Wpisy użytkownika

Filibert

 
 
21 czerwca 2011

Przeznaczenie

   cd. "Mojego dziennika niecodziennego"

 
20 VI 2011
 
 
Przeznaczenie
 
W gęstej się przechadzam mgle
bełkotając ble ble ble.
Na pustyni pełnej ludzi
Może coś się we mnie wzbudzi.
 
W gąszczu ich pijanych twarzy

Czekam  aż się coś wydarzy.
 
Śmieje się szyderczo dama pik
Gdy popijam piwa łyk.
A trzykrotnie zaimpasowany król
jeszcze może sprawić ból..
Biały hetman z czarnym skoczkiem
łypie  na mnie piwnym oczkiem..
 
A wynikiem całej gry
tak  jak zawsze będziesz Ty.
 
 
 
 
 
 

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Filibert      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
20 maja 2010

bez tytułu

Cd. Mój dziennik niecodzienny

2010 V 14 (piątek)

Jest to dalszy ciąg "Mojego dziennika niecodziennego". Pisałem go na swoim laptopie i w innych miejscach. Postradałem rok (2009) tych zapisków wskutek własnej głupoty i innych pewnych okoliczności , które oddziałały na mnie zbyt mocno. Mam jeszcze pewne minimalne szanse odzyskania tych danych.. Mimo wszystko kontynuuję. Nie wiem po co ? Zaszło wiele wydarzeń we świecie, w Polsce, które na mnie również pewien wpływ wywarły. Mam sporo refleksji, przemyśleń, hipotez, interpretacji z którymi trudno mi się podzielić z otoczeniem z tego względu, że każdy dialog , każda dyskusja jest permanentnie i stale zakłócana przez różnorakie czynniki. Nie sposób po prostu żadnej myśli, żadnego poglądu, żadnego wywodu doprowadzić nawet do tego momentu w którym może mieć on jakiś sens. W praktyce jeżeli tylko zaczynasz coś mówić, budować jakiś wywód, czegoś dowodzić to zawsze zostanie ci on przerwany pod pozorem , że twój rozmówca zna ciąg dalszy , przeważnie twoja myśl zostaje tak zniekształcona i skarykaturyzowana i spłycona , że twój partner w rozmowie (czasami przeciwnik) z tryumfem rozprawia się z nią, albo po prostu manifestuje on "swoje" stanowisko jako ważniejsze, zupełnie nie dbając o argumentacje albo nie zauważając , że to co wygłasza jest banałem, truizmem albo nic nie znaczącym ogólnikiem. Zupełnie zanikła w rozmowach sztuka wysłuchania swego partnera, próba zrozumienia jego stanowiska, a dopiero potem ustosunkowania się do tego. Argumentacji na rzecz takiej albo przeciwnej tezy. Jasne, że ktoś kto próbuje w taki staroświecki sposób prowadzić rozmowę , a zwłaszcza spór, stoi na z góry straconej pozycji zostanie bowiem zagadany albo wytrącony z wątku albo zbyty kretyńskim dowcipem lub pseudo-żartem i przeważnie musi zamilknąć i poddać się w bezsilnym przeświadczaniu, że głupota jednak jest niezwyciężona i jedyne co nam pozostaje (jeśli sami nie chcemy prowadzić rozmowy na takim poziomie) to dać za wygraną i po prostu zakończyć cała sprawę odwracając się na pięcie i zająć się czymś innym. Jasne , że odpowiedzialna za taki stan rzeczy jest telewizja która żywi się głupotą, pustotą, jałowością, banałem, truizmem, małostką itd. Telewizja dostarcza wzorów i modeli zachowania dla olbrzymich mas ludzkich nie tylko podsuwając pewne tematy do rozmów lub (i co jest równie ważne) przeciwnie unikając jak ognia innych, ale także propaguje i rozpowszechnia pewne formy zachowania się w dyskusji lub rozmowie, które zgodnie z naturą telewizji muszą być płaskie, powierzchowne, płytkie, trywialne i jak najgłupsze oraz jak najbardziej pretensjonalne. Jasne jest ,że ja również musiałem nieraz mniej lub bardziej świadomie stosować takie metody lub dostosowywać się do takich form. Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie dodać, że przeważnie (choćby post factum) zdawałem sobie z tego sprawę i nawet potrafię się tego wstydzić.

2010-05-19 (środa) W tych czasach niepewnych jak zawsze wydalam z siebie toksyny … Nerki duszy mojej są przeciążone. Ty losie mój i przypadku. Ty Historio, która zapisujesz się na twardym dysku Pana Boga... Jesteś czasem bardziej nieprzewidywalna i szalona niż partia szachów rozgrywana przez Super-wariata.. Bóg czy Szatan rozgrywa tą partię ? Jeśli to Gra Boga z Szatanem i jeśli wynik nie jest z góry znany to Bóg nie jest wszechmocny. Wynik musi być otwarty.. I skąd się wzięła ta siatka pojęć Bóg-Szatan? Może Gra toczy się i przebiega zupełnie inaczej ? Któż to wie ? Nie mogę jednak obyć się bez pojęć, bez znaczeń.. Moje Ja domaga się nazywania. Domaga się porządkowania,. Domaga się sensu tam gdzie sens być może nie istnieje. Pogodzić się z brakiem sensu ? "Jeśli Boga nawet nie ma to dobrze się stało, że Człowiek go wymyślił" Jeśli Sensu nawet nie ma to chyba dobrze się dzieje, że Człowiek takie Sensy nadaje wszystkiemu. Pojęcia Bóg, Ludzkość, Naród, Nauka, Rodzina nadają sensy pewnym działaniom. Generują pewne Gry, w których ja również uczestniczę i od których uchylić się nie mogę.. Ale nie umiem odpowiedzieć na pytanie: Która z pośród gier jest najważniejsza ? Odpowiedź byłaby zupełnie apodyktyczna i nieszczera. Tedy grywam w Szachy, grywam w Brydża, grywam w Ateistę, grywam w Polaka, grywam w Ojca i Męża , niektóre Gry omijając i unikając ich, o ile nie zostanę przymuszony Sytuacją do wzięcia w tym udziału. Nie gram w Kobieciarza, nie gram w Biznesmana, nie gram w Artystę. Omijam, siłą rzeczy, setki gier i sensów na tyle na ile mogę ich uniknąć. Co ? Że jest jeden sens najważniejszy, że jest coś co nie jest Grą, że jest coś więcej, że marnuję czas nie poświęcając się Jednemu ? Odpowiem Ci tak: Jeśli jesteś przekonany ,że gotów jesteś oddać własne życie na rzecz tego Jednego, to zważ także ,że jesteś gotów odebrać komuś życie za to , że jest zwolennikiem Innego. Nie jest również wykluczone, że Ja także mogę stanąć u Twego boku w Godzinie Próby (albo przeciwnie po drugiej stronie) i narazić swoją egzystencję na szwank. Ja jednak zawsze uczynię to z najwyższą niechęcią ,świadom tego, że w dużym stopniu o wszystkim decyduje często przypadek , ślepy los, a sens ofiary z własnego życia jest zawsze przeinaczana, przekręcana i zniekształcana przez Historię. Odpowiesz może : To relatywizm, nihilizm, amoralność. A ja Ci być może odpowiem to fanatyzm, okrucieństwo ,despotyzm brak tolerancji albo może hipokryzja. Moja etyka polega jedynie na tym ,że zgodnie ze swoim wewnętrznym głosem i charakterem wolę być posądzanym o relatywizm lub nawet nihilizm niż uchodzić za fanatyka i despotę.

Nie chcę również być nieszczerym i okłamywać sam siebie. To dla mnie jedyna Etyka na jaką mnie stać. . Ale nade wszystko racz wziąć pod uwagę morał, który zawiera się w pewnej historyjce, która wydarzyła się w pewnym małym miasteczku, gdzieś pośród setek innych małych miasteczek w naszym kraju. Sens tej opowiastki najlepiej i najdokładniej opisuje moje stanowisko i mój pogląd na sprawy ostateczne, na metafizykę i filozofię życia w ogóle. Oto ona:

Pewna Zosia, już nie młoda co robiła wszystkim loda poszła sobie do apteki by wykupić jakieś leki. Trzy kondomy potrzebuje. Pyta, ile to kosztuje ? Pan magister chłop niewielki już zaczyna ściągać szelki i o loda Zosię prosi. Gratis da kondomy Zosi.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Filibert      POKAŻ KOMENTARZE [ 6 ]

2010-07-09 15:32:51
Użytkownik: marzenas

2010-07-09 15:34:43
Użytkownik: marzenas

2010-07-09 15:35:42
Użytkownik: marzenas

2010-07-09 15:37:40
Użytkownik: marzenas

2010-09-01 13:50:20
Użytkownik: Filibert

2010-09-01 13:55:42
Użytkownik: Filibert

 
 
12 listopada 2009

bez tytułu

Afera hazadowa, czy naprawdę chodzi o drobne z automatów?

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Filibert      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
22 czerwca 2009

....

Mam na myśli wierze Marietty...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Filibert      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
22 czerwca 2009

Opinia

Te wiersze całkiem mi się podobją.Myślę, ze w jakiś sposób Cię rozumiem...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Filibert      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
22 czerwca 2009

?

?...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Filibert      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
22 stycznia 2009

bez tytułu

Wczoraj urwało mi tekst w dosyć przypadkowym miejscu.Dzisiaj postanowiłem dodać końcówkę "Mojego dziennika niecodziennego", tak , aby doprowadzić go niemal do dnia dzisiejszego. Sam nie wiem po co to robię....

20 I 2009 (wtorek)

W tych dniach pełnych obaw o przyszłość zajmowałem się sprawami odległymi... np korespondowałem z Tadziem na temat fizyki, jak zwykle sporo grałem w szachy i brydża. Zamierzam zamiescić tu fragment mojej korespondencjii z Tadziem, aby przekazać obraz tego co mnie zajmowało przez ostatnich parę miesięcy. Oto dwa przykładowe maile do Tadzia ode mnie jaki wysłałem mu w ostatnim czasie:

"Nieco filozoficznie"

Hey Tadeusz

Kolejny rok.Święta spędziłem spokojnie, nawet nie upiłem sie porządnie.Gdzieś pod skórą tkwiły wspomnienia i pamięć o osobach, z którymi wprawdzie nie byłem szczególnie blisko ale, które odegrały rolę w moim życiu. Siedzę w tej chwili w Zabielu i myślę o naszych rozmowach przez internet, do czego wspólnie doszliśmy i co z tego wynika. Piszę ten tekst na laptopie ,a w niedzielę zamierzam przesłać go mailem pod twój adres na Tlenie.
W ostanich swoich mailach usiłowałem nakreślić coś jakby program działania dla siebie i ewentualnie (gdybyś chciał sie dołączyć) dla ciebie zajmownia się fizyką. Wydaje mi się bowiem ,że wobec rozległości tematu i niejakiej chaotyczności i przypadkowości naszych rozważań i dyskusjii przydałby się jakiś kierunek, jakiś leitmotyw w naszym wspólnym myśleniu o fizyce, czy o nauce wogóle. Oczywiście nie wykluczam licznych dygresjii, luźnych obserwacjii ,pomysłów, spostrzeżeń i odstępstw od głównego toku myśli w miarę jak docierają do nas informacje , które wydają sie być ciekawe bądż inspirujące.W moim przekonaniu jednak, w obecnych czasach istnieje większe niebezpieczeństwo ,że człowiek może sie zagubić w skądinąd nawet ważnych czy inspirujących wiadomościach niż, że przeoczy czy nie dostrzeże jakiegos waznego szczegółu.Inaczej mówiąć wolę narazić się na miano ignoranta niż błąkać się bez drogowskazu po bezdrożach licznych odkryć, idei pomysłów, teorii i koncepcjii. Tradycyjny probierz przydatności jakiegoś pomysłu czy weryfikacjii teorii, a więc zgodność z doświadczeniem czy uniwersalność jego zastosowania zaczyna być kwestionowany i lekceważony na rzecz nieograniczonej "twórczości" z udzałem obliczeń numerycznych, które wycinkowo dają jakieś wyjaśnienia bądź przewidywania natomiast nie mają ambicjii wypracowania spójnego światopoglądu na temat świata fizycznego.
Zadanie ,które postawiłem przed sobą (a także być może przed Tobą) jest z pewnością zbyt ambitne i prawdopodobnie dla nas niosiągalne, ale jako pewien program rozwoju osobistego i jako doping dla dalszego zajmowania się fizyką, a takze jako pewien kompas we świecie idei i koncepcjii fizykalnych może być przydatne i może mięc pewne znaczenie tym bardziej ,że starałem się je mozliwe jak najbardziej ukonkretnić i sprecyzować. Przypominam ,ze chodziło mi o próbę sformułowania zasady fizycznej równie fundamentalnej i uniwersalnej jak zasada względności lub zasada nieoznaczoności. Ambicją moją było "pogodzenie" lub uogólnienie obu tych zasad będących podstawami dla fizyki współczesnej. Wydaje się, na obecnym etapie mojego doświadczenia, że zasada ta powinna dotyczyć pojęcia informacjii lub przyczynowości ( z czym i Ty się chyba zgadzasz).Nie chodzi mi wcale o proste kopiowanie innych zasad np. zasady zachowania energii w odniesięniu do informacjii , lecz raczej o wydobycie takich aspektów z pojęć "informacja" i "przyczynowość" o, których jeszce być może nikt nie pomyślal. Wymagałoby to poszukiwań w literaturze i internecie różnych koncepcjii tych pojęć wśród przyrodników (i być może filozofów), ale przede wszystkim własnych oryginalnych przemyśleń, przykładów i prób ich zastosowania do jakichś układów fizycznych (również z zastosowaniem jakiejś matematyki dla wypracowania ilościowych przewidywań).
Na marginesie chciałem zauważyć ,że pojęcie "informacjii" jest w naturalny sposób związane nie tyle z energią i jej zasadą zachownia , co z drugą zasadą termodynamiki i pojęciem wzrostu entopii przez współny dla nich mianownik, czyli "prawdopodobieństwo zaistnienia określonego stanu fizycznego". Mam nawet wrazenie, że zasadę wzrostu entropii możnaby równoważnie sformułować jako zasadę zmniejsznia się informacjii zawartej w jakimś układzie fizycznem. Od razu jednak muszę zaznaczyć ,ze wcale nie o to mi chodzi. Chodzi mi ,aby przez wnikliwe studiowanie (przy pomocy dostępnych środków) pewnych aspektów pojęcia informacjii ( nie wykluczajc jej przedefiniowania) tak ją uogólnić, aby było przy jej pomocy możliwe sformułowanie zasady z, której wynikałaby zarówno zasada nieoznaczoności, jak i zasada względności ( to na razie bardzo niejasny pomysł i raczej "program" czy postulat ,a nie gotowy projekt). Nie wykluczam , że dla takiej syntezy konieczne byc może posłuzenie się innymi pojęciami np. "przyczynowością".
Od razu muszę zaznaczyć,że ostatnie wydarzenia w moim życiu odciągnęły mnie (nie wiem na jak długo, być może na zawsze) od tego mojego projektu.Nie wiem czy będę dysponował w najbliższym czasie dostatecznym dostępem do inernetu, aby dostatecznie pogłębić moje rozumienie tych zagadnień.Doskwiera mi równiez brak odpowiedniej literatury oraz możliwości przedyskutowania w szerszym gronie pojęć "informacja" ,czy "przyczynowość" (po za Tobą nie znam nikogo, kto choćby trochę interesował się nimi na odpowiednim stopniu ogólności).
Obecnie sporo czasu przebywam na wsi w towarzystwie mojego "przyszywanego" teścia., który jest oryginałem i nie wierzy w teorię Kopernika (podejrzewam ,że nie dopuszcza nawet możliwości ,ze Ziemia jest kulista).Marzena zamierza w najbliższym czasie przeprowadzić remont domu w Zabielu (dach,centralne ogrewanie,łazienaka,kanalizacja i ocieplenie oraz być może zrobienie dwóch dodatkowych pokoików na poddaszu), tak abyśmy mogli wraz z najmłodszym synem za parę lat przeprowadzić się tutaj oddając mieszkanie w Radzyniu ,któremuś ze starszych synów.Ja specjalnie nie protestuję przeciwko tym planom uznając je za racjonalne.Stawiam jedynie warunek,że należy postarać się o zainstalowanie jakiegoś internetu i ewentualnie jakiegoś mechanicznego środka lokomocjii np. skutera, aby być bliżej miasta.

