciągnących się liniach nigdy nie było wiadomo czy piłka trafi w pole czy w aut. Jednak te eksperymenty wywołały wściekłość pracowników firmy odpowiedzialnych za kort. Kiedy bawiliśmy się w najleprze przy falowatych liniach przybiegł do nas jeden z kolesi pracujących na brygadzie panien z Kolibek. Był to mój dobry przyjaciel z drugiej strony lustra. Zaczął wrzeszczeć żebyśmy zamazali te linie i zrobili na nowo takie jak były poprzednio..Taaa... Ani nam to było w głowie. Człowiek poszedł z powrotem do pracy a my graliśmy dalej w najlepsze. Po dwóch godzinach skończyliśmy grę i zostawiliśmy nasze zrewolucjonizowane linie w nienaruszonym stanie. Planowaliśmy nazajutrz kontynuować zabawę. Jednak następnego dnia po krzywych liniach nie zostało już ani śladu. W pierwszej chwili zamierzałem ponownie wyrysować nowe linie, jeszcze bardziej powywijane niż poprzednio jednak po namyśle zrezygnowałem z tego bo obawiałem się że ten dupek nadzorca pójdzie na skargę do prezesa firmy i dostanę szlaban na wejście na kort. Tak więc kontynuowaliśmy grę już na standartowych, konwencjonalnych liniach. Po chwili zauważyłem że na drugim korcie pojawili się jacyś ludzie. Była to para, facet w średnim wieku i kobieta. Przyjrzałem się bliżej temu człowiekowi bo jego twarz wydała mi się znajoma. Po chwili zaskoczyłem. To był Konieczny!
Akurat jego spodziewałem się tutaj najmniej. Po chwili Konieczny również mnie poznał i po jego minie było widać że jest tak samo zdziwiony jak ja. Wkrótce nawiązała się między nami wymiana zdań polegająca na wrzaskach na odległość bo nikomu nie chciało się przerywać gry. Ja z Kubą grałem na jednym korcie a Konieczny ze swoją kobietą (domyśliłem się że to jego małżonka) na drugim. W pewnej chwili Konieczny krzyknął że właśnie miał dwie wystawy w Niemczech.
Ja mu na to odkrzyknęłem że miałem dwie wystawy w Brukseli i właśnie zdobyłem główną nagrodę w Krakowie. Wtedy Konieczny wrzasnął że mam nieprawidłowe buty i kto w ogóle w takich kapciach mnie wpuścił na kort....ja mu odwrzasnęłem że to mój kort, sam go budowałem własnymi rękami i mogę grać nawet w kaloszach, jak mi przyjdzie ochota. Nic mu do tego. Sądziłem że ta reprymenda usadzi go na miejscu. Ale Konieczny dalej marudził nad moimi butami i nie mógł się od tego odczepić. W końcu zaproponował że podaruje mi swoje własne buty. Podziękowałem mu bardzo uprzejmie. Konieczny ciągle nadawał że nie mogę grać w tych swoich kajakach bo poniszczę cały kort. W końcu wrzasnęłem żeby się ode mnie odpieprzył i zajął własną grą. W końcu Konieczny uspokoił się a po chwili zwinął żagle i razem z małżonką opuścił kort. Odetchnęłem z ulgą. W końcu można było zacząć grać bo przy Koniecznym to było niemożliwe. Zdawało się że tego człowieka mam już z głowy. A jednak...nie do końca. Jakiś czas potem zawędrowałem do słynnej artystycznej knajpy w Sopocie o nazwie „Spatif” Był to bardzo renomowany lokal wyłącznie dla artystów. Rozgrywały się tam niesamowite rzeczy -jednak dokadny opis zostawię na inną okazję. Specyfika tej knajpy polegała na tym że można było tam wejść tylko za okazaniem specjalnej karty wystawionej przez właściciela lokalu o nazwisku Florczak. Zaglądałem tam od czasu do czasu, chociaż nie za często raczej z lenistwa, bo nie chciało mi się jeździć ciągle do Sopotu. Tego dnia jednak, nie pamiętam przy jakiej okazji – znalazłem się w „Spatifie”. Zamówiłem piwo, po czym usiadłem gdzieś przy stoliku po czym zaczęłem rozglądać się bacznie dookoła w poszukiwaniu znajomych. Początkowo nie zauważyłem nikogo, sami obcy. Jednak po chwili ujrzałem jak przez drzwi wtacza się nowy klient...to był Konieczny. Stanął przy barze tyłem do mnie, więc nie zauważył mojej obecności. Początkowo zastanawiałem się czy koniecznie muszę go rozpoznać czy niekoniecznie. Jednak po chwili doszedłem do wniosku że Konieczny, jaki by nie był , to zawsze jakiś znajomy.. no więc chwyciłem browar w rękę i podszedłem do Koniecznego..był już trochę wstawiony, to było widać od razu. Kolebał się z lewa na prawo i z powrotem. Przywitał mnie ni to radośnie, ni to nieradośnie i od razu zaproponował że postawi mi dużo wódki. Nie mogłem odmówić Koniecznemu jeżeli taka była jego wola. Usiedliśmy przy wolnym stoliku, Konieczny zamówił co trzeba i po chwili, rzeczywiście, barman przyniósł dużo wódki. Chyba z dziesięć pełnych kieliszków. Zastanawiałem się czy Konieczny czasami nie zwariował ale wstrzymałem się z komentarzem ciekawy co z tego wyniknie. Tymczasem Konieczny znowu zaczął marudzić. Tym razem przyczepił się do mojego kwadryzmu. Mówił że nie istnieje takie zjawisko jak kwadryzm. Nie ma czegoś takiego. Nigdy nie było i nigdy nie będzie żadnego kwadryzmu. Nie, nie i jeszcze raz nie. Wsłuchiwałem się w te bełkoty Koniecznego i zaczęłem zastanawiać czy z jego głową jest wszystko w porządku. W pewnej chwili Konieczny chwycił koniec obrusa na którym znajdowały się kieliszki pełne wódki i zaczął przyciągać obrus w swoją stronę. Obserwowałem tą scenę ze wstrzymanym oddechem licząc na to że Konieczny w odpowiednim momencie się zatrzyma. Ale nie zatrzymał się. Cała zawartość stołu, wszystkie kieliszki z wódką, flakon z kwiatami, i inne atrybuty – wszystko to wylądowało na podłodze. Hałas spadającego szkła sprawił że wzrok wszystkich klientów „Spatifu”- powędrował w naszą stronę. Po chwili przybiegł kelner i nakazał Koniecznemu natychmiastowe opuszczenie lokalu. Konieczny spojrzał na kelnera błędnym wzrokiem, jednak po chwili zrozumiał że trzeba już iść. Wstał i ponownie kolebiąc się na lewo i prawo – ruszył w stronę wyjścia. Mnie ten nakaz kelnera wprawdzie nie dotyczył, ale nie chciało mi się już tam dalej siedzieć, bo nie bardzo byłem przy forsie. Tak więc udałem się za Koniecznym. Po wyjściu ze Spatifu chciałem się z nim pożegnać i iść na dworzec kolejowy. Ale Konieczny znowu mnie zaskoczył. Zaproponował że podwiezie taksówką do domu. Pomyślałem że – jak tak to tak. Czemóżby nie. No więc udaliśmy się na postój i po chwili ruszyliśmy taryfą w stronę Gdyni.Przypuszczałem że – zgodnie z obietnicą Koniecznego – pojedziemy do centrum. Jednak w pewnej chwili taksówka skręciła z Alei Zwycięstwa na szosę do Wielkiego Kacka. Zachowałem milczenie sądząc że Konieczny szykuje kolejną niespodziankę. Po dłuższym lawirowaniu taksówka zatrzymała się przed niewielkim domem jednorodzinnym. Konieczny zaanonsował że jesteśmy na miejscu i trzeba wysiadać. No więc wysiedliśmy. Faktycznie - wszystko się zgadzało. Konieczny rzeczywiście podwiózl mnie do domu. Swojego własnego domu. W dalszej kolejności spodziewałem się że zostanę zaproszony do środka. Jednak zamiast tego Konieczny znowu zaczął bredzić jakieś bełkoty. Wreszcie pokazał mi pa pa i poszedł do domu. Zostałem sam przed chałupą Koniecznego zastanawiając się czy ten człowiek zawsze i do końca życia będzie robić mnie na szaro. Czy też może nadejdzie kiedyś taki dzień że stanie sie na odwrót?