"Szachy"

Hey Tadeusz

Poczułem się poniekąd zniewolony do napisania Ci odpowiedzi na Twoją "odpowiedź" głównie dlatego, że nie mam nic lepszego do roboty.Moje konkretne pomysły dotyczące pojęcia "informacji", które mogłyby być przydatne do sformułowania "superzasady" są jeszcze w powijakach i muszę nad nimi jeszcze popracować i to i owo gruntownie przemyśleć.Moje myśli ukierunkowują się na jak najbardziej ogólne, ale matematyczne opisywanie sytuacji, którą roboczo nazywam "Grą".

Spróbuję na przykładzie szachów pokazać Ci o co mi mniej więcej chodzi.Człowiek (ale także komputer) grający w szachy staje co chwila (jesli wypada na niego kolejne posunięcie) przed koniecznością wyboru określonego ruchu zgodnego z regułami gry.Człowiek podobnie jak maszyna może np. w sposób losowy ze zbioru wszystkich możliwych posunięć wybrać jedno (napisałem nawet kiedyś taki program komputerowy w Delphi).Oczywiście taka "gra" jest grą idioty i nawet nie zasługuje na to miano gdyż taki "gracz" zawsze przegra z przeciwnikiem, który choć trochę zachowuje się "racjonalnie" i odrzuca z jakichś powodów "złe" posunięcia.

Łatwo sobie wyobrazić również Gracza (komputer ,albo Pana Boga), który zawsze gra idealnie, tzn w danej sytuacjii wybiera ze zbioru posunięć ruch najlepszy (lub ściśle mówiąć jeden spośród ruchów najlepszych) .Posunięcia , które stoją przed graczem można bowiem podzielić na dwie zasadnicze grupy: jedna to "ruchy najlepsze", które nie zmieniają oceny sytuacjii np. gdy pozycja jest oceniana (przez superkomputer lub Pana Boga czyli "supergracza") jako remisowa lub wygrana dla białych, to po wykonaniu jednego z tych posunięć ocena sytuacji się nie zmieni. Druga grupa posunięć to posunięcia "błędne" po wykonaniu takiego posunięcia ocena pozycjii zmienia się z wygranej na remisową, z remisowej na na przegraną lub nawet z wygranej na przegraną.

Jest oczywiście jeszcze trzecia grupa posunięć czyli "posunięcia bez znaczenia" gdy twoja sytuacja jest przegrana , a przeciwnikiem jest "supergracz". Zwróć uwagę ,że taki podział na "ruchy najlepsze" i "ruchy błędne" jest bardzo ogólny i można go odnieść (jeśli ktoś np. nie lubi szachów) do kazdej gry strategicznej , w której posunięcia wykonuje się na przemian np. do warcabów, czy do gry "w kółko i krzyżyk" ,czy do gry zwanej "ewolucją" , gdzie graczem są geny, a kazde posunięcie to osobnik ukształtowany w oparciu o instrukcje zawarte w genach..

Niezwykle istotne jest to ,ze wsród "reguł gry" znajdują się takie,ze jedna ze stron grających uznaje daną sytuację za pożądaną i określa ja mianem wygranej ( np mat w szachach lub ustawienie trzech krzyzyków w rzędzie w grze w kółko i krzyzyk ,czy mozliwosć dalszej replikacjii w grze zwanej "ewolucją") Niezmiernie wazną jest również "ocena.pozycjii', która ze zbioru wszystkich możliwych ruchów pozwala wybrać te ,choćby subiektywnie najlepsze ruchy.Wynik gry zależy właśnie najbardziej od obiektywności "oceny pozycjii", Według mojej terminologii obiektywnie oceniać pozycję potrafi jedynie postulowany przeze mnie "supergracz".

.Oczywiście w tych najbardziej ogólnych rozważaniach należy brać pod uwagę zjawisko "losowości'", gdzie wybór optymalnego posunięcia może zależeć od losowego rozkładu elementów pozycjii , tak dzieje się np. w Brydżu lub w "ewolucjii" gdzie zakładamy, że "supergracz" nie ma całkowitej wiedzy o wszystkich elementach "pozycjii' , jednak również w tym przypadku jest możliwe w zasadzie odróznienie ruchów "racjonalnych" czyli' "najlepszych", od ruchów "błędnych".

W świetle powyższej analizy chcę przejśc do Fizyki, czy ogólniej Nauki, która.jawi mi się jako gra Człowieka z Naturą , w której zaady, cele gry nie są do końca określone ( tu jakby analogia do szachów zawodzi).Poszczególni ludzie w swym inywidualnym istnieniu prowadzą szereg "gier" o róznych regułach i celach jak np.gry ekonomiczne, gry polityczne. gra w, której wszyscy musimy brać udział , czyli gra w biologiczną ewolucję itd. Możemy sobie z resztą wymyślic praktycznie nieskończoną ilość gier o róznych zasadach i celach, które mozemy prowadzić na poziomie indywidualnym. Najbardziej typowe to hedonizm , czy wygoda zyciowa , których celem jest uzyskanie możliwego maksimum zadowolenia przy minimum cierpinia i kosztów psychicznych, ale mozliwe są tez inne cele np. zapisanie się w historii, albo wpyrodukowanie "dzieł nieśmiertelnych" np. w dziedzinie sztuki lub nauki, mozna tez wymienić jako jedno z najbardziej typowych "zbawienie duszy" czy inne cele religijne.

Wróćmy jednak do Nauki jako jednej z podstwowych "gier" jaką prowadzi człowiek zarówno w aspekcie indywidualnym jak i gatunkowym.Muszę od razu zauwazyć , że moja metafora szachów tu nieco się chwieje, gdyż nie znane nam są zarówno '"zasady tej gry' jak i "cele tej gry". Jedną z odpowiedzi na ten problem na jaką zdobyła sie współczesna nauka jest pojęcie ewolucjii. Byłaby to podstawowa "gra", przegrana w której zakończyłaby wszystkie inne "gry" i cele jakie stawia sobie Człowiek.

Istotnie przegrana dinozurów oznaczała równocześnie zakończenie wszystkich "gier" jednostkowych , wszystkich pojedyńczych losów osobniczych i stanowiła koniec dla kazdego osobnika z rodzaju dinozurów.Oczywiście nie stanowiło to końca "gry w ewolucję" .Geny (w tym niektóre z genów dinozaurów) przetrwały i powielały sie nadal zgodnie z zasadmi tej gry i zgodnie z celem, którym jest "egoistyczne samopowielenia" tak obrazowo opisane np. przez Dawkinsa.

Istnieje jednak zasadnicza różnica między dinozaurami a Człowiekiem. Człowiek w pewnym momencie uświadomił sobie istnienie ewolucjii.poznał wiele z zasad i reguł tej gry oraz jej cel czyli "wygraną" w postaci przetrwania i powielania się w jak największej ilości i w jak najdłuższym okresie czasu genów. Nie wiadomo wcale ,czy ta świadomość jet atutem i daje jakąkolwiek przewagę w grze, może byc bowiem tak, że posunięcia człowieka "są bez znaczenia" , gdyz z punktu widzenia "Supergracza" być może Człowiek jako gatunek i tak znalazł się w pozycji przegranej. Tym nie mniej wydaje się,ze jest istotną róznicą możliwość (choćby potencjalna) odrzucania ruchów "błędnych" wiodących ku niechybnej zagładzie, a wykonywanie jedynie "ruchów najlepszych" przynajmniej w miarę coraz lepszego i dokładniejszego poznawania "reguł gry".

Inaczej mówiąc dinozaury były jedynie bezwolnymi pionkami przesuwanymi na szachownicy ewolucjii, natomiast Człowiek gra jakby w "żywe szachy" pełniąc jednoczesnie rolę bierek na szachownicy, ale mając również wpływ (poprzez swoich przedstawicieli) na przebieg samej gry i kolejne posunięcia...

Po tych dość ogólnych uwagach zamierzam przejść do zprezentowania Ci mojego konkretnego "pomysłu' ,którego celem jest pogodzenie zasad Mechaniki Kwantowej i Teorii Względności.Będę rozważał sytuację o wiele prostszą niż ta, która występuje w realnej nauce,ale będę się starał prowadzić rozważania na tak dużym stopniu ogólnośći, aby wnioski jakie wyciągną mogły odnośić się również do nauki

.Na początek chcę przedtawić Ci pewien ogromnie uproszczony model sytuacji jaka pannuje w Fizyce.Za przykład posłużą mi szachy (ale może to być dowolnie inna gra strategiczna np. warcaby, lub GO).Otóż z jednej strony moglibyśmy to co dzieje się na szachownicy, zakładając istnienie pewnych reguł dotyczących ruchów bierek, jako zapis pewnej historii , która się odbyła (lub musi się odbyć). Ten zapis byłby pewną funkcją współrzędnych przestrzennych poszczególnych bierek czyli (dla szachów) par liczb mieszczących się w zbiorze liczb naturalnych od 1 do 8 oraz czasu, dla szachów byłby to numer kolejnego posunięcia..

Sytuacja byłaby więc analogiczna do sposobu opisu historii cząstek w Teorii Względności.Podstwowym narzedziem matematycznego opisu byłaby funkcja przestrzeni i czasu a cała "historia" byłaby ściśle zdeterminowana, tak jak zapis partii , która się odbyła lub która jest dla nas instrukcją jak przesuwać kolejno bierki na szchownicy.

Z drugiej strony sytuację na szachownicy moglibyśmy opisywać, tak jak czyni to Mechanika Kwantowa.Podstawowym narzędziem opisu byłaby już nie funkcja, ale operator działający.na funkcję falową zależną od współrzędnych przestrzeni i czasu. Położenie bierek nie byłoby już ściśle określone, a np czarny skoczek mógłby w trzecim ruchu znajdować się na polu F6 z prawdopodobieństwem 0.75 lub na polu G8 z prawdopodobieństwem 0.25.Istniałyby oczywiście nadal reguły gry, a wsród nich np. dodatkowa reguła (coś w rodzaju zakazu Pauligo),że w danym ruchu ,na danym polu nie może znajdować się więcej niz jedna figura..Nie istniałaby już jedna ściśle zdeterminowana "historia" czyli zapis przebiegu partii,ale istniałby szereg (bardzo dużo) zapisów alternatywnych partii możliwych do rozegrania, z których (jakby w czasie rzeczywistym ) realizowałby się jeden konkretny ruch.

W tym miejscu należy zauważyć ,że zarówno w sytuacjii pierwszej jak i drugiej nie ma miejsca na pojęcie prawdziwej Gry.W pierwszym przypadku jest to właściwie ściśle zderminowana sekwencja posunięć, w drugim ruchy realizują się (matrializują) zgodnie z regułami prawdopodobieństwa, a więc (jakby wbrew Einsteinowi) Bóg jednak "gra w kości".

Mój pomysł polega na tym, ażeby wbrew tym dwóm wykluczającym sie nawzajem opisom partii szachowej, uznać sytuację prawdziwej Gry za realną. Od strony matematycznej oznaczałoby to poszukiwania matematycznego bytu, który o ile wiem jeszce nie istnieje i należałoby go wymyślić..

Roboczo taki byt nazwałbym Operandem, który nie byłby ani funkcją ani operatorem , ale czymś pośrednim pomiędzy nimi. Operand taki miałby tę własność, że w jednej granicy, jakiegoś parametru (ale nie mogłaby to być ani prędkość światła ani stała Planca) przechodziłby w zwykłą funkcję, w innej przechodziłby w zwykły operator.

Gdyby udało mi się w matematyczny sposób opisać sytuację gry w szachy,.przy pomocy takiego Operandu, to miałbym nadzieję na uogólnienie tego pojęcia i próbę budowy opisu fizycznego w oparciu o takie operandy.Ogólna zasada, której poszukuję miałaby matematyczny wyraz przez odwołanie się do tego nowego pojęcia podobnie jak wyrazem Zasady Względności są funkcje zachowujące się w określony sposób przy transformacjach przestrzeni i czasu, a wyrazem matematycznym Zasady Nieoznaczaności sa niekomutujące ze sobą operatory pewnych wielkości fizycznych.

Przyszło mi do głowy ,ze pojęcie "Gry' jest dużo bogatsze od tego zaprezentowanego na początku maila. Sytucja , że naprzeciwko siebie siadają dwaj "przeciwnicy' ktorzy mają sprzczne nawzjem cele "pokonać rywala", nie jest jedyną możliwą .Możemy np. umówić się , że naszym wspólnym celem jest powiedzmy rozegranie możliwie najdłuższej zgodnej z regułami gry partii, albo doprowadzynie do pewnej z góry upatrzonej pozycjii w jak najmniejszej liczbie ruchów. W szachach istnieje właściwe nieograniczona ilość takich celów jakie możemy stawiać przd sobą i jest to chyba najbardziej charakterystyczna cecha kazdej sytuacjii jaką możemy określić mianem "Gry".

Odbiegłem na chwilę od tematu jakim jest dla mnie niewątpliwie określenie jakie warunki powinien spełniać "operand" i co jest potrzebne dla jego zdefiniowania oraz stworzenia reguł matematycznych potrzebnych do efektywnego posługiwania się tym pojęciem. Na obecnym etapie moich rozważań postuluję aby operand zależał od dwóch niezależnych argumentów, z jenej strony od współrzędnych przestrzennych i czasowych (tak ,aby w granicy stać się funkcją) z drugiej strony od funkcjii falowej tak, aby w granicy (na przeciwnym biegunie) przechodzić w operator działający na tej funkcji falowej.

Koniecznym jest zdefiniowanie parametru od, którego wartości zależałoby. czy dany operand opisuje sytuację zdeterminowaną ( a więc rodem z teorii Względności) czy sytuację "rzutu kostką" (sytuacje opisywanę przez Mechanikę Kwantową) czy tez sytuację pośrednią, a więc sytuację "Gry".

Kandydatem na taki prametr byłaby "złożność układu" co sugerowałeś zastanawiająć się nad problemem świadomości. Problem polega na tym ,że złożoność układu niezwykle trudno ująć matematycznie, wiemy np. że niezwykle złozone układy ( z punktu widzenia wszystkich parametrów szczegółowych je opisujacych) jak np. ciecze, czy gazy zachowują się najczęściej makroskopowo w sposób deterministyczny i nie bardzo wiadomo co przyjąć za kryterium "prawdziwej złozoności".

.Lepszym kanydatem (matematycznie dobrze zdefiniowanym) wydaje się być Informacja.W przypadkach ściśle zdeterminowanych (jak Teoria Względności) Informacja przyjmuje warość nieskończoność albo 0 ( dany stan zajdzie napewno, albo nie zajdzie wogóle) w sytuacjii Mechaniki Kwantowej Informacja przybiera skończoną wartość (ścisle okresloną będącą logarytmem przy podstawie dwóch z odwrotności prawdopodobieństwa zaistnienia danego stanu kwantowego)..

Problemem staje sie określenie ilości Informacjii dla sytuacjii "Gry".. Intuicyjnie rzecz biorąc sytuacja "Gry" powinna być jak najbardziej związna z pojęciem informacjii .Zmuszeni jesteśmy przyjąć , że w tej sytuacji (Gry), albo ilość informacjii jest nieokreślona (co jest bardzo kłopotliwe matematycznie) albo , że jest ujemna.

Pozostawiam sobie na najbliższy czas rozważenie co oznaczałaby taka "ujemna informacja" (ze standardowego matematycznie punktu widzenia jest to niemożliwe, gdyż logarytm przy podstawie 2 nigdy nie może być ujemny).Możliwe, że takie uogólnienie pojęcia informacjii okaże się bardzo owocne.

Zmęczyłem się nieco, jeśli miałbym kroczyć drogą powyższego rozumowania czekałoby mnie jeszcze ogromnie dużo pracy np. wymyślenie całego nowego formalizmu dla "Operandów" i ewentualne wprowadzenie ich na drodze aksjomatycznej, opracowanie zasad przechodzenia od Teorii Względności do Mechaniki Kwantowej poprzez sytuację "Gry" oraz wreszcie sformułowanie zasady fizycznej , która zawierałaby w sobie zarówno Zasadę Względności jak i Zasadę Nieoznaczoności w oparciu o matemtykę Operandów, której jeszcze na razie nie ma..

Na razie zamierzam trochę odpocząć od tych spraw, trochę pograć w brydża , trochę w szachy, może coś poczytać , a idee które próbowałem ci opisać na pewno będą jeszcze do mnie wielokrotnie wracały i nie dadzą mi spokoju.

Darek

Takie były w owym czasie me myśli i to przezywałem, oprócz szeregu innych mysli i zdarzeń ....

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Filibert      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
21 stycznia 2009

bez tytułu

Wczoraj jakby pod wpływem impulsu umieściłem na tym blogu fragmenty mojego pamiętnika zatytułowanego " Mój dziennik niecodzienny". Dzisiaj już jakby nieco bardziej świadomie zamieszczam ciąg dzlszy, gdyż skoro powiedziało się A należy też powiedzieć B...

25 VI 2008

Czy pisać o tym dalej, czy ktokolwiek to przeczyta i wyciągnie jakieś wnioski , jakie to ma znaczenie wobec problemów globalnych, przed którymi stoi ludzkość ? Szczerze mówiąc wobec znikomej szansy , ze ktoś to wogóle przeczyta mam to w dupie, i jedynie cień tej znikomej szansy, że byc moze np, wskutek mojej śmierci, ktoś jednak będzie to czytał oraz fakt ,że pisanie przynosi mi pewną ulgę w mojej egzystencji powoduje, że mimo wszystko piszę.Zamierzam na podstawie przypadków mego dalszego życia pokazać mechanizmy funkcjonowania systemu ,który chylił się ku upadkowi, a którego orędownicy stosując różnorakie techniki zachowania zupełnie dobrze się mają obecnie i usiłują nawet nadawać ton i narzucać tematykę toczacej się obecnie dyskusjii.Nie próba dyskusji i krytyki poglądów ,ale totalne lekceważenie podszyszyte nutą pogardy wobec egzystencjii bliźniego i jego problemów,owo zmienianie tematów, płaski dowcip wykręcający się od problemów zasadniczych powoduje, że czuję się całkowicie samotny, dziwaczny w swoim widzeniu świata i nie ośmielam się wystąpić publicznie ze swoimi poglądami, mając zresztą bardzo ograniczone środki techniczne i praktyczne.Niemal sklonny jestem uwierzyć, że problemy rodziny Mostowiaków z "M jaj miłość" rozrywka w pogramach takich jak "Gwiazdy tańczą na lodzie" czy "Jak oni śpiewają?" całkowicie wyczerpuje możliwości percepcyjne i ciekawość poznawczą całego społeczeństwa Polaków i wszelka inna tematyka jest nieistotna i nudna nie wyłączjąc tematyki religijnej mimo, że 90% społeczeństwa deklaruje swoją katolickość.
Ale przejdźmy do dalszego ciągu moich wspomnień i przygód w pracy zawodowej.W szkole, ktorej pracowałem poznałem przyszłą moją żonę Marzenę, która zdecydowanie i z większym przekonaniem niż ja sam opowiedziała się przeciwko Skwarowej oskarżając ją o malwersację mojej trzynastki.Musieliśmy oboje odejść z pracy w tej szkole ze względu na to ,że władze były niezdecydowane czy zająć nasze stanowisko czy też podważać "autorytet" Skwarowej, choć sprawa z prawnego punktu widzenia chyba była oczywista, gdyż dyrektorka nie miała prawa bez pokwitowania przekazywać nam pieniędzy .Mnie nie chciało się specjalnie ciągnąć sporu i walczyć za wszelką cenę, gdyż sytuacja życiowa (miał się wkrótce narodzić nasz pierwszy syn) zmuszała mnie do poszukania pracy, bliższej mojego miejsca zamieszkania i (miałem nadzieję mniej stresującej). Okazja trafiła się w oddziale ZUS-u w Radzyniu Podlaskim, gdzie poszukiwano do pracy informatyków mających się zająć komputeryzacją i unowocześnieniem urzędu.
Miałem skromną wiedzę w dziedzinie programowania wyniesioną ze studiów na fizyce na UMCS oraz duży zapał i chęć poznania tajników programowania i wykorzystania komputerów w praktyce.Trzeba od razu zaznaczyć , że nowe prądy i nurty polityczne docierały na prowincję ze znacznym opóźnieniem i np. dyrektor odziału ZUS w Radzyniu Podlaskim usiłował zagonić swoich pracowników, w tym mnie, na demonstrację pierwszomajową z udziałem czerwonych flag pod hasłem "czerwone bo na nich robotnicza krew" już w okresie gdy np. w Warszawie nikt nie przywiązywał wagi do pochodów pierwszomajowych i odbywały się raczej demonstracje antyrządowe, a czerwień na flagach była powszechnie znienawidzonym symbolem zniewolenia Polski przez Sowietów.Dyrektorem ZUS-u , który mnie przyjąl do pracy był wówczas Leon Rumowski , postać bardzo swoista i charakterystyczna.Określał się jako komunista, nie stronił od alkoholu, a stosunek do podwładnych pań miał taki, że dzisiaj nazwalibyśmy to molestowaniem seksualnym, a wówczas (podejrzewam) było to normą w stosunkach między przełożonym starszym panem, a dużo młodszymi podwładnymi. Z resztą dużo lepiej od terminu "molestowanie seksualne" sprawę oddaje gombrowiczowski termim "upupianie" bowiem wskazując niezmiennie na swój autorytet jako dyrektora traktował kobiety infantylnie

nazywając "Smerfetkami", zdrabniając i traktując tak jakby się samych głupstw po nich spodziewał niekiedy mówił o którejś że się "szlajają" i udawał zdziwienie, że ta zachowywała sie tak jakby była obrażona Pełen był mądrości w rodzaju "prowizorki są wieczne" i właściwie na niczym się nie znał , dumny był jedynie ze swoich znajomości i wpływów dzięki którym przyznano mu środki na budowę nowej ,okazałej siedziby urzędu. Budowę tą realizował (wymuszał dotrzymywanie zobowiązań na wykonawcach) w ten sposob, że groził tym firmom (głownym wykonawcą.był LZNS) przeprowdzeniem kontroli przez swoich podwładnych.Rzeczywiście był to w tamtych czasach dużo skuteczniejszy środek niż groźby płacenia kar za opóźnienia, czy sprawy sądowe o niedotrzymanie umowy wykonania. Taki sposób działania przyznaję bywał skuteczny, ale charakterystyczne jest to ,że Rumowski (a podejrzewam i jemu podobni) uważał to za sprawę zupełnie naturalną a także to, że kontrola płacenia składek ZUS jest fikcją i jedynie środkiem wymuszającym pewne usługi było rzeczą zupełnie normalną dla niego, podobnie jak to ,że pieniądze i umowy między podmiotami były fikcją i bardziej liczyły się prywtne znajomości i usługi.Piszę o tym aby uzmysłowić lepiej mechanizmy działania przedsiębiorstwa lub firmy państwowej. Właśnie fikcyjność wszelkich oficjalnych form i realność nieoficjalnych oraz rozziew między tymi światami był najbardziej charakterystyczną cechą funkcjonowania przedsiębiorstw socjalistycznych i całego państwa.Ja oczywiście w tych warunakch nie mogłem czuć sie dobrze.

Tutaj mała dygresja, w szkole i na studiach zawsze męczyła mnie sytuacja, gdy ktoś stawał przed jakąś grupą usiłował coś głosić i napotykał ścianę, zupełny brak zaineresowania, niechęć, milczenie aż sytuacja stawała się niezręczna i wręcz żenująca, ludzie (większość) była przekonana , że nie warto sie otwierać na oficjalnych spotakaniach (np. na zajęciach szkolnych), gdyż poniesie sie karę.Ja często przyjmowałem inną taktykę, podejmowałem temat czasami nawet sztucznie ustawiając się w roli oponenta lub zainteresowanego i przerywałem tą żenującą ciszę, wdawałem się w dyskusję ułatwiając prelegentowi zadanie, często byłem jedynym słuchającym i prowdzącym konwersację na sali. Myślę ,że dzięki tej uldze ,którą sprawiałem, wybawiając mówcę z klopotu otrzymywałem pewną nagrodę np. na egzaminie lub sprawdzianie byłem już mu znany co owocowało nieco łagodniejszym traktowaniem mnie mimo ,że do egzaminów i sprawdzianów prawie nigdy nie przykładałem się należycie.Taka postawa, tak myślę z perspektywy, ochroniła mnie między innymi na studiach w czasie Stanu Wojennego od zbytniej inwigilacjii ze strony SB, bo co do tego ,że byłem obserwowany i otoczony agentami to nie ulega wątpliwości (robiłem bowiem rzeczy bardzo ryzykowne).Wydaje się ,że SB nie widziała we mnie zagrożenia, gdyż z jednej strony mówiłem często oficjalnie to co inni myśleli z drugiej strony