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
29 lipca 2007

Człowiek z siekierą w plecach

Wracając do opuszczonych wątków z przeszłości chciałbym opisać zdarzenie które wtedy zdawało się mało istotne lecz z biegiem lat nabrało wartosci..Latem 1994 roku czyli w okresie wielkich artystycznych podbojów trafiłem do jeszcze jednej organizacji o której nie wspominałem do tej pory – tajemnego stowarzyszenia o nazwie „Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych” Była to dosyć mroczna sekta zrzeszająca najbardziej znaczących twórców z Gdyni – głównie zawodowych. Prezesem tego koła był Janusz Osicki – absolwent gdańskiej PWSSP. Siedziba zrzeszenia znajdowała się w kawiarni przy ul. Derdowskiego – obok Placu Kaszubskiego w Gdyni. Wiedziałem że jest to stowarzyszenie samych gwiazd. Ojcem Chrzestnym tego cyrku był Kazimierz Ostrowski. Wokół klimatu jego malarstwa rozgrywały się wszystkie inne sprawy, jak wystawy indywidualne poszczególnych członków TPSP oraz wystawy zbiorowe. Mimo, że organizacja skupiała niemal wyłącznie zawodowców z dyplomami planowałem się tam przyłączyć – a to dlatego że nie miałem wtedy żadnych kompleksów. Zaglądałem często do tej kafejki na „małego browara” Lokal składał się z dwóch części – dużej sali przeznaczonej na ekspozycje obrazów oraz małego pomieszczenia gdzie znajdował się bar. Pewnego dnia, siedząc przed kontuarem zaczęłem dyskretnie zagadywać barmana, który wydawał się być pełnomocnikiem d/s TPSP o możliwości zrzeszenia się w tej interesującej organizacji...na co barman poufale poinformował mnie że za kilka dni odbędzie się wernisaż zbiorowej wystawy towarzystwa..i że mógłbym również spróbować się tam podczepić. To była myśl! Rzeczywiście nie zamierzałem marnować czasu. Od tego momentu czułem się już członkiem TPSP, chociaż tak naprawdę – oprócz mnie – nikt o tym nie wiedział bo ten barman – jak się później okazało – tam nie miał nic do powiedzenia. Wpadłem w jakiś ekstatyczny, euforyczny nastrój. W myślach zaczęłem już przygotowywać się do tego wernisażu.
Zastanawiałem się jakie obrazy pokazać na wystawie..ponieważ była to wystawa zbiorowa z udziałem wszystkich członków TPSP (które liczyło ok. 50 osób) było jasne, że będzie można wystawić jedno, ewentualnie dwa dzieła. Po dłuższym namyśle zdecydowałem się na jeden – wyjątkowo ekspresyjny obraz. Był to „człowiek z siekierą w plecach” - scena przedstawiająca desperata wbijającego z furią siekierę w plecy swojemu wrogowi który mu mocno w życiu zaszkodził. Obraz ten należał do odprysków mojej intensywnej kolibkowej psychozy którą przeżywałem jesienią 1992. Co prawda tego typu scen na ogół nigdy nie tworzyłem dlatego w powodzi moich raczej komicznych i groteskowych tematów ten drastyczny wątek mocno się wyróżniał. Kiedy nadszedł dzień wernisażu, chwyciłem swoje dzieło pod pachę i pomaszerowałem prosto na ulicę Derdowskiego. Zamierzałem być tam godzinę wcześniej aby zdążyć ulokować pracę gdzieś w dogodnym i widocznym dla publiczności miejscu...kiedy doszedłem do celu, w galerii było jeszcze pustawo. Kręciło się tam kilka osób których nie znałem. Przez chwilę wałęsałem się bezradnie po sali nie wiedząc co dalej robić. W końcu zdecydowałem że trzeba poszukać jakiegoś kierownika tego zamieszania. Spytałem o szefa wystawy, na co wskazano mi człowieka o młodej twarzy i srebrnych włosach. Był to Janusz Osicki, prezes TPSP. Podszedłem do niego, przedstawiłem się i powiedziałem że przyniosłem obraz na wystawę. Na co Osicki zrobił wielkie oczy. Zauważyłem jego zdziwienie więc wyjaśniłem że ustaliłem z barmanem swój udział w tej wystawie...na co Osicki zrobił oczy jeszcze większe niż przedtem. Byłem zupełnie zbity z pantałyku. Już nie wiedziałem czy mam być czy nie być na tym wernisażu. Stałem tak przez chwilę z głupią miną i Osicki też chyba nie wyglądał mądrzej w tym momencie. Jednak w koncu udało mi się ochłonąć i spytałem z niepewną miną czy mógłbym ewentualnie gdzieś tam wcisnąć swoje dzieło..widziałem że Osicki jest mocno zakłopotany sytuacją. W końcu jednak on też ochłonął i powiedział że – owszem, tak tak, o tu – wskazał ręką okno. Odetchnęłem z ulgą. Ukłoniłem się mistrzowi Osickiemu w geście podziękowania. Podszedłem do parapetu okiennego i postawiłem na nim swoje dzieło. Ot po prostu. Obraz nie był ani powieszony ani przymocowany tylko postawiony na luzaka. Mimo to byłem zadowolony że udało mi się wkręcić w tą imprezę. Czułem się już czołowym przedstawicielem TPSP. W międzyczasie do galerii nieustannie napływali nowi ludzie i zrobił się tłum. W rogu sali zauważyłem starszego, niskiego, krępego pana o wyrazistej, charakterystycznej i mocno wyrzeźbionej twarzy. Zaintrygowała mnie ta postać więc zapytałem kogoś z boku kto to jest. Zagadnięty spojrzał na mnie jak na durnia. -Nie wie pan? To jest Kazimierz Ostrowski. No tak – pomyślałem w duchu. Któż by inny. Tak wyglądało moje pierwsze spotkanie z „Kachem” Niedługo potem w tej samej galerii odbyła się jego indywidualna wystawa kiedy to miałem okazję poznać go osobiście i wymienić kilka słów. Było wiele zbieżności między gometryczną abstrakcją Ostrowskiego a moim kwadryzmem. Twórczość „kacha” wydała mi się bliska i stanowiła nawet inspirację do wielu dzieł..tymczasem jednak zaczął się wernisaż. Uroczystości otwarcia dokonał Janusz Osicki. Potem zaprosił wszystkich do konsumpcji oraz...kupowania obrazów. Do wystawy został przygotowany katalog oraz cennik. Zaczęłem przeglądać obie publikacje szukając tam swojego nazwiska. Niestety. Nic. Nie było mnie ani w katalogu ani w cenniku. Nie było mnie w ogóle na tej wystawie. Co prawda „człowiek z siekierą w plecach” żałośnie wisiał w oknie ale nikt na niego nie zwracał uwagi. Zauważyłem że wszyscy olewają kompletnie i mnie i mój obraz. Jeżeli zaś zdarzyło się komuś na niego spojrzeć to raczej z odrazą, jak na zdechłą żabę. No i tak to zaczęła się – i od razu zakończyła moja kariera w TPSP. No ale cóż. Tak to bywa jeżeli ktoś chce się gdzieś wcisnąć koniecznie na krzywy ryj..

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
28 lipca 2007

Karol Hebanowski

W tym samym czasie poznałem Karola Hebanowskiego – właściciela kawiarni artystycznej „cafe Cyganeria” w Gdyni. Chociaż – tak naprawdę – wstępne zapoznanie odbyło się kilka lat wcześniej..Otóż latem 1993, czyli podczas „heroicznych dni kwadryzmu” zaglądałem do „cygi” bardzo często, czasami codziennie.Fascynował mnie klimat tej knajpki, odrapane krzesła z wiklinowymi oparciami, chwiejące się stoły z krzywymi nogami oraz ciasnota lokalu stwarzająca przytulność.
Stoliki rozstawione były ciasno jeden przy drugim a osoby siedzące przy sąsiadujących stolikach ocierały się o siebie. Był to klimat sprzyjający nawiązywaniu znajomości i młodzież waliła do „cygi” drzwiami i oknami. Dodatkowej otoczki dodawała barmanka znana jako „pani Irenka”.
Pani Irenka była to starsza kobieta o czarnych włosach. Uczesana zawsze w charakterystycznego koka budziła postrach wśród niesfornych i niegrzecznych bywalców. Potrafiła czasami wywlec z lokalu pijanego klienta ciągnąc go za nogi albo za włosy. Za drzwiami taki człowiek jeszcze dostawał kopa i potem już jego dalszy los już panią Irenkę nie interesował bo wracała z powrotem za kontuar. Za to uwielbiała artystów których nagradzała od czasu do czasu niespodziankami. Można więc było liczyć w razie finansowego kryzysu na piwo „spod lady” Co tu ukrywać – sam również korzystałem z tych dobrodziejstw pani Irenki i to było to, co czyniło „cyganerię” tamtych lat – niepowtarzalną. To była „stara cyganeria” Ponieważ mieszkałem wtedy w centrum Gdyni, dzielił mnie od „cygi” rzut beretem. Ponieważ jednak w ciągu dnia był tam zawsze tłok, zaglądałem tam zawsze w godzinach nocnych – po 22, kiedy można było liczyć na jakieś wolne miejsce przy stoliku. Moim ulubionym miejscem była wnęka przy drzwiach wejściowych. Idealny schowek dla samotników..ponieważ było tam za ciasno żeby mogło się wepchnąć jakieś towarzystwo często ten schron był pusty bo na ogół do „cygi” ludzie wtaczali się całymi bandami. W ten sposób miałem idealny kącik „oazy spokoju” Wsłuchując się w rytm muzyki jazzowej, oglądając wywieszone na ścianach abstrakcyjne obrazy i podglądając ładne panienki których pełno tam się kręciło – budowałem swój własny świat marzeń. Byłem wtedy świeżo upieczonym artystą, twórcą nowego stylu którym zamierzałem podbić świat. W tym czasie była to moja tajna broń której jeszcze nikt nie znał. Moim marzeniem była premierowa wystawa kwadryzmu w „cyganerii” właśnie..jednak w tym celu musiałbym dogadać się z właścicielem lokalu którym był Karol Hebanowski.
A to nie było takie proste. Karol Hebanowski słynął z tego że był wyjątkowo wybredny i potrafił odrzucać nawet propozycje znanych artystów jeżeli nie leżeli w jego guście. A ten gust był wybitnie specyficzny... otóż Karol zarządzał „cyganerią” dopiero od kilku lat. Wcześniej kawiarnię prowadziła jego babcia – i to od 1945 roku – przez 40 lat! Rodzice Karola zajęci pracą zawodową nie byli zainteresowani prowadzeniem lokalu i w ten sposób w połowie lat osiemdziesiątych właścicielem najpopularniejszej knajpy artystycznej w Gdyni został Karol który nie miał wtedy nawet 20 lat. Mimo to szybko pojął niezbędną wiedzę, nawiązał znajomości w artystycznym światku z których najcenniejszą stała się przyjaźń z Przemysławem Dyakowskim – najpopularniejszym saksofonistą w Trójmieście. Do gdyńskiej „cyganerii” - na zaproszenie 19-letniego właściciela – przyjeżdżały najpopularniejsze bandy jazzowe z całej Polski! W dziedzinie malarstwa Karol również przeprowadził rewolucję w lokalu..o ile jego babcia preferowała marynistów – głównie Baranowskiego i Mokwę – to Karol powyrzucał to wszystko za drzwi. W ich miejsce pojawiła się współczesna abstrakcja. Ulubieńcem Hebanowskiego stał się Kazimierz Ostrowski – legenda gdyńskiego malarstwa nowoczesnego. Kazimierz Ostrowski – znany popularnie jako „Kachu” wsławił się tym że w latach pięćdziesiątych spędził kilka lat w Paryżu studiując w pracowni słynnego Fernanda Legera. Leger z kolei – twórca oryginalnej interpretacji kubizmu określonej jako „tubizm” - był dobrym znajomym samego Pabla Picassa... Tak więc Ostrowski stał stał się dla Karola i bywalców „cygi” symbolem Paryża i zwiastunem sztuki nowoczesnej...jednak o tych wszystkich faktach nie miałem wtedy zielonego pojęcia.
Natomiast byłem przekonany o genialności swojej idei i zamierzałem przedstawić ją Karolowi..W tym celu sfotografowałem swoje obrazy i pewnego jesiennego dnia udałem się do „Cyganerii” już nie w konsumcyjnym, ale konkretnym celu...nie ukrywam że miałem lekką tremę. Trochę na ugietych nogach przeszedłem cały lokal wypełniony ludźmi i udałem się na zaplecze – gdzie zwykle przesiadywał Karol Hebanowski. Rzeczywiście, miałem szczęście – Karol akurat tam był. Przedstawiłem swój cel i pokazałem fotki swoich obrazów. Jednak Karol potraktował mnie trochę lekceważąco, moje obrazy wywołały u niego salwy śmiechu co wywołało moją wściekłość. Traktowałem wtedy swoje dzieła bardzo serio i nie dopuszczałem myśli że ktoś mógłby się z nich nabijać. Zareagowałem bardzo impulsywnie. Wezwałem Karola Hebanowskiego na pojedynek. Spytałem czy chce się bić, możemy wyjść na zewnątrz. Potem na zaplecze weszli znajomi Karola i uspokoili sytuację. Wypadłem z „cyganerii” wściekły. Ten pierwszy kontakt z Karolem Hebanowskim okazał się klęską. Jednak kilka lat później sytuacja była już zupełnie inna...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
28 lipca 2007