interesowałem się sprawami bardzo abstrakcyjnymi takimi jak matematyka, fizyka teoretyczna czy filozofia, a z trzeciej strony nie należałem do żadnej organizacjii typu NZS czy Solidarność, a także nie miałem żadnych wygórowanych wymagań materialnych ani ambicjii wyjazdu na zachód.Myślę ,że z tego właśnie powodu nigdy nie mialem oficjalnych kontaktów z SB i ,że zostwili mnie w spokoju.
Bardzo szybko okazało się ,że dyrektorowi Rumowskiemu całemu kierownictwu ZUS-u w Warszawie wcale nie chodzi o wprowdzenie komputeryzacji ,aby osiągnąc jakiś racjonalny cel np, zmniejszyć koszty własne zakładu,zmniejszyć zatrudnienie w Oddziałach ZUS usprawnić i ułatwić pracę oraz obsługę klientów.Okazało się ,że prawdziwym celem kierownictwa ZUS w Warszawie było odfajkowanie tematu "komputeryzacja", zaś prawdziwym celem dyrektora Rumowskiego było załatanie braków kadrowych w niektórych działach zakładu i zmniejszenie ciężaru bieżących obowiązków i zaległości.Rumowski wymyślił ,że my tzn informatycy będziemy pracowali w kolejnych działach zakładu( poczatkowo mialo to być po dwa tygodnie),aby zapoznać się ze specyfiką działania tych działów, obiegiem dokumentów,techniką pracy itp. Na pozór wyglądało to dosyć rozsądnie chociaż powinienem już wtedy postawić sobie pytanie, czy mnie jako przyszłemu programiście potrzebna jest rzeczywiście gruntowna wiedza przepisów prawnych, ustaw dotyczacych ZUS-u, wprawa w dodawaniu kolumn liczb, adresowniu i zaklejaniu kopert ,sprawnym ręcznym wydawaniu decyzjii urzędowych i przystawianiu pieczątek,sprawdzaniu poprawności danych na tych decyzjach, "praca z aktem" czyli z teczką personalną emeryta lub rencisty ,naklejanie nalepek drukowanych przez ZETO w Lublinie i tym podobnych czynności, czy też raczej powinienem ten czas poświęcić na poznawanie sprzętu komputerowego, który wkrotce miał do nas trafić z Warszawy, poznawaniu systemu operacyjnemu i zarazem językowi programowania na tych komputerach,chodziło o minikomputery "Mera" z językiem programowania "Edytor".Dziś z perspektywy czasu wiem ,że wystarczyłyby jednodniowe konsultacje z kierownikami poszczególnych działów ,wskazanie czynności rachunkowych i ręcznego pisania niektórych dokumentów , aby napiasać programiki usprawniające te czynności i odciążyć przez to pracownice od wielu ,żmudnych ,mechanicznych czynności.Natomiast sprawa zapoznania się ze sprzętem jedynie na podstawie instrukcjii( w języku angielskim) i opanowania podstaw programowania wymagała miesięcy.Tym bardziej ,że mimo złudnych obietnic nie zamierzano posłać (nas "informatyków") na żaden kurs,obsługi,albo programowania albo administrowania systemem.Owszem wysłano nas na nikomu niepotrzebny dwutygodniowy pobyt w centrali ZUS w Warszawie dotyczący pracy na olbrzymich zaczynających już wtedy być przestarzałymi niezwykle energochłonnych maszynach IBM, które w nieokreslonej przyszłości miały się znalęźć w naszym oddziale. Okazało się jednak ,że dyrektor tak naprawdę miał zupełnie inny plan.Pod pozorem zapoznawania się z pracą poszczególnych wydziałów byliśmy wykorzystywani do "gaszenia pożarów" w działach ,w których narobiło się najwięcej zaległości.
Okazalo się ,że obiecane dwa tygonie w kazdym dziale przeciągały się do miesięcy ,a obiecany z Warszawy sprzęt wciąz nie nadchodził.Pracując często po godzinach zupełnie bez wynagrodzenia, usiłowaliśmy przez ręczne mechaniczne wykonywnie roboty
wyciągnąć te działy ze stanu zaległości (co było zresztą niemożliwe).Jednocześnie pojawił się nawał obowiązkow związanych z wprowadzaniem systemu komputerowego dotyczącego wypłacania i ksiegowania emerytur i rent "EMIR",który mial pracować oczywiście nie u nas w Radzyniu (bo nie otrzymalismy zadnego sprzętu z centrali) tylko w ZETO w Lublinie z którym nie byliśmy poczatkowo połączeni w żadną nawet "pseudosieć" a wszystkie dokumenty i dane trzeba było przewozić fizycznie,uprzednio oczywiście dane ręcznie nanosząc na specjalne karty. Odpowidzialnością obarczony przez dyrektora został oczywiście nasz wydział ,który w międzyczasie powstał i został nazwany szumnie "Wydziałem Informatyki", a na którego czele stanęła "informatyk" z wykształcenia Grażyna Pawlik, a poźniej jej zastępcą mianowany został Włodek Słowikowski były marynarz specjalista od elektroniki.Oczywiście powoli i nawet nie specjalnie protestując zacząłem domagać się rozliczenia z obietnic dawanych przez centralę i dyrektora, coraz śmielej również uzewnętrzniałem swoje poglądy polityczne próbując być jakąś przciwwagą dla dominującej PZPR z jej niejasnym w tamtych czasach programem ,a na której czele stał oczywiście Leon Rumowski.Wszystko to rozgrywało się na tle wydarzeń politycznych zachodzących w kraju .Odbyłysię pierwsze (częsciowo) demokratyczne wybory,powstał rząd Mazowieckiego a Rakowski wyprowadził ze łzami w oczach sztandar i PZPR przestał istnieć.Informacje te jakkolwiek ze znacznym opóźnieniem docierały do świadomości obywateli miasta Radzynia i do samego dyrektora ZUS, który po pijaku ( a zdarzyło mi sie ze trzy razy pić z nim wódkę) zaczął ironizować coś na temat komunistów i całego ustroju, generalnie jednak zupełnie nie wiedział jaką postawę przyjąć ,gdyż ścigała go cała jego przeszłość i historia.W owym czasie powstał z inicjatywy jednej z pracownic odziału bodajże Marysi Szczepaniuk projekt założenia Soldarności i powstał jakgdyby komitet założycielski.
Ja poparłem ten pomysł jakkolwiek nigdy do końca nie identyfikowałem się z tym ruchem widząc w nim elementy ,które mi zupełnie mi nie odpowiadały. Była to jednak jedyna, choć bardzo słabo zorganizowana opozycja do byłej PZPR. Zacząłem aktywnie i energicznie działać namawiając ludzi z naszego oddziału do wstąpienia do naszego komitetu założycielskigo , a także nawiązując kontakty z Soldarnością ,która zaczynała działać na terenie naszego miasta.Udało mi się namówić dwóch kolegów z naszego Wydziału Informatyki w tym Włodka Słowikowskiego i Bogusia Sauka (o którym jeszcze wspomnę).Odmówiło mi małżeństwo Pawlików, które było zupełnie uzależnione od dyrektora ,a także Krzysiek Zimoń z naszego wydziału.Zgodziło się za to oprócz wspomnianej Marysi Szczepaniuk wziąc w tym udział ze dwóch gości których nazwisk w tej chwili nie pamiętam (lub nie chce pamiętać) ,a którzy byli prwdopodobnie SB-kami lub byłymi zomowcami.Oczywiście cała sprawa trafiła do Leona i po krótkiej rozmowie , w której robil szczególne wymówki zwłaszcza Marysi Szczepaniuk i Bogusiowi Saukowi, a ja stanąlem w obronie autonomiczności swojej decyzji i zaprzeczyłem jakobym był sterowany przez kogokolwiek. Stałem się jednym z głownych jego wrogów. Walkę ze mna prowadził przy pomocy Grażyny Pawlik mojej kierowniczki zalecając "obłożenie mnie robotą" tak abym na nic nie miał czasu i abym nie podołał narzuconym obowiązkom. Charakterystyczne jest to ,że Grażyna Pawlik nie była w stanie napisać mi przez ponad rok zakresu obowiązków ,który byłby choc trochę usprwiedliwiony wobec zajmowanego przeze mnie stanowiska zawodowego (narzuconego przez centralę), które nazywało się programista.W końcu zmuszona przez zapowiedź jakiejś kontroli zdobyła się na ogólnikowe bzdury złożone z co najwyżej siedmiu punktów , z których najwazniejszy brzmiał wykonywać polecenia przełozonego.Zacząłem wtedy odczuwac atmosferę strachu, osamotnienia, osaczenia, miałem trudności z koncentracją i pamięcią słowem zaczynał się nawrót choroby, I faktycznie prawie wszyscy (chyba tylko po za Bogusiem Saukiem) opuścili mnie, gdyż bali się o wlasne skóry. Zostwałem wtedy po godzinach usiłując sprostać nawałowi mechanicznej ogłupiającej roboty, do której nie miałem przygotowania, niekiedy zostawałem w budynku ZUS na całą noc bez jedzenia przez prawie cały dzień ,pijąc jedynie olbrzymie ilości kawy i herbaty.Szczególną perfidią wykazała się Grażyna Pawlik zlecając mnie i Krzyśkowi Zimoniowi robotę polegającą na wprowadzeniu do systemu "EMIR" kart emerytur i rent o symbolach NZAS ,NZAR, NNZA. Nie byłem na szkoleniu dotyczących tego typu pracy (bo mnie tam nie wysłano) i gdybym wtedy trzeźwo myślal, to poprostu bym odmówił tak jak zrobił to Krzysiek. Emerytury i renty o tych symbolach dotyczyły "bojowników o utwalanie władzy ludowej". Były to kwotowo jedne z najwyższych rent i emerytur , były przyznawane bez jakichkolwiek wymagań dotyczących wieku, ilości przepracowanych lat, dokumentów świadczących o zarobkach i odprowadzanych składkach na ZUS, a najważniejszą jesli nie jedyną podstwą prawną przyznania im świdczeń była , duża okrągła pieczątka wraz z podpisem Prezesa Rady Państwa Henryka Jabłońskiego pod decyzją przyznająca im to swiadczenie.System "EMIR" traktował podobne sprawy jakby wyjątkowo, pozostawiając je do obróbki ręcznej podczas każdej waloryzacjii, ktorych wtedy było bez liku.Dlatego póżniej te świadczenia sprwiały najwięcej kłopotu i wymagały najwięcej pracy, gdyż wszystko trzeba było robić ręcznie.Wtedy , albo krótko potem, nie wytrzymalem napisałem wymówienie
w którym coś tam wjaśniłem jakby w proteście przeciw metodom pracy w ZUS-ie i samemu dyrektorowi Leonowi Rumowskiemu.
Złożyłem to podanie i popadłem w chorobę , byłem hospitalizowany w Lublinie na Abramowickiej , gdzie na szcęście z sukcesem, przeszedłem kurację insulinową .Wróciłem do Radzynia i kilka miesięcy pozostawałem bez pracy zajmując się jedynie synem i przebywając przeważnie w domu. Dowiedziałem się wtedy ,że Rumowski wyleciał ze stanowiska ze względu na pijaństwo w pracy co było dla mnie śmieszne, gdyz zawsze pił , a prawdziwych powodów się jedynie domyślalem.Dyrektorem ZUS-u został na określony czas jako p.o. dyrektor towarzysz Sieński (wieczny zastępca i człowiek także związany z PZPR-em),Nie mając specjalnej nadziei,że w radzyńskim ZUS-sie cos sie zmieni, ale też nie mając środków do życia i uznając , że glowny powód moich stresów czyli Leon Rumowski został pokonany wniosłem sprawę do sądu o unieważnienie mojej dymisji ze względu na chorobę i przywrócenie mnie do pracy na dawnym stanowisku. Sprawę wygrałem, choć Sieński ostro się temu przeciwstawial w sądzie i wykreował się od razu na kolejnego mojego przeciwnika .Powróciłem do pracy w ZUSie.Wkrótce dyrektorką zostala Irena Tetlak, zdaje się ,że również była kiedyś w PZPR ale poznałem ją przede wszyskim jako karierowiczkę zdolną przystosowć się do każdego ukladu byle tylko wspinać się w hierarchii stanowisk.Krótko pracowałem na stanowisku programisty, bo zostałem przeniesiony na stanowisko operarora kserografu (chyba wbrew wyrokowi sądowemu) .Ten okres w mim życiu chyba był naspokojniejszy , ale też chyba najbardziej miałki moralnie .Tak jak Kaczyński jestem zdecydowanym zwolennikiem walki z korupcją i wykorzystywaniem stanowisk do osiągania korzyści materialnych po za pensją.Na swoje marne usprwiedliwienie
mogę tylko powiedzieć, że miałem prawie najniżsżą pensję, wtedy trzech synów, których utrzymanie coraz więcej kosztowało, chciałem ulżyć i pomóc żonie, kserograf był jedynym w mieście i istniało przeogromne zapotrzebowanie na powielanie różnych rzeczy, przepisy w ZUS-ie były zupełnie nieżyciowe i nierealne (pochodziły z okresu Stanu Wojennego). nie umiałem poprostu dać sobie rady z natarczywością różnych "klientów", brałem grosze lub nic lub jakieś drobne prezenty..Żona była chyba najbardziej zadowolona z tego okresu w moim życiu.. Cóz Kaczyńscy są z pewnościa kryształowi ja nie...Nie znaczy to ,ze przestałem się zuprłnie interesować tym co działo się wokól mnie. z moich usług niezupełnie zgodnie z przepisami korzystali dosłownie wszyscy w ZUS-ie.Interesowałem się nadal przemianami politycznymi w kraju i w ZUS-ie, dosyć trafnie potrafiłem przewidywać bieg wydarzeń, traktując to jako hobby uczyłem się na sucho programować na Merach .które moi koledzy usiłowali (raczej nieskutecznie) zaprząc do bezawaryjnej roboty tak, aby bezmyślnie wydane na nią pieniądze mogły się choćby częsciowo zwrócić. W pewnym momencie trafnie przewidziałem ,że sposób naliczania odsetek przez ZUS zaproponowany przez jakiegoś idiotę z centrali całkowicie różny od normalnego i powszechnego, oparty na jakimś głupio skomplikowanym algorytmie, się nie utrzyma i nikt tak robić nie powinien.Ciekawe ,że nie rozumieli tego zawodowi prawnicy zatrudnieni w ZUS , a przygotowania do wprowdzenia tego przepisu szły cała parą i w związku z tym koszty funkcjonowania ZUSu i potem wycofania się z tego pomysłu były określone, za co nikt jak zwykle nie poniósł odpowiedzialności gdyż autor był (równiez jak zwykle) anonimowy.
Po tym moim sukcesie otrzymałem ponownie propozycję pracy jako programista.Propozycję otrzymałem od Włodka Słowikowskiego. Energicznie zabrałem sie do rozpracowywania Mery, a traktując sprawę poważnie i nie próbując podlizywąć się ani być skrępowny nadmiernym poczuciem wdzięczności wobec niego, ani jego autorytetem jako programisty usiłowałem najpierw tak poznać system operacyjny i strukturę języka programowania ,aby sam proces programowania i obsługi uczynić wygodnieszym, znośniejszym i mniej żmudnym.Powstał spór miedzy mną, a Włodkim ,który napisał i wdrożył już pewien programik podczas mojej nieobecności wśród informatyków naszego oddziału, który miał istotne wady Włodek uważał że na gruncie systemu operacyjnego pod ,którym pracowały Mery jest niemożliwa automatyczna zmiana nazwy zbioru i zabronił mi się nawet tym zajmować zdając sobie zapewne sprawę ,ze taka sztuczka nie tylko znacznie ułtwilaby samą obsługę programów ale mogłaby tak usprawnić sam proces programowania , że stałoby się ono dużo szybsze ,wygodniejsze i niemal porównywalne do programowania na wchodzących wtedy w użycie PC -tach pracujących pod DOS-em,a wspomaganym przez program "nakładkowy" Norton Comander. Rzecz w tym,że udowadniając mu, że jest to możliwe otwierałem drogę do prawdziwego wykorzystania MER ale jednocześnie bardzo podważyłem jego autorytet.Okazał się na tyle uczciwy, że po niedługim czasie zwolnił się z ZUS-u uprzednio załatwiwszy sobie pracę gdzie indziej i na tyle "nieuczciwy", ze nie próbował mojego wynalazku wykorzystać, ani poinformować o tym kogokolwiek, a wręcz przeciwnie narzucił mi obowiązki operatora przy obsłudze swojego programu przy wydrukach zbiorówek dla wydziału wypłat i wiele innych czynności operatorskich , które bardzo utrudniały mi doskonalenie sie w programowaniu i próbie zastosowania tych umiejętności w praktyce. W tamtych czasach oprócz normalnych obowiązkow po za godzinami pracy opletliśmy cały budynek ZUS wraz z Krzyśkiem i Bronkiem Pawlikiem siecią kabli energetycznych i logicznych nie mając zupełnie do tego fachowego przygotownia ,za bardzo marne pieniądze i przygotowując oddział do założenia sieci terminali mających bezpośrednią łączność z ZETO.MERY stawały się bezużyteczne i cała inwestycja w nie czasu, energii i pieniędzy okazała się być jednym wielkim niewypałem Nikt w centrali , ani w kierownictwach Wydziałów Informatyki w poszczególnych oddziałach nie prowdził spójnej polityki inwestycyjnej a odbywało się jedynie wzjemne spychanie odpowiedzialności,nikt nie liczył kosztów i prawdę mówiąc nie liczyl się z kosztami, gdyż nikomu nie było wiadome kto podejmował określone decyzję o zakupach sprżętu i wdrażaniu coraz to nowych rozwiązań informatycznych,które prawie zawsze okazywały się spóźnione, wzajemnie się dublujące lub wykluczjące.
Ciekawe jakie jest obecnie zdanie na ten temat obojga kierowników Wydziału Informatyki Włodka Słowikowskiego i Grazyny Pawlik, czy czują sie choć trochę wspołodpowiedzialni ,czy też całą winę widzą w centrali w Warszawie, czy też może po stronie dyrektorów Oddziałów.W tamtych czasach zdarzył się wypadek ,który wstrząsnął nie tylko mną , ale również wszystkich innych pracowników naszego oddziału. W niewyjśnionych tajemniczych okolicznościach zginął nasz kolega , a mógłbym powiedzieć moj przyjaciel , z którym morze wódki wypiłem i mnóstwo "przygód' przeżyłem Boguś Sauk.Boguś według ustaleń policjii ostro pił w jakims mocno podejrznym towarzystwie, pobrał trochę peniedzy (wynagrodzenia) w ZUS-ie ,a po kilku dniach przy naszym (jego kolegów) udziale odnaleziono go utopionego w stawie.Nie miał przy sobie pieniędzy, na ciele nie znaleziono śladów walki,jego marynarka była porzucona na brzegu , a znaleziona przez Włodka Slowikowskiego naprowadziła policję na ciało. Boguś był zawsze człowiekim sumiennym, wiele rozumiał z tego co działo się w polityce i u nas w ZUS-e, zawsze strał się wykonywać swoje obowiązki starannie, był pomocny i uczynny ,a jego chyba jedyną wadą było to ,że ostro popijał obracając się w mocno podejrznych kręgach i zadając się często z byle kim , lubił prowokować ludzi po pijaku niekiedy budząc ich agresję.Mój umysł z natury skłonny jest do paranoi i lubi się doszukiwać różnych związków których być może w ogóle nie ma.A jednak jesli uświadomimy sobie jakie pieniądze wchodziły w grę przy "informatyzacji" ZUS-u ilu ludzi mogło przegrać lub wygrać swoje życie gdyby pewne informacje (które mógl mieć np. Boguś) zostały upublicznione i rozgrzebane, jeśli zdamy sobie sprawę jak gorącym tematem politycznym mogły stać się wtedy emerytury i renty o symbolach NZAS,NZAR i NNZA to można stawiać przypuszczenie ,że ktoś mogł Bogusiowi pomóc rozstać sie z nami.Prawdę mówiąc sprawa wspomnianych świadczeń może byłaby jeszcze gorętszym tematem dzisiaj , gdyż z pewnością wielu z tych rencistów i emerytów żyje do obecnych czasów , byli bowiem stosunkowo najmłodsi wiekiem przechodząc pod opiekę ZUS.Jeśli dobrze pamiętam akta tych osób zostały przesłane do centrali i wycofane z systemu EMIR na stosunkowo krótko przed śmiercią Bogusia wywołując wśród pracowników naszego oddziału uczucie ulgi, gdyz sprawiały wiele klopotów i wymagały dużo pracy.Nigdy później nie mialem z nimi do czynienia ,tematu tego nie podejmowały nigdy media i nie wiadomo mi jaki był dalszy los tych emerytów i rencistów. Wkrótce po śmierci Bogusia i odejściu Włodka Słowikowskiego pani dyrektorka Irena Tetlak przedstawiła mi opisaną wcześniej "propozycję nie do odrzucenia" i przestałem być aktywnym zawodowo obywatelem, a stałem się rencistą.