Honorata

Latem 1997 zaczęły się dla mnie lepsze czasy. Również w życiu osobistym chociaż tutaj stało się to w sposób zupełnie niespodziewany. Ale – po kolei.
Po triumfalnym powrocie z Krakowa zameldowałem się ponownie w kolibkowej firmie i rzecz jasna – skromność nie jest moją najmocniejszą stroną – pochwaliłem od razu swoim sukcesem.
W odpowiedzi otrzymałem burzę braw od swojej brygady co mile połechtało moją dumę. Nawet Edziu Nadratowski wzniósł rękę w triumfalnym geście tak jakby to on dokonał tego wyczynu.
Wieść rozniosła się szybko po calej firmie ponieważ kilka dni potem ukazał się artykuł w „Dzienniku Bałtyckim” opisujący moje krakowskie przygody. Stało się to dzięki Zygmuntowi Wojtasowi – dyrektorowi ODK w Małym Kacku. Zygmunt umówił mnie na spotkanie z dziennikarką gazety. Oznaczonego dnia zapukała do mieszkania młoda kobieta – reporterka dziennika. Zaprosiłem ją do pokoju i opowiedziałem wszystko od deski do deski. Najbardziej fascynujące dla dziennikarki było to, że do tej pory – choć upłynęło już dwa tygodnie od zakończenia pleneru – nie rozpakowałem pudełka z nagrodą! Już nazajutrz po tym spotkaniu ukazał się w dzienniku artykuł pt. „Wsłuchać się w siebie” zaczynający się od słów - „MŚ nie chce rozpakować nagrody. To talizman” I tam dalej ple ple. Tymczasem miałem dosyć ćwiczenia silnej woli i rozpakowałem pudełko. Spodziewałem się że będzie to złota szkatułka wysadzana brylantami a po rozwinięciu papieru ukazało się...pudełko kredek pastelowych. Zajrzałem do środka przeglądając dokładnie zawartość łudząc się że w środku znajdę jeszcze jakiś zwitek banknotów. Niestety. Żadnych takich. Mimo że byłem trochę rozczarowany przyznałem że był to praktyczny dar – kilkadziesiąt kolorów pasteli umożliwiło mi tworzenie nowych dzieł przez kilka miesięcy. Nie było co narzekać tylko zakasać rękawy i zabrać się do pracy..co też nie zwlekając uczyniłem. A kilka dni później podczas przerwy śniadaniowej kiedy wracałem ze stołówki – zahaczyła mnie szefowa produkcji podchodząc z młodą dziewczyną – mniej więcej dwudziestoletnią. Szefowa przedstawiła dziewczynę – miała na imię Aldona. Powiedziała że Aldona interesuje się sztuką i malarstwem, sama trochę tworzy i potrzebuje jakiegoś mecenatu...powiedziała żebym zaopiekował się Aldoną i wprowadził ją w artystyczny świat...no i w ten sposób poznałem Honoratę. W wyniku skomplikowanych koligacji rodzinnych Honorata posiadała mocno rozbudowane logo - brzmiało ono mniej więcej tak – Honorata Aldona Lech Pawłowski Młynarz. Podczas jednego z pierwszych naszych spotkań Honorata Aldona próbowała wyjaśnić ten las meninas ale było to tak zawiłe że nie mogłem nic z tego zrozumieć a co dopiero zapamiętać. Sama nie wiedziała jakiego używać imienia – raz podawała się za Aldonę, innym razem – za Honoratę. Co do mnie to – wolałem imię Honorata – wydawało się bardziej oryginalne i artystyczne, kojarzące np. z Hortensją Cezanna. Tak więc zaczęłem spotykać się z Honoratą. Zaprowadziłem ją do Klubu Miłośników Sztuki gdzie wspólnie smarowaliśmy jakieś rysuneczki. Honorata była dziewczyną dosyć ładną o długich kasztanowych włosach, zgrabnym nosku i dużych brązowych oczach. Fascynowało mnie to że jest jedyną „panną z Kolibek” o artystycznych zainteresowaniach. Malowała całkiem ładne abstrakcje i stwierdziłem że taki talent trzeba chronić przed burzami.. tak więc nasza przyjaźń zaczęła się zacieśniać. Wprawdzie nie była to nawałnica jak historia z Joanną ale – w tym wypadku – znajomość potoczyła się bardziej szczęśliwie.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
28 lipca 2007

kontynuacja...

Po dłuższych przemyśleniach zdecydowałem się na kontynuację swojego bloga..jednak wymagało to pewnych zmian "regulaminu" który poprzednio narzuciłem sam sobie a obecnie stwierdziłem że jest trochę bez sensu.
Otóż w poprzedniej wersji regulaminowej w opisywanych autentycznych zdarzeniach obowiązywał ..10 letni okres ochronny. Znaczyło to że mogę opisywać zdarzenia które miały miejsce nie wcześniej niż 10 lat wstecz.
Innym powodem było też ćwiczenie pamięci bo - przyznacie sami - opisywanie tak starych wydarzeń z drobnymi szczegółami nie jest rzeczą prostą.. Był to też swego rodzaju "wehikuł czasu" czyli cofnięcie się głęboko wstecz w celu odtworzenia historii tak jakby opisywane fragmenty odbyły się wczoraj na przykład. Jednak w swoich opowiadaniach dogoniłem czas. O ile w pierwszych odcinkach (kwadryzm story 1) miałem 15 letni zapas to obecnie (plener w Krakowie) ten zapas wynosi dokładnie 10 lat.
Jest to więc zgodne z regulaminem. Jeżeli jednak chciałbym  historię potoczyć dalej, musiałbym przeskoczyć czas,  wkroczyć w sferę "okresu ochronnego" czyli opisać historie już w dziesięcioletnim obszarze.
W przeciwnym wypadku musiałbym czekać długo, długo, aż nazbierałby się zapas czasu niezbędny do kontynuacji bloga. Ponieważ ja sam wymyśliłem tą bzdurę to mogę ją też odkręcić , lub - zmodyfikować.
Otóż postanowiłem skrócić "okres ochronny" - do 5 lat. I tak jest to spory okres wsteczny. Niby niewielka zmiana ale dzięki niej mogę ze spokojnym sumieniem opisywać dalsze odcinki swojej zwariowanej artystycznej historii..

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
4 czerwca 2007

pierwszy plener w Krakowie (7)

Plener w Krakowie wkraczał w decydującą fazę. Po wycieczce na Wawel wszyscy mieli głowy pełne pomysłów. Ja również doznałem olśnienia. Zdecydowałem że od tego dnia zacznę malować krakowską legendę – wawelskiego smoka. Wbrew pozorom nie był to zbyt banalny temat gdyż – jak twierdzili miejscowi krakowianie – legenda smoka w ostatnim czasie mocno podupadła. Warto więc było ją odświeżyć i przywrócić do łask..od chwili tego postanowienia zabrałem się ostro do pracy. Mój pierwszy smok był prosty, jednogłowy namalowany żółtymi płaskimi figurami na niebieskim tle. Następny smok miał już dwie głowy. Zastosowałem w nim pewne elementy kwadryzmu, czyli uwypuklenia brył, ale tylko w niektórych fragmentach. Pomiędzy głowami znajduje się dziewica i oba człony smoka walczą o to która z głów ma ją pożreć. Kolejny smok miał trzy głowy. Tutaj pojawia się dzielny szewczyk Dratewka który odrąbie te wszystkie głowy jedną po drugiej. I tak z dnia na dzień przybywało smoków w mojej plenerowej kolekcji. Każdy kolejny był bardziej rozbudowany i skomplikowany aż w końcu doszedłem do finałowego dzieła- wielkiego siedmiogłowego potwora którego namalowałem na wielkim płótnie. Tworzenie tego giganta zajęło mi całą noc aż do siódmej rano. Wszyscy już wstawali kiedy ja dopiero kładłem się spać. Byłem potwornie zmęczony ale zadowolony. Mój siedmiogłowy smok prezentował się okazale i mogłem być z niego dumny. Tymczasem moi towarzysze broni również nie próżnowali.
Furman wymęczył w końcu swojego motocyklistę chociaż proporcji i tak nie udało mu się poprawić. Zwalił to na karb „swojego stylu” i zaczął ciapać na drugim płótnie jakieś drzewka i chmurki. Z kolei Robunio zaczął poprawiać swoje nasmarowane wcześniej podkłady. Był upaprany w farbach i różnych smarach po same uszy bo mazał równocześnie pastelami, olejami, akrylami i do tego jeszcze dołożył farby ftalowe i nitro które kupił z własej kieszeni. W końcu z tego wszystkiego zaczęły wyłaniać się jakieś upiory,widma i konstrukcje zupełnie nierozpoznawalne i do niczego nieporównywalne. Im bardziej usiłować nadać wybranej formie jakiś kształt, tym bardziej przechodziło to w ciastowate odrośla. I tak chłop męczył się i pocił każdej nocy – aż do ostatnich dni pleneru kiedy wpadł na pomysł który – w jego zamierzeniu – miał obalić moje smoki. Zaczął tworzyć colleage. Przyklejał jakieś bzdury do obrazów, rozsmarowywał naokoło, zamazywał swoje naklejanki, i na to naklejał znowu coś innego. I tak w kółko. Odniosłem wrażenie że człowiek wpadł w jakiś obłęd. I w takiej twórczej szajbie dobiliśmy do końca pleneru. Dzień przed wernisażem trzeba było zdać wszystkie prace. Organizatorzy przygotowywali je do wernisażu który miał odbyć się w piwnicy oddziału 4a. Dzień wcześniej wieczorem miała się zebrać komisja by ocenić dzieła i przyznać autorom nagrody i wyróżnienia. Tego dnia między uczestnikami pleneru panowało duże napięcie. Żeby rozładować ten nastrój, udaliśmy się z Robuniem i furmanem znowu na spacer do „cafe Kobierzyn” Wspominaliśmy zdarzenia i ciekawostki tej imprezy. Wróciliśmy około północy i od razu padliśmy na łóżka. Już nie trzeba było nic malować. Pozostało tylko czekać na wernisaż który miał się zacząć nazajutrz o 8 rano...Następnego dnia – gdyby nie obudziły nas przedszkolanki – zaspalibyśmy jak nic. Była już 8 kiedy dopiero zwlekaliśmy się z łóżek. Błyskawicznie wskoczyłem w ubranie – założyłem swoją ulubioną czerwoną marynarkę którą kupiłem przed wernisażem w Brukseli. Tymczasem Robunio nie miał się w co ubrać...wszystkie ciuchy były upaprane w farbach. W końcu znalazł czystą białą koszulę ale potwornie zmiętą- jednak nie miał wyboru – zarzucił ją na siebie i zbiegliśmy na dół. Wernisaż już się zaczął. Cała sala była wypełniona po brzegi. Akurat przemawiał dyrektor szpitala dr Andrzej Kowal.
Podkreślił że kompleks szpitala w Kobierzynie powstał w XIX wieku i należy do najładniejszych w Europie. Następnie podziękował artystom którzy pięknymi dziełami stworzonymi na plenerze uświetnili uroczystość otwarcia oddziału 4b. Jest to szczególny oddział stworzony dla osób z problemami życiowymi, często bezdomni. Tutaj mieli znaleźć swoje schronienie. Następnie głos zabrał przedstawiciel komisji oceniającej prace. Zaczął od nazwisk laureatów. Nagle usłyszałem swoje nazwisko. Za serię smoków dostałem pierwszą nagrodę! Było to dla mnie kompletne zaskoczenie. Chwiejącym się krokiem podszedłem do jurora odebrać nagrodę i przy okazji obściskałem z radości wszystkie panie naokoło. Oprócz mnie nagrodzeni zostali Renata Bujak i Tadeusz Głowala. Tak więc pod tym względem nasze prognozy spełniły się. Zaraz po zakończeniu części oficjalnej wszyscy rzucili się do stołów. Podszedł do mnie jeden z jurorów i przedstawił się – był to Mieczysław Górowski. Światowej sławy artysta plastyk, twórca polskiej szkoły plakatu. Od razu znaleźliśmy wspólny język. Okazało się że Górowski brał udział w wystawie „coincidences” w Brukseli, ekspozycji zorganizowanej przez Michela Zalewskiego w 1994 roku gdzie po raz pierwszy pokazano kilka moich kwadrystycznych obrazów, a jeden z nich „zielony traktor” został wydrukowany w katalogu. Pokazałem Górowskiemu fotki moich obrazów. Stwierdził że - to nie kubizm, to kwadryzm.A jeżeli nawet kubizm to – zupełnie nowy,jakiego jeszcze nie było. Chwilę potem podszedł do mnie człowiek, około pięćdziesięcioletni, którego nie znałem jeszcze. Był to Leszek Macak – najsławniejszy kolekcjoner sztuki naiwnej i nieprofesjonalnej w Polsce. Wyraził pragnienie zakupu kilku moich obrazów. Ponieważ obrazy plenerowe w myśl zasad były własnością organizatorów, nie mogłem nimi dysponować. Umówiliśmy się więc na transakcje przy innej okazji. Chwilę potem udzieliłem wywiadu dla telewizji Kraków. Były to moje chwile szczęścia, więc trzeba było korzystać z okazji i gwiazdować do oporu...Wreszcie wernisaż był skończony. Część twórców plenerowych zaraz potem zaczęła wyjeżdżać. My również planowaliśmy odwrót tego dnia wieczorem ale „przedszkolanki” zgotowały nam niespodziankę...zaprosiły naszą gdyńską grupę na wieczorek pożegnalny z dyskoteką. No więc cóż...szaleliśmy aż miło. Obtańcowałem wszystkie predszkolanki – Agatę, Martę, Bogusię, Edytę.
Impreza była super i bawiliśmy się chyba do trzeciej w nocy. Potem pożegnanie,łzy rozstania, wymiany adresów. A następnego dnia rano – odwrót. Kierunek Gdynia. W drodze na przystanek w Kobierzynie wstąpiłem do kiosku i kupiłem „ gazetę krakowską” A tam...artykuł na temat pleneru i moja fotka na tle obrazu z siedmiogłowym smokiem. Do tego podpis „siedmiogłowy smok w prezencie dla Krakowa – od artysty z Gdyni” Taaa...No dobra. Albert, wychodzimy...
Razem z Robuniem i furmanem poturlaliśmy się na przystanek. Z Borku Fałęckiego ruszyliśmy tramwajem nr 8 do centrum. Przeszliśmy przez Rynek, skręciliśmy na Floriańską, trochę pomarudziliśmy przed ścianą zapełnioną obrazami. Wreszcie oderwaliśmy się od tego, minęliśmy Barbakan, i znowu wylądowaliśmy w knajpie przed Grundwaldem! Posiedzieliśmy tam ze dwie godziny, wspominając plener. W końcu wpakowaliśmy się do pociągu do Gdyni i wkrótce Kraków zniknął nam z oczu. Był to początek wielkiej przygody z tym miastem która trwała siedem lat.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
3 czerwca 2007

pierwszy plener w Krakowie (6)

W połowie pleneru zorganizowano wycieczkę do Krakowa w celu zwiedzenia największych atrakcji tego miasta. Do tej pory raczej nie jeździliśmy do centrum z braku czasu. I w ten sposób na samym początku zwiedziliśmy Wawel.. Zamek na Wawelu zrobił na wszystkich wielkie wrażenie. Podczas obchodu imponujących komnat królewskich próbowaliśmy z Robuniem zabawiać nasze „przedszkolanki” komentarzami na temat atrybutów znajdujących się w poszczególnych salach. Szczególnie imponujące zdało się nam średniowieczne rycerskie uzbrojenie- hełmy,przyłbice, tarcze,miecze, kusze, łuki, et cetera. Również zgromadzona kolekcja dzieł sztuki pobudzała wyobraźnię. Po dwóch albo trzech godzinach wyplątaliśmy się z zamkowego labiryntu. Planowaliśmy teraz zwiedzić Smoczą Jamę ale tymczasem była zamknięta z powodu remontu. Na szczęście udało mi się zwiedzić jaskinię smoka rok później podczas drugiego pleneru kiedy była już dostępna dla zwiedzających. Tymczasem obeszliśmy Wawel naokoło i znależliśmy się nad Wisłą. Stał tam imponujący Smok Wawelski. Na szczęście nieruchomy. Według planu powinien ziać ogniem co trzy minuty ale był albo zepsuty albo wyłączony i nie wypuszczał z siebie żadnego dymu co nas trochę rozczarowało. Pobłaznowaliśmy trochę wokół smoka, popstrykaliśmy fotki i nasza eskadra ruszyła dalej. Udaliśmy się na Rynek Sukiennice. Teraz naszym celem stał się kościół Mariacki z wielkim arcydziełem – ołtarzem Mariackim wykonanym w XV wieku przez Wita Stwosza. Zwiedzenie i obejrzenie tego wspaniałego przybytku zajęło nam co najmniej godzinę. Kiedy wychodziliśmy z mrocznego kościoła na rynek zalało nas słoneczne światło. Rynek w Krakowie tętnił życiem. Akurat dochodziło południe. Rozległ się sygnał hejnału mariackiego. Wszyscy stali z głowami zadartymi do góry. Z okna wieży ratusza ukazała się trąbka hejnalisty. Kiedy trębacz wypocił już swoje dzieło, schował trąbkę i ukazał się w całej okazałości. Wtedy pomachaliśmy mu rękami. Zdało nam się że pokazał nam gest Kozakiewicza więc pokazaliśmy mu figę z makiem. Potem trębacz zniknął w oknie i nastała cisza. Z kolei udaliśmy się teraz do kościoła Franciszkanów. Imponujące witraże Stanisława Wyspiańskiego uderzyły nas od razu po wejściu do kościoła. No i tak chodziliśmy i podziwialiśmy te dzieła. Potem zwiedziliśmy jeszcze kilka innych kościołów i różnych osobliwości. Jednak był to tylko szybki przegląd Krakowa bo na przejrzenie wszystkich uroków i tajemnic tego miasta potrzeba byłoby tygodni i miesięcy. Wóciliśmy do Kobierzyna dopiero wieczorem na spóźnioną kolację. W trakcie tych wędrówek po Krakowie poznaliśmy kolejnego krakowskiego malarza z plenerowej grupy – był to Jan Depta. Na oko pięćdziesięcioletni, niewysoki, o lekko pucołowatej, zaokrąglonej twarzy i takiejż posturze, bardzo sympatyczny, gadatliwy. Po kolacji Jan Depta zajrzał do naszego pokoju i kontynuowaliśmy dyskusje. Przeglądał nasze wypociny. Moje malarstwo nazwał „prymitywizmem” i trudno było mi się zorientować czy była to pochwała czy dezaprobata. Mówił że to jest ciekawe ale – dodał – Renata Bujak lepsza. To porównanie trochę mnie rozbawiło. Miałem już okazję obejrzeć kilka obrazów Renaty Bujak znajdujących się w pracowni oddziału 4a. Uważałem że moje obrazy są zupełnie inne ale cóż, każdy ma swoje wizje. Potem Jan Depta zaprosił nas do swojego pokoju do obejrzenia jego dzieł. Jego apartament znajdował się po sąsiedzku, tak że po chwili byliśmy na miejscu. Naszym oczom ukazał się ciekawy obraz nad którym właśnie pracował mistrz Jan. Na środku sceny znajdował się kościół. Po jednej i drugiej stronie kościoła biegły schody będące wejściem do świątyni oraz wyjściem z niej. Schodami wejściowymi wchodził do kościoła rząd czarnych postaci. Byli to grzesznicy udający się na oczyszczenie. Schodami wyjściowymi opuszczały kościół białe aniołki na skrzydełkach. Były to te same postacie tylko już po zrzuceniu z siebie balastu grzechów. W świątyni odbywała się transformacja zła w dobro. I taką oto wizję przedstawił nam Jan Depta. Byliśmy pod dużym wrażeniem tego dzieła i przyznaliśmy że pomysł jest znakomity. Następnie Jan Depta pokazał nam fotki innych swoich obrazów. Były one w stylu które mógłbym określić mianem „surrealizm ludowy” gdyż przewijały się wiejskie sceny z ciekawymi transformacjami i deformacjami kształtów wykonane przez mistrza Jana. Obejrzeliśmy również zdjęcia z wernisażu jego wystawy którą niedawno miał w jakiejś krakowskiej galerii. Na jednej z fotek ujrzałem znajomą z telewizji twarz. Okazało się że wernisaże wystaw Jana Depty odwiedza taka znakomitość jak prof. Wiktor Zin, autor słynnego programu telewizyjnego „piórkiem i węglem” Na koniec pan Jan zaproponował że wprowadzi nas do organizacji twórców nieprofesjonalnych której siedziba jest w Krakowie. Umówiliśmy się że pojedziemy tam następnego dnia po obiedzie. Tak też zrobiliśmy. Jednak w drodze do tej siedziby Jan Depta zaczął popadać w wątpliwości. Zastanawiał się czy dobrze robi wprowadzając nas do tego koła bo w ten sposób zwiększa dla siebie konkurencję. Z tego wynikało że uważa nas za niebezpiecznych przeciwników do zdobycia sławy w malarstwie. Mimo tych rozterek doszliśmy o biura siedziby.
Pan Jan przedstawił nas młodym dziewczynom które siedziały za biurkiem. Otrzymaliśmy kwestionariusze które mieliśmy wypełnić po przyjeździe do swoich domów a następnie wysłać na adres tej siedziby. I to było wszystko. Wracaliśmy stamtąd trochę rozczarowani że nic konkretnego nie wyszło tak od razu. Potem kwestionariusze gniły w szufladach, były tak zagmatwane, długie, trzeba było wpisać mnóstwo danych. Nikomu nie chciało się tego wypełniać a co mówić o wysłaniu . Żaden z nas nie skorzystał z tej organizacji i Jan Depta mógł dalej brylować tam niezagrożony.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
2 czerwca 2007