26 VI 2008 (czwartek)

Po tych wspomnieniach i tej subiektywnej (zapewne) kronice przeszłości zachciało mi się dzisiaj wrócić do teraźniejszości i w świetle moich doświadczeń i mojej optyki zanalizować i podsumować, wyciągnąć wnioski dotyczące dnia dzisiejszego. Otóż zawsze zdumiewała mnie ta nieumiejętność wyciagania wniosków, a nawet niedostrzeganie problemu prezentowana przez olbrzymią większość publicystów w mediach. Jeśli Wałęsa w świetle dokumentów na 90 % był agentem SB, gdyż w mojej ocenie alternatywna mozliwość, że wszystko jest sfałszowane , aby skompromitować Wałesę której czepia się sam Wałęsa usiłując sie bronić ,. ja siłą rzeczy jako niespecjalista i niezawodowy historyk, a oceniający rzeczywistość na podstawie jakiejś spójności logicznej i zdrowym rozsądku oceniam na nie więcej jak 10 %,.Dla mnie cała dyskusja i podłoże emocjonalne obrońców jak i przeciwników Wałęsy jest jedynie sztuczną burzą mająca na celu odwieść publikę od naprawdę istotnych pytań jeśli chodzi o Historię jej bieg i mechanizmy zdarzeń historycznych.Jeśli Wałęsa był "Bolkiem" to możliwe jest ,a nawet bardzo prawdopodobne ,że istnieją do dzisiaj siły, które o ile nie umiejscowiły Wałęsy w roli przywódcy opozycjii solidarnościowej to wykorzystywały i obecnie korzystają zapewne z sytuacjii ,że posiadały one wiedzę na temat jego przeszłości, a nawet stosowne dokumenty.W tej interpretacji tematem obecnej dyskusji powinno być usiłowanie zdemaskowania tych sił i osób, próby ocenienia ich wpływu na bieg zdarzeń historycznych określenie interesów grup społecznych ,które reprezentują i przede wszystkim energiczne poszukiwania, snucie hipotez, prowadzenie badań historycznych mających na celu zdemaskowanie i ujawnienie tych sił.Oczywistą rzeczą jest, że dane na ten temat i jakieś poszlaki mogą znajdować się w aktach IPN, dokumentach bezpieki lub np. w rękach prywatnych osób niekoniecznie publicznych. Jest również bardzo prawdopodobną hipotezą, że materiały potwierdzające manipulację całym ruchem solidarnościowym znajdują się w rękach obcych np,. rosyjskich lub amerykańskich.W tym ujęciu Polska byłaby zabawką w rękach dawnych mocarstw , które realizują na naszym terenie i naszym kosztem jakieś swoje interesy, ale również w tym wypadku nasza "niezależna" prasa i mass media powinny krzyczeć w niebogłosy .Inaczej cała nasza wolność , niezależność i samodzielna polityka jest jednym wielkim kłamstwem przeznaczonym dla mało rozgarniętej gawiedzi W mediach tymczasem obserwuje sie jedynie dyskusje na nierozsrtzygalny dla zwkłego obwatela dylemat, czy Wałęsa kłamie twierdząc ,że wszystkie materiały zaprezntowane w ksiązce wydanej przez IPN (dla mnie nie ulega watpliwości z i nicjatywy i z poparciem Kaczyńskich) są sfingowane przez SB , czy też on sam osobiście zajmował się czyszczeniem tych akt za swojej prezydentury.Podobno w świetle doniesień mediów jedynym niezbitym fakem jest to ,że z teczki Wałęsy zniknęly w okresie jego prezydentury i być może w momencie, gdy zażadał tych akt dla siebie jakies materiały, jakies wyrwane strony.Faktem jest też ,ze wiedzial o tym Kwaśniewski za swojej prezydentury i nic z tym nie zrobił.Moim zdaniem Wałesa był za mądry, a jednocześnie za głupi parafrazując jego słynne paradoksy , aby sam bez niczyjej wiedzy poprostu wyjąć dokumenty i je spalić a potem zwrócić niekompletne.Raczej fakt ,ze Kwśniewski ukrywał zaginięcie dokumentów (co do których ważności nie mógł mieć watpliwości) oraz zachowanie Wałęsy w przeszłości i obecnie świadczy, że w gruncie rzeczy grają z Kwaśniewskim w ta samą grę i w tej samej drużynie.A w ogóle sam fakt, że w niezależnym państwie prawa giną najbardziej strzeżone i interesujące dokumenty świadczy ,że albo jestesmy totalnie infiltrowani przez obce wywiady, albo w grę wchodzą jakieś wewnętrzne nieujawnione siły i jakies tajemnice ukrywane przed publiką.

2 VII 2008

Otóż prawie całe młode (nowe) pokolenie jest całkowicie obojętne wobec ewentualnej ,agenturalnej przeszłości Wałęsy.Im to poprostu wisi i powiewa Dla nich to nie ma znaczenia Jak się nad tym dobrze zastanowię to dla mnie też.Jeśli ja w swoich dzialaniach byłem poprostu manipulowany i moje gesty, akty, czyny były poprostu wodą na młyn tego co się wydarzało ,jeśli byo to celowe działanie jakichś sił, a ja byłem nieświadomym pionkiem w ich grze ,w której grały zarówno białe jak i czarne bierki, ale celem gry nie było wygranie, lecz prowadzący grę zamierzał ustawić określoną pozycję , to moją jedyna postawą obecnie może być totalne lekceważenie, obojętność nawet wzgarda dla wszelkich form agitacjii politycznej. Nigdy właściwie do końca nie wierzyłem w hasła, zawsze z niedowierzaniem i podejrzliwością patrzyłem na tych co je głosili.Widzę jednak z dzisiejszej perspektywy, że to wcale nie uchroniło mnie przed pewnym przypisaniem, pewną gębą którą zrobili mi bliźni. Zostałem wyrzucony po za nawias nie umiejąc się identyfikować do końca z Solidarnością (co to właściwie za kurwa jest) , a jednocześnie szczerze nienawidząc PZPR, ustroju "realnego socjalizmu" i wszystkich tych którzy go reprezentowali, jednocześnie widząc i dostrzegając czysto ludzkie uwarunkowania w jakich znaleźli przedstawiciele "reżymu dyktatury proletariatu", którzy (bywało) w odruchach i zachowaniach bywali poprostu ludzcy ( a czasami nawet szlachetni), nie umiałem zdecydować się na walkę na śmierć i życie z kazdym kto należał do PZPR ,a nawet wysługiwał sie systemowi współpracując z SB. Przyznaję jednak , ze bardziej mi obecnie doskwiera owo bagatelizowanie, zapominanie ,"przebaczanie" i wyrozumiałość dla ludzi aktywnie tworzących "Ustrój sprawiedliwości społecznej", niż próby dociekania prawdy i właściwych motywów działań ludzkich i i ch rozliczenia w czasach "realnego socjalizmu".

16 VII 2008 (środa)

Siedzę sam w domu. Synowie porozjeżdzali się po Polsce. Krystian z Przemkiem odpoczywają pracując jednocześnie, jako opiekunowie młodzieży na obozie w Serpelicach. Michał "zbija bąki" pod pozorem poszukiwania pracy w Warszawie (kwateruje w akademiku Krystiana). Dominik przebywa gdzieś na "oazie" pod Zakopanem (wyjechał wczoraj). Marzena w pracy.Popadam naprzemian w nastrój przygnębienia oraz względnej pogody ducha i optymizmu. W ostatnim czasie znacznie się rozleniwiłem, co w obliczu narastających trudności finansowych czasami mnie niepokoi. Urwały się moje kontakty przez internet z Tadziem i z Markiem, nic ostatnio nie przeczytałem, a jedynie obejrzałem (chyba po raz czwarty) "Piękny Umysł" z Russelem Crowe.
Ciągle grywam w brydża w stałym towarzystwie, a w niedziele biorę udział w turniejach Zbyszka Litwińca w szachy.
W polityce "sezon ogórkowy" nie ma nawet publikacjii o agenturalnej przeszłości Wałęsy.Pojawiają się jedynie bieżące fakty takie jak śmierć Geremka w wypadku samochodowym, czy wypadek autokaru pod Belgradem.
Jest w Radzyniu ciekawy człowiek ,nazywa się Jerzy Konarzewski,Znam go już prawie 20 lat.Zawsze był moim oponentem w rozmowach i dyskusjach przeważnie na tematy polityczne. Lubię z nim rozmawiać, gdyż nigdy nie ukrywał swych poglądów podczas gdy inni oficjalnie podobne poglądy głosili, a prywatnie ich się wstydzili i wypierali. Jurek okreśłał siebie jako komunistę,z dumą mówił że należał do PZPR i że nie wstąpił do SLD ponieważ jego prawdzwą robotniczą partie zmuszony był rozwiązać Rakowski.Interesujące jest to ,że "Mózg" (taki ma psudonim wśród bywalców radzyńskich pubów) juz z 15 lat temu twierdził, że Wałęsa to "Bolek" i ,że on sam pracował razem z Wałęsą w Stoczni Gdańskiej.Wczoraj podczas krótkiej rozmowy zdradził mi nawet kulisy zwerbowania "Bolka".Otóż podobno Wałęsa ,gdy był młodym robotnikiem ukradł oponę samochodową. SB mając na to dowody przy pomocy szantażu zmusiła go do współpracy.Nie przywiązywałbym wagi do rewelacjii "Mózga" gdyby nie fakt, że podczas całej naszej znajomości nie przyłapałem go na kłamstwie i nieraz to co brałem za fantazjowanie później okazywało się faktem.
Sprawdziłem nazwisko i imię Jerzy Konarzewski na liście Wildsteinna i figurowało ono tam jako tajny współpracownik.
"Mózg" zapytany wprost o ten fakt przyznał , że miał kontakty z SB i stwierdził, że zdziwłby się gdyby nie było go na tej liście.
Męczy mnie to wszystko i zaczyna nudzić...
Dzisiaj wybieram się jak co tydzień do knajpy na brydża.

19 VII 2008 (sobota)

Dzień spędzony samotnie na grze w szachy. Zaniedbałem ostatnio lektury. Trochę dlatego , że psuje mi się wzrok. Do czytania potrzebne mi już są okulary, także do odręcznego pisania. Byłem nawet wczoraj w bibliotece, ale nieczynna (remont).Telewizjii nie oglądam i w taki dzień jak dzisiaj czuję się jakby po za społeczeństwem, wyizolowany. Nawet mi z tym wygodnie , byle taki stan nie przeciągał się zbyt długo. Jeszcze z tydzień czekają mnie takie dni jak dzisiejszy, później zjadą się synowie, Marzenie skończy się urlop (wykorzystuje go na zarobkowe zbieranie wiśni lub jagód).Nic poważniejszego mnie nie niepokoi, nie mam jakichś "twórczych" pomysłów, nie ponaglają mnie terminy, ani niezrealizowane zobowiązania. Nareszcie spokój.....