pierwszy plener w Krakowie (5)

Nasze szaleństwa stawały się coraz bardziej intrygujące dla reszty plenerowej grupy. Początkowo nie znaliśmy nikogo, w dodatku byliśmy zamknięci we własnym pokoju skąd dobiegały głośne rozmowy, hałasy i kłótnie, bo te były na porządku dziennym. Najbardziej kłótliwy był furman któremu nic nie wychodziło i chciał to odreagować. W miarę trwania pleneru stopniowo odwiedzali nas- oprócz panienek „przedszkolanek” - również inni plenerowicze. Jako pierwszy zapukał do drzwi Miłogost Ćwiertnia. Imię i nazwisko cudaczne, ale najciekawsze było to, co opowiedział nam o sobie. W pierwszych dniach pleneru był on najbardziej aktywnym uczestnikiem. Wszędzie go było pełno, wieczorami siedział w dolnej kuchni gdzie odbywały się wspólne śniadania i kolacje. Tam też przesiadywały wieczorem nasze „przedszkolanki” które danego dnia miały dyżur a Miłogost bajerował je i probował którąś poderwać ale raczej bez efektu. Pewnego wieczoru przyszedł do naszego pokoju i rozśmieszał nas swoimi historiami. Otóż właśnie skończył malować swoje wielkie dzieło. Była to kopia jakiegoś obrazu Rembrandta dużych rozmiarów. Malował ten obraz cztery lata. CZTERY LATA. Cztery lata malował jeden obraz. Nie chciało nam się w to wierzyć ale potem okazało się że to prawda. Nadaliśmy mu przydomek „czteroletni” i tak też od tego czasu nazywaliśmy go między sobą. Potem poznaliśmy innych artystów. O Tadeuszu Głowali wspominałem już wcześniej. Początkowo wydawał się niegroźny ale pewnego dnia, kiedy odbyliśmy spacer po piwnicy oddziału 4a, zauważyliśmy jego obraz stojący na sztaludze. Była to imponująca mozaikowa kompozycja dużego formatu przedstawiająca budynek administracji. Zupełnie nas zamurowało a Robunio stwierdził że to kandydat do głównej nagrody który trudno będzie przebić. Od tej chwili nabraliśmy szacunku i respektu dla Głowali który stał się bardzo niebezpiecznym konkurentem. Jednak najbardziej znanym malarzem na tym plenerze był Władysław Wałęga. Jego legenda była bardzo ciekawa. W młodości zajmował się fałszowaniem dokumentów i potem kilka lat spędził za kratkami. W więzieniu zaczął malować a po wyjściu na wolność trafił pod opiekę dr Kowala. Od tej pory stał się znanym i szanowanym malarzem. Jego obrazy były imponujące. Były to surrealistyczne kompozycje o niesamowitych wizjach odznaczające się znakomitą techniką i wiernym oddaniem szczegółów. Wałęgę poznałem już pierwszego dnia pleneru kiedy w piwnicach gruntował blejtramy i przygotowywał płótna .Potem spotykaliśmy się każdego roku, aż do finałowej wystawy „Blind Walk” w Kolonii w roku 2002 która była uwieńczeniem krakowskiej przygody. Kolejną znaną krakowską artystką była Renata Bujak. Akurat został wydrukowany album z jej pięknymi obrazami. Na plenerze namalowała serię portretów w bardzo oryginalnym stylu.Ale osobiście panią Renatę poznałem dopiero rok później. Tak więc stopniowo wciągaliśmysię w ten światek. Jednak najlepiej czuliśmy się we własnej „pracowni”. Od czasu do czasu ktoś z nas – najczęściej Robunio – wędrował na wycieczki po oddziale. Najbardziej intrygowała go pracownia na dole gdzie tworzyła dzieła większość plenerowiczów. Jednak – jak określił – trudno byłoby nam wytrzymać w tej ciasnocie.Pozatym rozgrywały się tam – mówił – dantejskie sceny. Postało nam trzymać się naszej kuchni. Ale kiedy zapadała noc – zaczynał nam dokuczać głód. Było już dawno po kolacji a w brzuchu burczało. Zakradaliśmy się wtedy do dolnej kuchni gdzie często zostawały jakieś resztki po kolacji. No i tak zaspokajaliśmy nasze żołądki. Ale to trwało tylko do czasu. Pewnego wieczoru – było to mniej więcej w połowie pleneru – kiedy jak zwykle zakradliśmy się do dolnej kuchni i zapaliliśmy światło – z rozczarowaniem stwierdziliśmy że stół jest pusty. Chciliśmy już zawrócić kiedy furman, który nie mógł przeboleć tej sytuacji – wpadł na pomysł żeby podkarść się do lodówki i zwędzić stamtąd co nieco. Po chwili furman był już przy lodówce, otworzył ją i ku swojemu wielkiemu zadowoleniu wyciągnął długi sznur kiełbasy. Ale radość trwała krótko. W tym samym momencie w drzwiach stanęła dyżurna pielęgniarka, i to ta która za pierwszym razem nie chciała nas wpuścić na oddział kiedy wracaliśmy z nocnej eskapady. Każdy znieruchomiał tam gdzie stał. Furman zastygł w powietrzu ze sznurem parówek którego jeden koniec trzymał w ręku, a drugi był jeszcze w lodówce. Wyglądało to komicznie ale sytuacja była dramatyczna. Furman bełkotał pod nosem jakieś usprawiedliwienia ale to na nic się zdało i wróciliśmy na górę bez kiełbasy i bez niczego.
Co gorsza, od tamtej pory dolna kuchnia była wieczorami zamknięta na klucz więc pozostało nam jedynie zacisnąć pasa.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
1 czerwca 2007

pierwszy plener w Krakowie (4)