26 VII (sobota)

Przez trzy dni w tym tygodniu zbierałem wiśnie na zarobek.W następnym tygodniu również będę zbierał. To dla mnie jedyne wyjście, aby spłacić (nieduże) długi i pomóc finansowo Krystianowi (Który również się zadłużył).Marzena zbierała razem ze mną.
Jest ode mnie dużo sprawniejsza w zbieraniu i ze dwa razy szybsza.Zajęcia intelektualne i te które mnie jakoś zajmują będę musiał odłożyć na nieokreślony czas.

26 VIII 2008 (wtorek)

Skończyła się olimpiada w Pekinie.Mam pewne projekty i pomysły jak rozwiązać sytuację z bratem Mirkiem w Łukowie.Sprawy z tym związane są nader cienkie.Czytam sobie Ericha Fromma "Mieć czy być".W moim środowisku (prowincjonalnym, powiatowym, radzyńskim) powoływanie się na ksiązkę Żyda (niezależnie od meritum sprawy) wypada zawsze źle i ustawia mnie na z góry przegranej pozycjii we wszelkiej dyskusjii.Ten fakt bardziej mnie irytuje niż głupota i ignorancja wszelkich potencjalnych dyskutantów. Żaden z nich (obrońca polskich wartości wobec "żydowskiego żywiołu") nie próbuje nawet podjąć merytorycznej dyskusjii wobec spraw poruszanych np. w tej książce i sam fakt ,że From jest Żydem jest powodem ,że należy go ignorować ,lekceważyć i pomijać niezależnie od tego jaki odzew "we świecie" wywołała jego książka. Ja nie czuję się z tym dobrze.
Zastanawiam się jaki jest powód ,że książki polskich autorów (np, o orientacjii katolickiej) nie są czytane , dyskutowane i cenione w

środowisku humanistów, filozofów i szerokiej rzeszy prostych czytelników, dlaczego są tak skostniałe i miałkie , zę prawie nikt się z nimi nie liczy.Wytłumaczenie jakie lansują mi zwolennicy teorii o żydowskim albo masońskim albo jakimś innym spisku tak mnie odstręcza i zniechęca ,że czasami nawet nie mam siły protestować. Ciekawe jest to ,że tak zwani "ludzie lewicy" z którymi czasami mam kontakt (np. przy brydżu) wogóle nie znają Fromma, nie usiłują odświeżać i uwspółcześniać Marksa, a wręcz przeciwnie akceptują i godzą się z liberalną i kapitalistyczną ideologią posiadania i robią wszystko, aby się znaleźć w tak zdefiniowanej rzeczywistości i obronić swe więcej niż wątpliwe racje moralne zwiążane z ich ( i naszego polskiego narodu) przeszłością. Wydaje się ,ze brak mi jest partnerów do dyskusjii o sprawach zasadniczych jako ,że jedyni potencjalni dyskutanci

przedstawiciele kościola katolickiego ustawiając się na pozycjach tych, których akceptuje władza państwowa (sami nieojako są u władzy) raczej unikają dyskusjii (czy dialogu).Mnie w każdym razie nie pojawiają się okazje do rozmowy z przedstawicielami katolików ,mimo że okazjii takich nie unikam ,a nawet ich poszukuję.

28 VIII 2008

Właściwie nie wiem po co włączyłem komputer, po co próbuję coś napisać. Nic istotnego. Na polu prowincjonalnych, powiatowych rozgrywek wydarzyło sie tyle , że powiatowy, prowincjonalny kacyk , prezes SPOMlEKu, prezes klubu "Orlęta Spomlek". miniony poseł Szczepan Skomra stracił posadę w wyniku licznych protestów pracowników i byłych pracowników Spomleku. Zawsze byłem przeciwko temu przedstawicielowi post-PRL-owskiej nomenklatury i jego obecna klęska na pewno mnie cieszy.Uważam, że prawdziwa lewica powinna być nawet bardziej radykalna od prawicy w rozliczaniu pro-radzieckiej (czyli pro-rosyjskiej) nomenklatury, która dzięki między innymi polityce Wałęsy i Kwaśniewskiego okopała się bardzo wygodnie w polskiej posolidarnościowej rzeczywistości. To ,że zaczynają dobierać się do dupy działaczom związanym z dawnym PZPRem i poźniejszym układem okrągłostołowym czyli cynicznym graczom wywodzącym się z pewnych odłamów PZPRu bardzo mnie cieszy. To wszystko nie znaczy jednak, że jestem zadowolony z ogólnej sytuacjii politycznej w kraju. Klęska politycznej "pseudolewicy" reprezentowanej przez SLD oczywiście mnie cieszy, ale jednocześnie brak jest jakichkolwiek ruchów związanych z budową alternatywnej wobec PIS i Platformy partii czy ruchu społecznego, który spróbowałby podjąć walkę, lub chociazby dyskusję z wszechobecną liberalno-kapitalistyczną ideologią posiadania i przewagą "mieć" nad "być" w społeczeństwie polskim.Zdaję sobie sprawę, ze personalizm katolicki uzurpował sobie prawo do idei "bycia" i przeciwstawienia jej wszchobecnej idei "posiadania" , jednak praktyka funkcjonowania kościoła katolickiego w Polsce całkowicie zaprzecza tym ideom i jak wynika z moich (ale nie tylko z moich) obserwacjii koścół katolicki w Polsce istnieje głównie w oparciu o "mieć" i stale broni i domaga się aby coraz to więcej "mieć".
Powiem mocniej ,gdyby kościół katolicki przekonał mnie ,że dla całej jego machiny , urzędów,biurokratycznej struktury i tego co można określić materialną osnową jego istnienia ważniejsze jest " być" niż "mieć" to gotów bym się określić jako katolik (którym jestem formalnie z racjii chrztu) mimo ,że co do istnienia Boga mam poważne wątpliwości.

27 X 2008 (poniedziałek)

Byłem u Marka Droba na jabłokobraniu. Zarobiłem trochę pieniędzy, które wspomogą oczywiście nasz budzet rodzinny i mój osobisty również.W czasie pobytu u Marka Droba w Woli Przybysławskiej było wiele dni deszczowych, bezczynnych w czasie , których czytałem i próbowałem pisać coś "od siebie".Zamieszczę tutaj teksty , które powstały rok temu w zestawieniu z tekstami tegorocznymi, aby można było porównać jak ewoluował mój stosunek do samego siebie przez okres jednego roku.
2007.09.27

Gdy szyba okna ocieka dzeszczem

historia szachów, jak historia epok

tkwi w obecnej mojej chwili.

A jabłko na zbiór czeka jeszcze.

Człowiek od wieków był podglądany
lecz przez opatrzność, nie przez kamery.
Człowiek od zawsze był podsłuchiwany
lecz nie dyktafonem, do jasnej cholery.

Ja pragnę tylko chwil sam na sam z absolutem i tylko wtedy się nie wstydzę mej ludzkiej cielesności i grzeszności,

gdyż wiem, że posiada on gębę anlogiczną do mojej, dupę do mojej odpowiednią i inne organy jak najbardziej funkcjonujące
i podobne do moich.Może mój mózg z defektem jest przejawem jakiegoś defektu ogólnego.Może Bóg też jest niedoskonały
skoro tworzy rzeczy niedoskonałe...

Jabłka rumieńcem wstydu pałają,
natrętna polityka z radia się sączy,
"nieśmiertelne" partie szachów już rozegrane,
chwila z chwilą jak ogniwa łańcucha się łączy,
przypadek i chaos Czasem władają.

Ale nade wszystko odpowiedz mi na pytanie: Czy jesteś zwolennikiem długonogich brunetek,czy raczej wyżej cenisz
blondynki z dużym biustem o błękitnych, zmysłowych oczach ? (2007.09.27 czwartek).

natomiast w tym roku w okresach dość długiej bezczynności spowodowanej pogodą i wypełnionej lekturami książek popularnonaukowych oraz różnymi rozmyślaniami powstały takie teksty:

20 IX 2008

Dzień taki jak dziś...
Deszcz, piwo, bezczynność, melancholia..
Pośród dni wypełnionych wysiłkiem fizycznym.
Myśl dryfuje przez ocean informacjii.
Świadomość organizuje chaos przestrzeni, czasu i przedmiotów
Kruszyna soli organizuje porządek wokół siebie
na kształt świadomości.
Lecz dusza moja zawiera także zalążek chaosu.
Jestem bałaganem, żyjącym w symbiozie
z pedantyczną organizacją.
Jestem aktywnością, dążeniem, wolą.

Ja, wytwór miliardów lat loterii zwanej życiem,
usiłuję znaleźć swoją prywatną rację istnienia,
która będąc pewnie kłamstwem,
potrzebna mi jest jak powietrze.

Owo złudzeniei i kłamstwo, jak idea duszy,
idea solidarności międzyludzkiej, idea miłości,
czy idea samego Boga pośród wielości innych wyobrazeń,
jest taką samą koniecznością dla mej osoby
jak konieczność jedzenia i oddychania..

22 IX 2008 (Eksperyment)

Wykopłszy z grubsza trzy metry marchewki
zapominam wkrótce co gdzie się kędy.
Na wspak do kiedy, tyż dobrze.
Za kroplą humoru bym się na zaś,
toż człek bezkształtny na oścież.

Czym bez kształtu rozdziera, to tym jest los ludzki
do przodu i wstecz, sens jak struktura, co tworzy się
w bezsensie sensów pod oknem.

Dyszcz mocny,czerwień w zieleni tonie
w podskokach w górę i nazad.
Piwo jak chliwo wyciąga do spodu.
Co przez początek końcem się zwie,
Nie patrz przez okno,
tam wilgoć w powietrzu, coraz to mocniej
od nieba po szczaw.
Czym jest pospólstwo wśród krzaków

do przodu, to tyłem
moloch wśród gwiazd.
Bąbelek z pianką niż bardziej co?
To gdy pod spodem coraz to naprzód.
Chich dolny od skarpet po sam wierzch
nad chmury.

Mój "Ja" samotny, utkany ze słów i znaczeń
gubi się niekiedy w kosmosie
wyłaniającym się
z chaosu wrażeń.

-----------------------------------------------------------------------

4 X 2008

Kropka, kreska, kropka...
Alfabet, który znalazł się na śmietniku historii..

Inne alfabety, inne litery, inne słowa.
Alfabet Braila, alfabet migowy,
alfabet DNA , z którego składają się słowa-geny,
alfabet pierwiastków i słowa związkow chemicznych,
alfabet cząstek elementarnych osnowa całej materii.

I jeszcze inne...

Człowiek jest zniewolony do wynajdowania coraz to nowych alfabetów,aby wyrazić to co niewyrażalne w starym języku.Jak wyjść
"po za" ? Jak uchwycić sens tego czego nie da się wyrazić ? Nawet w matematyce są twierdzenia i prawdy, które wykraczają po za system aksjomatów.Dlaczego zawsze wydaje się, że to co niewypowiedziane i nie do udowodnienia jest najważniejsze ? Ile jeszcze alfabetów, języków, systemów musi powstać by uchwycić sens ostateczny? Przy pomocy jakich nut wyśpiewać wreszcie pieśń, która

byłaby kompletna, ostateczna? Zawsze w połowie drogi, nigdy nie zaspokojeni, zawsze głodni i spragnieni, niepewni dokąd zajdziemy.Niepewni nigdy i niczego.
W tym rozdarciu Ja staję, zatrzymuję się i usiłuję stworzyć swój prywatny język, który składa się z liter, których jeszcze nie znam i wymienić ani nawet policzyć nie umiem, a który zawierałby słowa i sensy pozwalające wyrazić i przekazać dalej (nie wiem komu?) moją prawdę, mój ból i moje szczęście.
Czy przekaz czyli komunikat ma sens bez wyobrażania sobie odbiorcy ? Czy nadawca nie postępuje głupio i nieostrożnie wysyłając informacje nie wiedząc do kogo one dotrą ?
Ludzkość juz to zrobiła wysyłając sondę kosmiczną zawierajacą informacje o sobie do potencjalnej inteligencjii pozaziemskiej.
Być może nie jestem więc tak odosobniony w swoim pragnieniu by być jednak przez kogoś zrozumiany, nawet jeśli obiektywnie mogłoby to zaszkodzić nadawcy.
Jaki miałbym wybrać kanal nadawczy, jakie szumy zniekształciłyby treść i czy na zgubę swoją czy na zbawienie miałbym to zrobić? Czy przdsięwzięcie takie nie jest nazbyt szalone?
Przecież próby takie podejmowałem już (gdy byłem młody) i stałem się kompletnie niezrozumiały dla innych ludzi.
Przekaz pozostał bez odpowiedzi..Nie wiem nawet czy był adresowany do innych ludzi,czy do Boga ( którego istnienia przeciez nie wykluczam),czy do obcej inteligencjii,czy do sztucznej inteligencjii, czy do szeroko rozumianej natury.( Jak napsałem, adresata nie znałem i nadal nie znam). Być może nalezy sie poddać dyscyplinie i najpierw dokładnie określić alfabet znaków i treść tego co chce się przekazać, ale przecież wtedy nie wyjde po za krąg tego co daje się wyrazić noramalną drogą, a to nie jest najwazniejsze..

Wiem , poezja, muzyka i w ogóle sztuka usiłuje niekiedy wyrazić to czego w standrdowy sposób nie da się wyrazić.Bywa ,że jest to jakoś odbierane i rozumiane przez innych ludzi, ale dla mnie nie jest to az tak wazne, chciałbym wyrazić się bardziej uniwersalnie (po za ludzko). Czy to w ogóle możliwe ?

Na razie posługuję się zwykłym alfabetem, niezbyt zgrabną polszczyzną i jestem "normalny", czy jednak nie zapragnę kiedyś znowu tego co zawładnęło mną w przeszłości ?

Spróbuję teraz narysować coś , moją niezgrabną kreską, zwykłym długopisem, na zwykłej kratkowanej kartce.Być może odda to jakąś część tego co było kiedyś we mnie i co być może nadal drzemie uśpione...

8 XI 2008 (sobota)

Piłem,dwa, trzy cztery piwa wypijane codziennie ostatnio.. dają mi pewną ulgę, ale czym okupioną. Upijam się na trzeźwo,zdając sobie w pełni sprawę ,ze być moze popadam w alkoholizm....Rzadko zapominam o swoim "krzyżu" ,o swojej ułomności, swoim niedostosowaniu. Snuję i propaguję swoje różne koncepcje np.polityczne lub związane z nauką, zwłaszcza fizyką, ale jakby bez przekonania , jakby z dystansem, jakbym ja i nie ja mówił jednocześnie.Życie nieubłaganie płynie, ocieram się o śmierć ,a w kazdym razie chorobę osób może nawet niecałkiem mi bliskich, ale z którymi los powiązał moje życie. Szwagier (brat Marzeny) już prawie miesiąc na OIOMie zmaga się z tym co nieuniknine.Teściowa z diagnozą raka żołądka przebywa w domu i wymaga niejakiej opieki. Większość problemów spada na Marzenę, ale i na mnie odbija się to rykoszetem.Coraz trudniej krzesać niezbędną do życia energię, coraz trudniej udawać normalność.Synowie,którzy dają sobie jakoś radę w codziennych zmaganiach z zyciem są dla mnie niejaką pociechą.Aajajaj bumcyk cyk,hej.

10 XII 2008 (środa)

Jestem w Zabielu.W poprzednim tygodniu dwa pogrzeby . najpierw szwagier Irek, a trzy dni później teściowa.Bezpośrednie obcowwanie ze śmiercią.Dyżurowanie przy ciele tesciowej w nocy i wczesnym rankiem, telefony do pogotowia, do zakładu pogrzebowego, wszystkie te formalności zwiazane z pogrzebem...Konkret śmierci, konkret ciała ,które stanowi problem ,z którym nallezy sobie poradzić.Ja w tym wszystkim z całym bagażem swojego doświadczenia, które na nic sie nie przydaje w takiej chwili ,które jest nieistotne i zbędne.Zatroskanie o Marzenę, moją rodzinę, niepewność co do przyszłości, świadomość zmian w stylu życia które muszą nastąpić Już trzy dni nocuję na wsi towarzysząć mojemu "przyszywanemu" teściowi Olkowi w znoszeniu .samotności , nudy i pustki.Jutro wybieram się do lekarza, kończą mi się leki, pojutrze wyjazd do Łukowa Chwila za chwilą życie posuwa sie naprzód , konieczne czynności ,zachowania, formy, kontakty z kolegami, trochę alkoholu trochę myśli ciemnych, tragicznych, trochę zapomnienia i twania w codzienności...

17 XII 2008

Nieuniknione zmiany w codziennym życiu moim się zapowiadają. Będę pewnie musiał zrezygnować z części dotychczasowych zajęć na rzecz codziennej walki o przetrwanie, muszę (chociaż niby nikt tego ode mnie nie wymaga) częsciej bywać na wsi w Zabielu (ostatnio prawie codziennie tam nocuję).W domku na wsi nie ma internetu,nie ma ciepłej wody, nie ma łazienki ani ubikacjii, trzeba codziennie palić w kaflowym piecu (a i tak w nocy jest strasznie zimno),trzeba zająć się pieskami i kotkami, a także moim "przyszywanym" teściem Olkiem Książkiem, z którym rozmowy i przebywanie staje się dla mnie coraz uciążliwsze. Olek jest jakby z innej epoki, jakby z innej planety, nie umie posługiwać się telefonem ani nawet włączyć sobie telewizora, nie wierzy i nie potrafi zrozumieć, że Ziemia jest kulista i obiega Słońce, świat dla niego zatrzymał się na latach 50-tych,60-tych ubiegłego stulecia, ma kompletne pomieszanie pojęć politycznych,historycznych i geograficznych, przez ostatnie 15 lat nie oglądał telewizjii i jedynie sporadycznie słuchał radia, skutecznie niedopuszczany do tych mediów przez mojego szwagra Irka i moją teściową nieboszczkę.
Olek jest reliktem przeszłości ,który jakimś cudem dotrwał do czasów wspólczesnych jak trzonopłetwa ryba latimeria. Jako relikt przeszłości jest on ciekwy i nawet lubię z nim "podyskutować" i spróbować wejść w jego sposób myślenia. Olek jest jak najbardziej pożyteczny i nieuciążliwy potrafi byle jakimi narzędziami robić użyteczne przedmioty z drewna jak grabie, krzesła, uchwyty do noży itp. Lubię Olka i zawsze przeciwstawiałem się teściowej i Irkowi , którzy nim poniewierali, a Marzena im dzielnie sekundowała. Martwi mnie jednak to ,że na dłuższą metę nie potrafię się jednak zanurzyć w ten odchodzacy świat i całkowicie się w nim pogrążyć, ciagłe wyjasnianie świata wspołczesnego i "edukowanie" Olka w końcu zacznie mnie nurzyć i zacznie mi brakować kontaktów ze światem wspołczesnym mimo (zdaję sobie z tego sprawę), że dla moich synów (zwłaszcza dla Krystiana) sam staję się takim "dinozaurem" i reliktem przeszłości( z kolei on nie zdaje sobie sprawy ,że jego również prawdopodobnie czeka taki sam los ha, ha, ha).

Godz 21.15 jestem w Zabielu,wypiłem parę piw z Olkiem,telefonowałem do Przemka, czuję sie samotny, a moja egzystencja przedstawia mi się jako bez znaczenia i bez sensu,napaliłem w piecu,ale jest zimno.Niewesołe mysli o najblizszej przyszłosci, zabraknie drzewa do palenia. Marzena zostawia wszelkie problemy na później, mało sie interesuje tym co dzieje się w jej domu rodzinnym, jest pochłonięta przygotowaniami do nadchodzacych świąt, chyba nie ma planu na dłuższą metę, odsuwa wszelkie problemy od siebie, zupełnie nie obchodzi jej to co dzieje się z rodziną z mojej strony czyli z moimi braćmi, synowie żyją dniem codziennym i trudno od nich wymagać wiekszego zainteresowania jakimiś planami na przyszłośc dla naszej rodziny.Ja jestem jak we mgle.Nie mam planu na przyszłość , z trudem znoszę codziennośc ratujac się alkoholem.Będe musiał jednak coś postanowić.

20 I 2009 (wtorek)

W tych dniach pełnych obaw o przyszłość zajmowałem się sprawami odległymi... np korespondowałem z Tadziem na temat fizyki, jak zwykle sporo grałem w szachy i brydża. Zamierzam zamiescić tu fragment mojej korespondencjii z Tadziem, aby przekazać obraz tego co mnie zajmowało przez ostatnich parę miesięcy. Oto dwa przykładowe maile do Tadzia ode mnie jaki wysłałem mu w ostatnim czasie:

Nieco filozoficznie

Hey Tadeusz

Kolejny rok.Święta spędziłem spokojnie, nawet nie upiłem sie porządnie.Gdzieś pod skórą tkwiły wspomnienia i pamięć o osobach, z którymi wprawdzie nie byłem szczególnie blisko ale, które odegrały rolę w moim życiu. Siedzę w tej chwili w Zabielu i myślę o naszych rozmowach przez internet, do czego wspólnie doszliśmy i co z tego wynika. Piszę ten tekst na laptopie ,a w niedzielę zamierzam przesłać go mailem pod twój adres na Tlenie.
W ostanich swoich mailach usiłowałem nakreślić coś jakby program działania dla siebie i ewentualnie (gdybyś chciał sie dołączyć) dla ciebie zajmownia się fizyką. Wydaje mi się bowiem ,że wobec rozległości tematu i niejakiej chaotyczności i przypadkowości naszych rozważań i dyskusjii przydałby się jakiś kierunek, jakiś leitmotyw w naszym wspólnym myśleniu o fizyce, czy o nauce wogóle. Oczywiście nie wykluczam licznych dygresjii, luźnych obserwacjii ,pomysłów, spostrzeżeń i odstępstw od głównego toku myśli w miarę jak docierają do nas informacje , które wydają sie być ciekawe bądż inspirujące.W moim przekonaniu jednak, w obecnych czasach istnieje większe niebezpieczeństwo ,że człowiek może sie zagubić w skądinąd nawet ważnych czy inspirujących wiadomościach niż, że przeoczy czy nie dostrzeże jakiegos waznego szczegółu.Inaczej mówiąć wolę narazić się na miano ignoranta niż błąkać się bez drogowskazu po bezdrożach licznych odkryć, idei pomysłów, teorii i koncepcjii. Tradycyjny probierz przydatności jakiegoś pomysłu czy weryfikacjii teorii, a więc zgodność z doświadczeniem czy uniwersalność jego zastosowania zaczyna być kwestionowany i lekceważony na rzecz nieograniczonej "twórczości" z udzałem obliczeń numerycznych, które wycinkowo dają jakieś wyjaśnienia bądź przewidywania natomiast nie mają ambicjii wypracowania spójnego światopoglądu na temat świata fizycznego.
Zadanie ,które postawiłem przed sobą (a także być może przed Tobą) jest z pewnością zbyt ambitne i prawdopodobnie dla nas niosiągalne, ale jako pewien program rozwoju osobistego i jako doping dla dalszego zajmowania się fizyką, a takze jako pewien kompas we świecie idei i koncepcjii fizykalnych może być przydatne i może mięc pewne znaczenie tym bardziej ,że starałem się je mozliwe jak najbardziej ukonkretnić i sprecyzować. Przypominam ,ze chodziło mi o próbę sformułowania zasady fizycznej równie fundamentalnej i uniwersalnej jak zasada względności lub zasada nieoznaczoności. Ambicją moją było "pogodzenie" lub uogólnienie obu tych zasad będących podstawami dla fizyki współczesnej. Wydaje się, na obecnym etapie mojego doświadczenia, że zasada ta powinna dotyczyć pojęcia informacjii lub przyczynowości ( z czym i Ty się chyba zgadzasz).Nie chodzi mi wcale o proste kopiowanie innych zasad np. zasady zachowania energii w odniesięniu do informacjii , lecz raczej o wydobycie takich aspektów z pojęć "informacja" i "przyczynowość" o, których jeszce być może nikt nie pomyślal. Wymagałoby to poszukiwań w literaturze i internecie różnych koncepcjii tych pojęć wśród przyrodników (i być może filozofów), ale przede wszystkim własnych oryginalnych przemyśleń, przykładów i prób ich zastosowania do jakichś układów fizycznych (również z zastosowaniem jakiejś matematyki dla wypracowania ilościowych przewidywań).
Na marginesie chciałem zauważyć ,że pojęcie "informacjii" jest w naturalny sposób związane nie tyle z energią i jej zasadą zachownia , co z drugą zasadą termodynamiki i pojęciem wzrostu entopii przez współny dla nich mianownik, czyli "prawdopodobieństwo zaistnienia określonego stanu fizycznego". Mam nawet wrazenie, że zasadę wzrostu entropii możnaby równoważnie sformułować jako zasadę zmniejsznia się informacjii zawartej w jakimś układzie fizycznem. Od razu jednak muszę zaznaczyć ,ze wcale nie o to mi chodzi. Chodzi mi ,aby przez wnikliwe studiowanie (przy pomocy dostępnych środków) pewnych aspektów pojęcia informacjii ( nie wykluczajc jej przedefiniowania) tak ją uogólnić, aby było przy jej pomocy możliwe sformułowanie zasady z, której wynikałaby zarówno zasada nieoznaczoności, jak i zasada względności ( to na razi

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Filibert      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
20 stycznia 2009

Mój " Dziennik niecodzienny"

Przyzwyczajony jestem do braku odzewu na mój "krzyk rozpaczy", z podobnymi problemami boryka się co drugi człowiek na naszej plancie...
Mając na uwadze to co wcześniej napisałem w tym blogu zdecydowałem sie jednak zamiścić tu fragmenty moojego dziennika.Mimo ,że nie mam szczególnej nadziei ,ze wogóle ktoś to przeczyta dla spokoju własnego sumienia (że wogóle coś usiłuję robić) spróbuję się nieco odkryć...

7 X 2007
Pisałem ten dziennik już w wielu zeszycikach,na innych mediach.Nie mam specjalnej nadziei,że ten zostanie ocalony od zapomnienia.Wskutek bałaganu ,który mnie otacza niejeden zeszycik z moimi życiowymi przygodami przepadł bezpowrotnie.
Coś jednak(jakas siła) zmusza mnie by pisać.Nawet jeśli to nie ma absolutnie żadnego sensu pragmatycznego istnieje jakby nakaz, przymus psychiczny by notować przypadki życia mojego, moje przemyslenia poglądy itp.Jestem w tej chwili w sytuacjii jak zawsze trudnej i wymagającej.Po smierci moich rodziców mój brat Mirek rozpił się i stoczył zupełnie.Moja żona Marzena jest w tej chwili na Saxach w Austrii (pracuje, aby jakoś powiązać koniec z końcem i zapewnić byt rodzinie).Ja równięż pracowałem ciężko fizycznie,aby zapewnić moim synom Krystianowi i Przemkowi wykształcenie i byt.Jestem schizofrenikiem.Jestem na rencie.Jestem ojcem czterech synów Dominika,Michała,Przemka i Krystiana.Gram w szachy i brydża.Interesuję się matematyką, fizyką, filozofią, literaturą i trochę wszechobecną polityką , ale także filmem i sztuką w ogóle.Zbliża się święto zmarłych oraz dzien wyborów do sejmu.Pojade do Łukowa i będe chyba głosować na PIS.