Po kilku dniach trwania krakowskiego pleneru przyszedł z wizytą na oddział 4a dyrektor szpitala i główny organizator pleneru – dr Andrzej Kowal. Było to w godzinach rannych. Dr Kowal odwiedzał po kolei pokoje wszystkich artystów i zajrzał też do naszego pokoju, tzn. kuchni gdzie zgromadzone były plenerowe dzieła. Podczas tej wizyty chrapałem w najlepsze po nocnych twórczych szaleństwach i nie chcieli mnie budzić. Kiedy wstałem, Robunio zrelacjonował mi przebieg wizyty. Dr Kowal z wielkim zainteresowaniem obejrzał wszystkie prace. Powiedział że moje sukcesy, czyli wystawy w Brukseli, Liege, Kioto są już w Krakowie znane. Sprawiło mi to wielką frajdę i jeszcze bardziej dodało skrzydeł. Dr Kowal był od wielu lat zaprzyjaźniony z doc. Magdaleną Tyszkiewicz prowadzącą gdyński klub miłośników sztuki. Razem reprezentowali Polskę w międzynarodowym stowarzyszeniu artoterapii. Konferencje tego stowarzyszenia odbywały się kilka razy w roku w różnych miejscach na całym świecie. Dlatego, kiedy powstał pomysł pleneru, gdyński klub otrzymał zaproszenie do wystawienia swoich reprezentantów. I w ten sposób nasza skromna grupka zagościła na krakowskim podwórku. Tymczasem mijały kolejne dni artystycznych szaleństw. Całe dnie spędzaliśmy w naszej kuchennej pracowni. Trzymaliśmy się razem i trochę odizolowaliśmy od reszty grupy. Czuliśmy się raźniej we własnym sosie i stworzyliśmy nawet odrębny mikroklimat który był intrygujący dla dziewczyn opiekunek lub - jak je określaliśmy – „przedszkolanek”. Zastanawiały się dlaczego zamknęliśmy się w pokoju i nie chcemy bardziej otworzyć się na całe plenerowe środowisko? Sami nie wiedzieliśmy. Dziewczyny odwiedzały nas często, oglądały nowe obrazy, pytały o różne rzeczy związane z naszym gdyńskim światem. Dla krakowskiego środowiska staliśmy się egzotyczną ekipą która wniosła na plener nowy, specyficzny klimat. Można by powiedzieć, że przewróciliśmy regulamin pleneru do góry nogami. O ile cała grupa wstawała o 8 rano i kładła się spać o 22 wieczorem, to u nas wyglądało zupełnie inaczej. Spaliśmy do południa i po kilku dniach dziewczyny machnęły ręką i przestały nas budzić na śniadanie bo to nie miało sensu. Na szczęście wykazały zrozumienie dla naszej odmienności i dostarczały śniadanie do pokoju. Po obiedzie cały czas siedzieliśmy w naszej „pracowni” gdzie tworzyliśmy kolejne dzieła. Smarowaliśmy do białego rana. Do czwartej, czasami nawet piątej . Prowadziliśmy przy tym ożywione dyskusje. Zastanawialiśmy się na przykład, skąd wzięła się nazwa Kraków. Zza okna słychać było bardzo często krakanie wron i kruków. To „kra kra kra” towarzyszyło nam przez cały czas pobytu w Krakowie. Z tego wyciągnęliśmy logiczny że od tego „kra kra kra” powstała nazwa Kraków i było to dla nas zupełnie logiczne. Tymczasem praca wewnątrz „pracowni” wyglądała mniej więcej tak:
furman siedział przy swojej sztaludze i próbował coś stworzyć ale nic mu nie wychodziło i bez przerwy rzucał przekleństwami. Od początku malował jeden i ten sam obraz w swoim furmanowym realistycznym stylu przedstawiający ludzika na motorze. Jednak proporcje były makabryczne. Motocyklista miał wielką głowę i małe krótkie nóżki. Robunio stał obok tego bohomazu i pękał ze śmiechu. Furman był obrażony bo nie wiedział o co chodzi. W końcu rzucał pędzle i farby i szedł spać. Zostawaliśmy w pracowni we dwójkę. Robunio smarował na podłodze ale brakowało mu koncepcji. Rozpaprał jeden obraz robiąc z niego kompletne siano po czym odkładał i brał następną kartkę obiecując wrócić do poprzedniego przy innej okazji. Jednak z następnym obrazem wychodziło to samo co z poprzednim czyli nic. I w ten spoób namydlił chyba z 10 kartek nie tworząc ani jednej skończonej pracy. Co do mnie to udało mi się wypracować nowy styl który nabierał konkretnych form. Było to jawne pogwałcenie zasad kwadryzmu ale taki był mój cel, kiedy przyjeżdżałem na ten plener. Eksperymenty. Zrezygnowałem z trójwymiarowych, sześciennych brył. Tworzyłem płaskie, kolorowe, mozaikowe kompozycje. Kiedy namalowałem już kilka takich obrazów i ułożyłem je na podłodze obok siebie – ukazała się ciekawa układanka. Odbiegało to od tego, co robiłem do tej pory ale było intrygujące – jak oceniali ci którzy obejrzeli te prace. Chociaż – do szczęścia brakowało mi czegoś jeszcze. Byłem zadowolony ze stylu ale tematy były raczej banalne.Postacie ludzi, kobiet itp. Wiedziałem że aby odnieść sukces na tym plenerze muszę zaskoczyć nie tylko stylistycznie ale też – tematycznie. A tego na razie mi jeszcze brakowało. Idea narodziła się kilka dni później – po wycieczce na Wawel. Tymczasem siedzieliśmy w Kobierzynie i znowu zapragnęliśmy mocniejszych wrażeń. Pewnego wieczora znowu postanowiliśmy wyskoczyć na spacer. Podobnie jak poprzednio wymknęliśmy się tylnym wyjściem poza bramy szpitala. Planowaliśmy ponownie zajrzeć do „burdel mamy” Ale zauważyliśmy że w pobliżu kręcą się pracownicy szpitala którzy – jak nam się zdawało- obserwują nas podejrzliwie. W tej sytuacji lepiej było nie ryzykować. Zdecydowaliśmy że pojedziemy do Skawiny. Tam będziemy całkowicie bezpieczni. Wpakowaliśmy się w autobus 201 i zajechaliśmy do tego podkrakowskiego miasteczka. Znaleźliśmy tam ciekawą knajpkę i spędziliśmy w niej dwie godziny. Kiedy wychodziliśmy z tej kafejki zadowoleni i w świetnych humorach – stanęliśmy oko w oko z naszymi plenerowymi opiekunkami!– Agatą i Bogusią – które akurat przechodziły obok. Trudno powiedzieć kto był bardziej zdziwiony – wszyscy stali z otwartymi gębami. Dziewczyny pierwsze otrząsnęły się z szoku i spytały co my tu robimy. Odpowiedzieliśmy że – no cóż – zwiedzamy podkrakowskie rejony. Pogroziły nam palcem. Z kolei my spytaliśmy co one tu robią. Okazało się że – mieszkają w Skawinie. Ot co. Właśnie skończyły pracę i wracają do domu. Obiecały nam że – nic nie widziały i nic nie słyszały. Tak więc nasza tajemna eskapada pozostała między nami. Kiedy wróciliśmy do Kobierzyna zastaliśmy ponownie zamknięte drzwi. Tak jak poprzednio musieliśmy żebrać o wejście do środka. Na szczęście – dyżurna pielęgniarka była inna niż poprzednio – bardziej sympatyczna i wpuściła nas z uśmiechem i bez mycia głowy. Jak zwykle furman od razu poszedł spać a ja z Robuniem szaleliśmy do rana.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
31 maja 2007

pierwszy plener w Krakowie (2)

Weszliśmy na teren szpitala im.Babinskiego. Nie było tam żadnej kontroli. Po lewej stronie znajdowały się bloki mieszkalne które – jak się dowiedzieliśmy później – zbudowano dla pracowników szpitala. Po prawej rozciągała się ogromna łąka na której pasło się kilkanaście koni. Po dłuższej wędrówce dotarliśmy do ronda przy którym stał budynek administracji. Był to architektonicznie ładny dom w stylu szlacheckich XIX wiecznych pałacyków. Weszliśmy do środka w celu uzyskania informacji na temat pleneru. Jakaś kobieta poinformowała nas że zbiórka jest na oddziale 4a – po czym wskazała ręką kierunek bo nie mieliśmy pojęcia gdzie to może być. Udaliśmy się w tamtą stronę po drodze obserwując mijane budynki. Było widać że objekty nie są nowe i mają swoją historię. Między budynkami wiele zieleni, drzew, trawników, parków, ławeczek, ścieżek. Dotarliśmy do gmachu określanego mianem- 4a.Wyróżniał się on od pozostałych gdyż – choć był architektonicznie podobny – wyglądał jak nowy. Ściany budynku lśniły od świeżej białej farby a dach wyłożono nowiutką czerwoną cegłą. Przed wejściem stało kilkanaście osób. Domyśliliśmy się że to nasi plenerowicze. Podeszliśmy do grupy po czym nastąpiła uroczystość przedstawiania i prezentacji. Następnie zostaliśmy zaproszeni do środka na wieczorek zapoznawczy. Zebranie poprowadziła grupa sympatycznych młodych kobiet które były szefowymi i opiekunkami pleneru. Przedstawiły nam ogólne zasady, program i regulamin. Potem nastąpił przydział pokoi. Pokoje były dwu, trzy i czteroosobowe. Rzecz jasna otrzymaliśmy trzyosobowy pokój po czym brzęcząc kluczami powędrowaliśmy na górę do naszego apartamentu. Pokój był obszerny z ogromnym oknem i wygodnymi łóżkami. Obok znajdowało się duża kuchnia – do naszej wyłącznej dyspozycji. Oceniliśmy te warunki jako luksusowe. Co prawda w środku nie było łazienki ale znajdowała się naprzeciwko - po drugiej stronie korytarza czyli prawie jakby nasza. Nic więcej do szczęścia nam nie było trzeba, chyba że bar z piwem. Praca twórcza miała rozpocząć się nazajutrz. Tymczasem byliśmy zmęczeni więc po rozpakowaniu i kąpieli z prysznicem rzuciliśmy się na kojce i zasnęliśmy twardym snem zdrożonych traperów. Następnego dnia rano obudziły nas dwie dziewczyny z kierownictwa. Zapukały do pokoju a ponieważ wszyscy mocno chrapali więc weszły do środka i budziły każdego po kolei z uśmiechem na twarzy. Otworzyłem oczy i ujrzałem nad sobą miłą twarz dziewczyny która wczoraj prowadziła zebranie. Zapraszała do pobudki i na śniadanie. Kątem oka zerknęłem na Robunia i furmana. Sprawiali wrażenie jakby nie wiedzieli o co chodzi. Wszyscy mieli głupie miny bo w pokoju było straszne siano. Przed pójściem spać jedyne co zdążyliśmy zrobić to bałagan. Jednak zdrapaliśmy się z wyra i obiecaliśmy że za 10 minut zameldujemy się na stołówce. Co też zrobiliśmy wykonując pośpiesznie poranną toaletę.
Ze strasznym łoskotem zbiegliśmy po schodach na dół do kuchni. Całe plenerowe towarzystwo siedziało już przy stole. Było tam chyba 30 osób. Dosiedliśmy się do tych bocznych krawędzi stołu które  pozostały wolne i zajęliśmy konsumpcją po drodze obserwując towarzystwo. Atmosfera była raczej drętwa bo większość ludzi nie znała się jeszcze. Dziewczyny z kierownictwa poinformowały że po śniadaniu można zgłaszać się po materiały do tworzenia – obowiązuje zasada – kto pierwszy ten lepszy. Z naszej grupy pierwszy zerwał się furman a to dlatego że połknął śniadanie jednym kłapnięciem zębami. Co do mnie to konsumowałem spokojnie i bez pośpiechu ustawiłem  w kolejce po sprzęt. Kotłowanina była straszna bo obowiązywała zasada kto pierwszy ten lepszy a każdy chciał zdobyć jak najlepsze farby, płótna, pędzle. Furman przepchał się jako pierwszy więc dostał farby olejne, płótna i sztalugę. Robunio był mniej więcej w środku kolejki. Załapał się na farby akrylowe i pastele ale płócien ani sztalug już nie..pozostał tylko brystol. A kiedy nadeszła moja kolej to  tam już prawie nic nie było w magazynku..wszystko rozszarpała szarańcza. Jedynie farby plakatowe i papier. Ale przyjęłem te dary ze stoickim spokojem. Traktowałem je jako boży prezent. Z otrzymanym sprzętem udałem się na górę do pokoju. Robunio i furman wywalili wszystkie materiały na swoje łóżka. Bałagan w pokoju był kompletny. Dorzuciłem swoją porcję do tego stosu. Tymczasem furman który jako jeden z pierwszych załapał się na sztalugę których było tylko pięć lub sześć na trzydziestu plenerowiczów – szamotał się teraz z tą sztalugą próbując ją rozpracować – czyli – zmontować.  Sprawa nie była prosta bo był to dosyć skomplikowany mechanizm. Kombinował na różne sposoby – wszystko na nic. Coraz bardziej wściekły ciskał przekleństwami, wyzywał sztalugę od kurew i różnych takich. Ja nie mogłem mu pomóc bo nie znałem się na sztalugach. Robunio też miał minę niewyraźną. W końcu furman chwycił sztalugę pod pachę i wypadł z pokoju pewnie z zamiarem szukania pomocy u ekspertów. Wrócił po kilkunastu minutach z rozradowaną miną. Sztaluga była prawidłowo zmontowana i furman ustawił ją na środku pokoju z zamiarem rozpoczęcia pracy twórczej. Wywalił farby olejne i pędzle na krzesło obok. Chwycił pędzel w rękę, machnął dwa razy w płótno i...koniec. Oświadczył że jest zmęczony i idzie spać. Rzeczywiście. Spał jak zabity cały dzień i całą noc. Robunio też gdzieś wyparował. W międzyczasie ustaliliśmy pewne zasady. Otóż warsztaty miały odbywać się w pracowni oddziału 4a która znajdowała się na parterze, od wejścia po lewej. Było tam jednak zbyt ciasno dla 30 osób, czyli całej plenerowej grupy. Po konsultacji z dziewczynami kierującymi plenerem udało się naszej grupie wynegocjować że możemy tworzyć w  przylegającej do naszego pokoju kuchni. Była to wymarzona sytuacja. W ogólnej grupie czuliśmy się skrępowani bo nie znaliśmy jeszcze nikogo. Jednak w kuchni był tylko jeden stół – a nas było trzech. W trakcie wewnętrznych negocjacji ustaliliśmy że ja będę malować na stole, furman na swojej sztaludze, a Robunio..na podłodze czyli glebie. Jemu to jak najbardziej odpowiadało bo właśnie na glebie był w stanie najlepiej rozwinąć swoje skrzydła. No i tak już pozostało do końca ...zabrałem się do malowania swojego pierwszego plenerowego obrazu. Była to scena rodzajowa z dwiema dziewczynami. Nazwałem go w myślach „Dziewczyny z Kobierzyny”. W tym dziele była pewna ciekawostka. Otóż po raz pierwszy odszedłem od swojego kwadryzmu. Postanowiłem poeksperymentować. Użyłem płaskich kolorowych, geometrycznych form które dawały silny ekspresyjny efekt. Skończyłem swoje dzieło o 3 w nocy. Potem prysznic i udałem się do snu po pierwszym dniu pleneru zupełnie usatysfakcjonowany. Robunio i furman już dawno spali i było słychać ich donośne chrapanie.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
31 maja 2007

pierwszy plener w Krakowie (3)

Następnego dnia zaspaliśmy paskudnie. Kiedy zwlekliśmy się z łóżek było już około południa. Co prawda dziewczyny opiekunki, podobnie jak wczoraj próbowały nas obudzić, ale tym razem bez powodzenia. Powiedzieliśmy, tak, tak, zaraz zejdziemy, po czym każdy odwrócił głowę do ściany i spał dalej. Trzeba było odespać wczorajsze stresy. Kiedy jednak w końcu stanęliśmy na nogi, zauważyliśmy ze zdziwieniem że śniadnie, i to obfite, stoi na naszym kuchennym stole. A więc dziewczyny opiekunki zadbały o to, żebyśmy nie umarli z głodu do obiadu. Było to bardzo podbudowujące. Rzuciliśmy się do stołu jak zgłodniałe wilki i skonsumowaliśmy wszystko w mgnieniu oka. Ponieważ dochodziła już trzynasta, więc zaraz po śniadaniu trzeba było iść na obiad. Śniadania i kolacje odbywały się na oddziale 4a, ale na obiad trzeba było maszerować do stołówki która znajdowała się mniej więcej w połowie drogi między budynkami 4a i administracją. Każdy z plenerowiczów otrzymał talon obiadowy w którym kobieta wydająca posiłki obcinała kolejne kupony. Stołówka była to duża sala przypominająca klimatem bary mleczne z czasów socjalizmu.
Dzięki talonom nie było konieczne stawianie się dokładnie na czas. Można było przyjść później godzinę albo nawet dwie. Obiady były dobre i wystarczały mi w pełni. Robunio też nie narzekał. Ale furmanowi było zawsze mało więc po skonsumowaniu swojej porcji ustawiał się znowu w kolejce po dokładkę drugiego dania. Czasami udawało mu się coś wyżebrać ale najczęściej dostawał popędź. Wtedy wracał ze stołówki wkurzony że jego gruby brzuch nie znalazł spełnienia. No ale cóż, życie. Po obiedzie zaproszono nas na wędrówkę po obiektach szpitala. Znajdowało się tam sporo ciekawostek gdyż szpital im.Babińskiego patronował wielu znanym artystom którzy znajdowali się pod bezpośrednią opieką tej placówki. W ten sposób dotarliśmy do budynku w którym mieszkała znana malarka ludowa Maria Wnęk. Była to już starsza i schorowana kobieta. Miałem jednak to szczęście że jeszcze poznałem ją za życia. Wszystkie ściany wewnątrz budynku były niemal wytapetowane jej obrazkami któych namalowała w sumie- jak oceniono- kilkanaście tysięcy. Kilka lat później jej twórczością zainteresowało się muzeum l'art brut w Lozannie. Została ochrzczona mianem „Nikiforka”. Tymczasem spotkanie z artystką przebiegało w sposób trochę zabawny. Wśród plenerowych artystów znajdował się popularny twórca z Tworek – Stanisław Dutkiewicz. Jego charakterystyczną cechą była niewyraźna wymowa. Nikt nie mógł zrozumieć co mówi. Tymczasem Dutkiewicz zadawał pytania Marii Wnęk która była głucha jak pień.W żaden sposób Stanisław Dutkiewicz i Maria Wnęk nie mogli się dogadać. Zaprezentowano nam obrazki które były bardzo oryginalne, przedstawiające na ogół żółte postacie na niebieskim tle. Były to ulubione barwy Marii Wnęk. Dowiedzieliśmy się jeszcze trochę ciekawostek po czym opuściliśmy to specyficzne muzeum. Teraz naszą uwagę zwrócił jeden z uczestników pleneru – oryginał z wąsami z zawieszoną na piersiach kartką z napisem „artysta malarz wielobranżowy” Wyglądało to zabawnie. Dowiedzielśmysię później że to Tadeusz Głowala- twórca z Płocka, znany, utytułowany, laureat wielu nagród. Tymczasem, dopóki nie poznaliśmy jego sztuki – wyglądał nam na bardzo niegroźnego dziwaka. Zwiedziliśmy jeszcze kilka innych budynków po czym cała ekipa ruszyła z powrotem na oddział 4a gdyż zbliżała się pora kolacji. Kiedy już wszyscy najedli sie do syta zostaliśmy zaproszeni do piwnicy budynku 4a gdzie znajdowała się ekspozycja obrazów Jana Olszaka – kolejnego wielkiego malarza krakowskiego będącego pod opieką Kobierzyna. Wielkie obrazy przedstawiające mitologiczne postacie na wysmukłych, długonogich koniach zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Rok później został odrestaurowany i oddany do użytku kolejny budynek – oddział 7b. Standard był zbliżony do 4a jednak oddział 7b był większy i bardziej okazały. Tam też została przeniesiona wystawa dzieł Olszaka. W długich, piwnicznych korytarzach oddziału 7b było ich znacznie więcej i stały się ekspozycją stałą. Tam też otwarto pracownię plastyczną którą poprowadziła p.Irena Kolański a pracownię 4a – Małgorzata Bury – młoda, sympatyczna i energiczna osóbka która towarzyszyła nam w kolejnych plenerach do samego końca. Tymczasem jeszcze nie było żadnej z nich. Dziewczyny opiekunki które nazywaliśmy między sobą żartobliwie „przedszkolanki” to były młode panienki w wieku 18-22 lata.
Stopniowo poznawaliśmy ich imiona – Agata, Marta, Bogusia, Edyta. Było ich znacznie więcej i pracowały na zmianę. Raz te, raz tamte. Raz jedne pracowały w ciągu dnia a inne na „nocnym dyżurze” to vice versa. I tak to ten plenerowy młynek zaczynał się rozkręcać. Wieczorem postanowiliśmy trochę się rozerwać. Mieliśmy ochotę odreagować stresy bo odczuwaliśmy w tych pierwszych dniach pleneru duże ciśnienie. Jednak był mały problem. Podczas pleneru obowiązywała prohibicja i spożywanie jakiegokolwiek alkoholu było zabronione. Wynikało to być może z tego, że większość plenerowiczów była uzalżniona farmakologicznie co wykluczało spożywanie drunków. Ale zakazane owoce smakują najbardziej...około 20 wieczorem wymknęliśmy się z budynku informując „dyżurną pielęgniarkę” że idziemy na mały spacerek. Wyszliśmy z terenu szpitalnego „z drugiej strony” Teren w tym miejscu był niezbyt ciekawy, wzdłuż ulicy biegły długie metalowe rury, dalej zauważyliśmy wysoki komin wzbijający się pod niebo. Po drugiej stronie ulicy przy płocie wisiał jakiś szyld. Podeszliśmy bliżej i okazało się że to...knajpa, chociaż początkowo sądziliśmy że znowu jakiś zakład pogrzebowy. Wtargnęliśmy do środka. Za kontuarem stała kobieta około 50 lat, cudacznie uczesana w ogromny kok i ubrana w jakiś srebrny kombinezon. Siedliśmy przy stolikach i zamówiliśmy co trzeba a dziwaczna barmanka obsłużyła nas z szybkością światła. Byliśmy pod silnym wrażeniem. Określiliśmy barmankę mianem „burdel mama” Szczególnie furmanowi przypadła do gustu ta kobieta. Spędziliśmy w tej knajpie chyba trzy godziny i skończyło się na tym że furman z „burdel mamą” wywijali jakieś łamańce na parkiecie. Trzeba było go siłą wyciągnąć na zewnątrz. Zrobiło się późno. Zapadły ciemności. Wracając z powrotem przechodziliśmy koło jakiegoś płota gdzie ujadał ogromny brytan. Robunio wsadził rękę między sztachety płota. Sądziliśmy że wyciągnie sam rękaw bez dłoni. Ale brytan powąchał tylko rękę i...nic. Tymczasem nie zauważyliśmy że obok brytana stał mały kundelek. I ten kundelek doskoczył i dziabnął w tą robuniową rękę. Robunio yciągnął ją szybko i zaczął zlizywać płynącą krew. Wracając do bazy hahaliśmy z niego ile wlazło. Wreszczie stanęliśmy przed oddziałem 4a. Niestety – drzwi były zamknięte. Ładny gips. Było już około północy a ostrzegano nas że można wracać tylko do 22. Dopiero po 15 minutach dzwonienia ukazała się dyżurna pielęgniarka która z groźnym wyrazem twarzy otworzyła nam drzwi. Spytała co to ma znaczyć powrót o tej porze? Kajaliśmy się, przepraszalśmy i przysięgaliśmy że to pierwszy i ostatni raz. W końcu dyżurna pielęgniarka dała się udobruchać i zostaliśmy wpuszczeni do środka. Pobiegliśmy pędem na górę do pokoju. Furman od razu palnął na łóżko i zasnął. Ja i Robunio wtargnęliśmy do kuchni czyli naszej „pracowni” i zaczęły się malarskie szaleństwa. Robunio rozłożył papiery na podłodze i smarował coś na nich pastelami, akrylami, olejami. Mix. Trudno mi było wywnioskować co on tworzy bo wyglądało to na masło maślane. Jednak po godzinie ciapciania miał już dosyć. Drugą godzinę spędził w łazience próbując zmyć z siebie te wszystkie smary. Co do mnie to – siedziałem do czwartej rano. Jeszcze lepiej niż wczoraj. Ale drugie plenerowe dzieło było skończone.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
29 maja 2007

pierwszy plener w Krakowie (1)

Rok 1997 zaczął się dla mnie budowaniem wszystkiego od nowa. Makabryczne zdarzenia jak ślub Joanny i masakra na granicy w Kołbaskowie która uniemożliwiła podróż do Brukseli i Lozanny – nie poprawiły mi nastroju. Kilka miesięcy trzeba było lizać rany po tych klęskach. Ale w końcu – czas pędzi do przodu i pozwala zapomnieć o nieudanej przeszłości...wiosną 1997 dr. M Tyszkiewicz zorganizowała wystawy moich dzieł w Toruniu i Bydgoszczy. Wprawdzie nie brałem osobiście udziału w żadnej z tych imprez to jednak satysfakcja była. Moja twórczość biegła niezmiennym rytmem niezależnym od wszystkich innych spraw. Malarstwo stało się jedyną pociechą. W dalszym ciągu działała organizacja Klub Krzywego Kwadratu, chociaż trochę kulawo. W każdą sobotę przychodzili do mnie znajomi, Robunio, furman i Kuba po czym wędrowaliśmy do knajpy o pseudonimie „AA” gdzie ustalaliśmy plany z których i tak nic nie wychodziło. Oprócz tego spotykaliśmy się w klubie i domu kultury w Małym Kacku. Pewnego wiosennego dnia w pokoju klubu miłośników sztuki ktoś zauważył małą niepozorną kartkę przyczepioną do ściany. Wisiała tam od dawna ale do tej pory nie została odkryta bo znajdowała się za fotelem na którym zawsze ktoś siedział. Tym razem jednak fotel był pusty. Zainteresowaliśmy się tą karteczką. Była tam informacja o ogólnopolskim plenerze malarskim który miał odbyć się w Krakowie w lipcu 1997.Sprawa była interesująca. Zdecydowaliśmy że spróbujemy załapać się na ten plener. Kilka dni potem Robunio zadzwonił do Krakowa do organizatorów. Była to ostatnia chwila bo odkryliśmy karteczkę trochę po terminie zgłoszeń...ale okazało się że są jeszcze wolne dwa miejsca. Więc szybko ustaliliśmy że pojedziemy – ja i Robunio. Jednak w tej sytuacji furman czuł się pokrzywdzony. Narzekał że ma depresję i marudził że też chce jechać. Wprawdzie malarz był z niego żaden ale pal sześć. Niech jedzie. Na własne ryzyko. Jak go odstawią z powrotem z Krakowa do Gdyni to trudno. No i w ten sposób pewnego lipcowego dnia spakowaliśmy manatki i udaliśmy się na pociąg do Krakowa we trójkę – na poszukiwanie przygody.Podróż minęła wesoło. Zabrałem ze sobą gitarę i przez całą podróż rzępiłem na niej wzbudzając zgorszenie pasażerów na korytarzu i w sąsiednich przedziałach. Również układałem kompozycje na poczekaniu na temat brzucha furmana pt „facet w ciąży” I tak sobie dojechaliśmy wczesnym rankiem do Krakowa. Przeszliśmy tunel dworcowy szukając w przewijającym się tłumie sławnych gwiazd. W pewnej chwili ujrzałem człowieka którego twarz wydała mi się znana..z jakiegoś serialu. Ale nie mogłem sobie przypomnieć z jakiego. Minęliśmy dworzec. Na rogu stała mała budka z tanimi posiłkami. Zatrzymaliśmy się tam. Wypadało coś zjeść bo żołądki grały mazura. Zjedliśmy pyszny żurek i do tego kawę. Siorbiąc małą czarną zastanawiałem się jak to będzie. Moje pierwsze odczucie było bardzo pozytywne. Kraków zrobił na mnie wrażenie bardzo swojskie. Poczułem się jak u siebie w domu. Po skonsumowaniu śniadania ruszyliśmy na miasto. Przewodnikiem był Robunio bo już był wcześniej w Krakowie kilka razy. Wąskimi przydworcowymi uliczkami dotarliśmy do placu z pomnikiem Grundwadu. Po jednej stronie pomnika znajdowała się krakowska ASP. Po drugiej – jadłodajnia, swojska knajpka ze stolikami rozstawionymi na tarasie. Tam klapnęliśmy. Wypadało napić się piwa zanim wkroczymy do jaskini lwa...no więc konsumowaliśmy browar, z lubością syciliśmy się widokiem rozwalonego Jungingena oraz dumnego króla Jagiełłę na szczycie pomnika. Snuliśmy marzenia o podboju Krakowa. Świat wydawał się jasny i radosny. Co chwilę przechodziły dziewczyny oryginalnie ubrane jakich trudno byłoby szukać w Gdyni. Próbowaliśmy nawet te i owe zaczepiać ale bez powodzenia...siedzieliśmy tak ze dwie godziny aż w końcu trzeba było się ruszyć. Co prawda zbiórka plenerowiczów była na godzinę 18 ale do celu było dosyć daleko. Otóż plener miał odbyć się w dzielnicy Krakowa pt. Kobierzyn. A dokładnie- na terenie szpitala im. Babińskiego. Początkowo ta lokalizacja wydawała się być mało atrakcyjna ale -pozory mylą i potem okazało się że nie taki diabeł straszny. Wstaliśmy ze stolików i lekko chwiejnym krokiem ruszyliśmy dalej. Minęliśmy Barbakan, weszliśmy na Floriańską i potem na rynek Sukiennice. Wszędzie otaczal nas barwny, wielokolorowy tłum. Jednak największe atrakcje Krakowa jak Biała Dama, drummer narkoman itp, - odkryliśmy dużo później. Tymczasem błądziliśmy po mieście. W końcu wpakowaliśmy się w tramwaj nr 19 którym dojechaliśmy po dosyć długim czasie do Borku Fałęckiego. Tam wskoczyliśmy w autobus 201 jadący do Skawiny przez Kobierzyn. Tym razem droga była krótka. Po kilku przystankach wyskoczyliśmy z autobusu. Był to pierwszy przystanek na terenie Kobierzyna. Potem okazało się że równie dobrze można było wysiąść na drugim lub trzecim skąd droga do celu byłaby krótsza. Jednak wszystkie tajemne drogi, wyjścia i zakamarki tego gigant szpitala odkrywaliśmy stopniowo w miarę trwania pleneru. Tymczasem staliśmy na przystanku w Kobierzynie zastanawiając się co dalej. Było jeszcze trochę czasu do zbiórki. Furman miał ochotę jeszcze się napić. Niedaleko przystanku zauważyliśmy coś co wyglądało na knajpę. Poszliśmy w tamtą stronę. Okazało się jednak że to nie była knajpa tylko...zakład pogrzebowy. Zawróciliśmy jak niepyszni udając się już prosto do celu – do jaskini lwa – czyli na teren szpitala im. Babińskiego...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: mirco      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
 
 
 
 
 
 
O historii słów kilka
Pierwsze wiadomości o schizofrenii pochodzą jeszcze ze starożytności; wzmianki o chorobie odnaleźć można m.in. w Piśmie Świętym.
Termin ‘schizofrenia’ został wprowadzony w roku 1911 przez E. Bleulera – dla psychozy opisanej przez Kraeplina jako ‘dementia praecox’.