18 X 2007 (czwartek)
W czwarki zwykle gram w brydża.Gram w brydża w mieszanym towarzystwie , w knajpie, popijając przy tym piwo.Gramy zwykle w składzie: Ja, Jarek Guz(dobry mój kolega,kierowca,własciciel firmy przewożącej ludzi do Niemiec lub Austrii),Piotrek Matuszewski(nauczyciel informmatyki),Janusz Suwała(emerytowany komendant policji w Radzyniu),Kazio Balbier(rencista, mąż mojej byłej koleżanki z pracy w ZUS-ie Ali Balbier,która była kadrówką),Stasio Grudzień(pracownik jakiejś firmy ubezpieczeniowej,zajmujący się również pośrenictwem w handlu nieruchomościami),czasami przechodzi również pan Henio Karwowski(były wojskowy),który zaszczepił,a właściwe reaktywował brydża w Radzyniu organizując kilka turniejów.Prawie całe towarzystwo(oprócz mnie i chyba Piotrka) związane jest lub było z tzw "lewicą" czyli z SLD i miało związki jakieś z PZPRem.W związku z tym,że moje poglądy polityczne oparte są w dużym stopniu na krytyce byłego( na szczęście już upadłego ustroju) i na walce z ludźmi ,którzy ten ustrój reprezentowali, moja sytuacja w tym gronie jest dosyć delikatna.Staram się raczej unikać bezpośredniej konfrontacji wyraźnie jednak akcentując odmienność moich poglądów.Polityka (a zwłaszcza stosunek do nieodległej historii),budzi wśród Polaków jeszcze mnóstwo emocjii i gdybym zbyt otwarcie głosił moje polityczne credo mogłoby to zepsuć calkiem dobre, koleżeńskie relacje jakie wykształciły się w naszym gronie.
Zauwazam (trochę żartem) obserwując prezydentów po upadku PRL-u następującą prawidłowość ,Wałęsa najbardziej kochał (i afiszował się z tym) stocznię gdańską , gdy został prezydentem stocznia zbankrutowała i istnieje właściwe jedynie jako pomnik dzięki dotacjom państwowym , Kwaśniewski związany był ze sportem i młodzieżą (zawsze podkreślał z dumą, że w okresie największych przemian on tym właśnie się zajmował i, że nie ma się czego wstydzić).Za jego prezydentury sport w Polsce znalazł się w strasznym dołku (np, najmniejsza ilość medali na olimpiadzie w Sydney,w porównaniu do wszystkich olimpiad ,w których startowali Polacy po wojnie), a mlodzieżą zajął się w ten sposób , że zmuszona została do emigracji w poszukiwaniu szans awansu i jakiejkolwiek możliwości ułożenia sobie życia w kraju(zgodnego z ich aspiracjami) bowiem wszystkie intratne posady pozajmowały stare pryki wywodżące się najczęściej z pokomunistycznej nomenklatury, monopol na robienie interesów związanych z prywatyzacją miała też ta sama grupa powiązana z dawną SB i aktywnymi byłymi członkami PZPR, których Kwaśniewski skutecznie chronił ,nie dopuszczając do opinii publicznej wiedzy o ich przeszłości i powiązaniach przez blokowanie lustrcjii i dekomunizacjii.Zastanawiam się obecnie (jeśli ta tendencja się utrzyma) co stanie się z całym aparatem prawa i z samym prawem za prezydentury Kaczyńskiego, który jest znawcą i milośnikiem stosowania prawa.
Z tych rzeczy, które "rozłożyli" nasi prezydentowie najbardziej oczywiście żal mi młodzieży i trochę sportu, a najmniej byłoby mi żal prawa, które było powiązane i chroniło interesy grup najbardziej podłych i pazernych.
Inna rzecz , która rzuca mi się w oczy gdy obserwuję obecną kampanie wyborczą to to , że wszystkie opcje od tak zwanego "prawa do tak zwanego "lewa" starają się jak najbardziej podlizać przedsiębiorcom, nikt nie podlizuje się i nie stara się pozyskać głosów np. naukowców, artystów, sportowców czy innej jakiejś grupy zawodowej tylko właśnie przedsiębiorców.Tak jak w byłym ustroju gloryfikowano i podlizywano się robotnikom, jednocześnie ich rozpijając , utrzymując w ciemnocie i traktując jak niedorozwinięte dzieci, tak obecnie idealizuje się przedsiębiorców podkreślając , że tworzą miejsca pracy, są motorem rozwoju gospodarki itd.
Z moich obserwacjii wynika natomiast,że podstawową cnotą w tej grupie jest chciwość, zachłanność, bezwzględność, brak zasad, przywiązanie i dązenie do zbytku i luxusu , niewrażliwośc itp.Oczywiście jak każda grupa społeczna są oni zróżnicowani i z pewnością znalazłoby się wsród nich człowieka uczciwego, prawego, współczującego i w dobrym tego słowa znaczeniu przedsiębiorczego, ale niech mi ktoś wskaże choć jednego przedsiębiorcę , ktorego celem działania byłoby "tworzenie miejsc pracy", lub napędzanie gospodarki narodowej.Takie własnie glupoty sugeruje się często w mediach podobnie jak kiedyś idealizowano do granic absurdu robotnika, który najczęściej w rzeczywistości był tępym , zapijaczonym złodziejaszkiem.
Faktem jest, że Kwaśniewski w debacie telewizyjjnej z Tuskiem podkreślał swoje zasługi dla przedsiębiorców czym co ciekawe sprowokował Tuska do obietnic dla pracowników sfery budżetowej.Tak własnie u nas wygląda "lewica" i "prawica".Kwaśniewski ramię w ramię z Millerem był bardzo bliski onegdaj wprowadzenia podatku liniowego i zwolennikiem innych liberalnych pomysłow(w każdym razie za ich rządow najbardziej rozwarły się nożyce płacowe i nastąpiło olbrzymie zróżnicowanie w dochodach), z kolei Tusk znany ze swych liberalnych poglądów rozlewa krokodyle łzy nad ciężką sytuacja pracowników finansowanych z budżetu państwa zapowiadając podwyżki dla nich, przy jednoczesnym obniżeniu podatków !
Wygląda na to , że każdy innymi slowami powtarza Wałęsę i każdy "jest za a nawet przeciw" gdy chodzi o zabieganie o głosy.

22 X 2007 (poniedziałek)

Wybory wygrał Tusk.Cóż będę czekał aż zdarzy się cud.Aby zarazić mnie swoim optymizmem Tusk będzie potrzebował jednak czegoś więcej niż przekonanie, że upadek komunizmu, powstanie Solidarności i przemiany , które potem nastąpiły to następstwo i dowód ingerencjii sił nadprzyrodzonych w dziedziny ekonomi, polityki i historii.Owszem gotów np. jestem podjąć każdą pracę ,

nawet fizyczną, dzięki konkurencjii na rynku pracy zbliżoną do niewolniczej, j eśli moje kwalifikacje, wiedza np. z dziedziny fizyki i matematyki jest całkowicie nieprzydatna(o czym przekonują mnie wszyscy dokoła).Owszem rozumiem znaczenie przymusu ekonomicznego i gotów jestem do całkowicie irracjonalnego optymizmu (że jednak zdarzy się cud ,wszyscy ludzie staną się nagle uczciwi, dobrzy, zniknie korupcja i wyzysk, sprywatyzowana służba zdrowia zacznie funkcjonować prawidłowo i najbiedniejszy

choćby bezdomny będzie w stanie zapłacić za operację wyrostka, itd), ale pozostaną wątpliwości co do czystości moralnej nieskazitelnego Tuska, który nie umie podjąc uczciwej merytorynej dyskusjii o problemie korupcjii i nieuczciwości i o ewentualnych metodach zwalczania tych zjawisk.Z tego co do mnie dotarło z mediów Platforma nie ma praktycznie żadnego programu gospodarczego poza popieraniem nowobogackich i chęcią zaspokajania ich coraz większych apetytów.Trudno, pozostaje jak zawsze zdać się na uplyw nieubłagalnego czasu i na wyroki Historii.Nie jestem też bezkrytycznym fanem "Kaczorów" i

uważam , że do ich porażki (w tych wyborach) przyczynił się brak klasy i posuwanie się do kłamstwa w mediach, że niby sprawa Sawickiej nie była sztucznie nagłaśniana i wykorzystywana instrumentalnie w kampanii wyborczej.Wymowa całej tej sprawy pozostanie jednak, (z faktami nie ma co dyskutować) i odbije się czkawką na życiu publicznym , w którejś tam z kolei Rzeczpospolitej
.Polityka jak natrętna osa wcina sie w żywot mój pokręcony , żałosny ach chyba przez los przeklęty.....

29 X 2007 (poniedziałek)

W tych dniach mało klarownych, pełnych obaw o przyszłość mą i mej rodziny poszedłem w "tango" , dałem się ponieść fali i od czwartku do soboty nadużywałem alkoholu w mieszanym towarzystwie, wiodąc dyskusje, grając w brydża, kłócąc się zażarcie w kwestiach politycznych i wiodąc boje moralne z przedstawicielami różnych opcjii politycznych i światopogladowych.
Powoli wracam do równowagi...

30 X 2007

Zaprzestałem ostanio internetowych dyskusji z Tadziem Wójcickim o nowych tendencjach w fizyce i w nauce wogóle.Zeszło to na dalszy plan.Z jednej strony coraz rzadziej spotykam Tadzia w "Tlenie" z drugiej strony sprawy życiowe i bieżące życie absorbuje mnie tak, że w mojej świadomości fizyka, filozofia nauki, filozofia wogóle przestały być (przynajmniej na razie) w jakis sposób ważne i zajmujące.Możliwe , że głupieję na stare lata i zaczynają mi wystarczać szachy, brydż, głupie dyskusje podlewane pewną ilością alkoholu.Brak metafizycznych niepokojów (w ostanim czasie) przynosi mi jednak pewną ulgę, uzyskuję pewien dystans do tych problemów i na razie jest mi z tym poprostu wygodnie.

6 XI 2007

Zaczynam pisać program na "szwajcara" w szachy.Sam nie wiem do czego mi to potrzebne....

12 XI 2007

Nieubłagana ekonomia zmusza mnie do podjęcia jakiejś pracy.Bardzo trudno przyzwyczaić mi się do myśli, ze będę musiał przez 8 lub więcej godzin zajmować się jakimś ogłupiającym mechanicznymm zajęciem.Wydaje się , że nie ma szans bym znalazł pracę związaną z pewnymi moimi umiejętnościami w dziedzinie fizyki czy matematyki (czy innymi bardziej intelektualnymi).Na skutek schizofrenii, która mnie zaatakowała jeszcze w wieku młodzieńczym(i której nawroty miały wpływ na przebieg mojej pracy zawodowej), prawdopodobnie jestem skazany na wykorzystywanie jedynie mojej "fizyczności", aby pomóc w jakiś sposób mojej rodzinie.Tymczasem dopada mnie ostatnio jesienna depresja.Zdobyłem się wczoraj i przedwczoraj na udział w dwóch turniejach szachowych(w Siedlcach i Białej Podlaskiej), lecz zupełnie brak mi było energii i zaangażowania w grę.Fatalne rezultaty jakie osiągnęłem jeszcze pogorszyły moje przygnębienie i spowodowały lawinę czarnych myśli.Brak mi energii by dzisiaj iść do urzędu pracy, przeglądać ogłoszenia, rejestować się jako poszukujący pracy, wypełniać te wszystkie formularze( i czy pisać prawdę ,czy kręcić i kołować , aby osiągnąc cel ?).Może pójdę jutro...

20 XI 2007(godz.3,55 w nocy,wtorek)

Jeszcze pół godziny temu chciałem napisać sentencje w rodzaju:Życie to tylko samobójstwo rozciągnięte w czasie.The End. Tak miałem zakończyć te moje niezborne zapiski i poddać się temu co nieuniknione.Trzymałem butelkę wódki w dłoniach, myśli krążyły wokół noża i przegubu mojej ręki.Bezpośrednią przyczyną:scysja z Marzeną.Trudno mi znieść traktowanie mnie gorzej niz psa, wyzwiska spowodowane tym, że z głodu wziąłem coś tam z lodówki co było przeznaczone dla kogoś innego.Nie pierwszy to raz.Marzena kocha tak swoich synów, że ja jestem jej potrzebny tylko do przynoszenia co miesiąc 400 zł renty, załatwiania jakichś zaświadczeń, wyjadania resztek zupy , gdy jej potrzebne są garnki.We własnym domu czuje się jak zło konieczne,które nie wiadomo dlaczego jest tolerowane, nie posiadam jednej własnej rzeczy bo wszystko co zrobię jest kwestionowane.Nic co robię nie jest użyteczne (bo ja nic robić nie potrafię), wszystkie zasługi, poświęcenia wszelka pożyteczna działalność to jej sprawa.Przed ludźmi przedstawia się jako jedyna sprawiedliwa, poświęcająca się, niesłychanie zaradna, wiecznie zapracowana, nie mająca czasu zwłaszcza dla mnie, modląca sie, wierząca itd.Moje poglądy, gusta, myśli zawsze są lekceważone.Wytresowała synów tak, ze choćby nie wiem co zawsze trzymają jej stronę.Nie miałem wpływu na nic, ani na urządzenie mieszkania, ani na wychowanie synów.Zawsze rodzina z jej strony była lepsza, ważniejsza i więcej pomagała niż z mojej strony.Cokolwiek zrobiła moja mama lub ojciec było lekceważone, z komentarzem , że należy nam się znacznie więcej.Sam wątpię , czy to co ja wniosłem moja praca fizyczna i umysłowa , wszystkie starania, które podejmowałem w nauczenie dzieci szacunku do nauki i wiedzy, czas im poświęcony pewne wyrzeczenia itd. mają jakieś znaczenie bo liczy się wylącznie jej wysiłek i jej zdanie.Byłem zawsze sam otoczony jej rodziną, która zawsze jej przyznawała rację, osamotniony i nie rozumiany , z trudem i za wszelką cenę broniący swej autonomiczności, osobowości i poglądów.Nie ujmuję jej zaslug, zawsze szanowałem jej poświęcenie i wysiłki zdawałem sobie sprawę jak trudno jest żyć ze mną(z moją nieobliczalnością i z moimi wyskokami).Faktem jednak jest , że traktowała mnie zawsze instrumentalnie(jako byka rozpłodowego na przykład, bo po urodzeniu i wyrośnięciu z wieku niemowlęcego Dominika, odmówiła wspólżycia seksualnego ze mną) lub jak dodatek mojej renty do jej marnej pensjii.Wygaśnięcie naszego , życia intymnego tłumaczy przez swoje "katolickie" poglądy , które zabraniają jej jakiejkolwiek antykoncepcjii(nie chciała nawet stosować kalendarzyka malżeńskiego).Zgorzknialość , która ogarnęła mnie w ostatnich dniach brak poczucia sensu i zmęczenie codzienną walką o byt , brak radości z robienia rzeczy , które dotąd lubiłem w połączeniu z moją pesymistyczną wizją życia i świata wogóle doprowadził mnie do kolejnego ostrego kryzysu.Nie wiem czym to wszystko się skończy, padły pewne słowa, zaszły pewne okoliczności sam nie wiem co powstrzymało mnie od decyzjii tej nocy...

8 II 2008

Przeżyłem świeta,Nowy Rok.Moje życie z Marzeną sie ustabilizowało , ustaliło.Żyłem oddając sie grze w szachy i brydża popijając piwo i dyskutując w internecie z Tadziem o filozofii i fizyce, Myśli samobójcze opuściły mnie na razie.Piszę te przemyślenia i wypadki moje na tym laptopie bez specjalnego przekonania. Było już wiele zeszycików, które zapisalem i o które nie dbałem traktując je jako zapiski losów moich , które przechodzą do "śmietnika historii".Pisałem wiersze i zacząłem pisać "powieść" , nie mając w pewnym momencie siły by to kontynuować i dokończyć.Wszystkie moje projekty i plany (o czym przekonywali mnie inni ludzie) nie miały sensu i perspektyw.Piszę tak sobie (chyba z nudów) nie mając nadziei specjalnej , że ktoś to będzie czytał. W codzienności mojej rozszczepiony jestem na szereg zajęć , którymi zabijam czas wolny , nie widząc jednak sensu w tym co robię, a jedynie egzystuję nizając chwile, jak paciorki różańca na sznur żywota mojego.Coraz trudniej wykrzesać mi z siebie energię, aby w imię przedłużania mojej egzystencjii zajmować się sprawami koniecznymi.Pozornie wszystko układa się nienajgorzej, dwaj moi synowie są na studiach, dwaj pozostali radzą sobie jakoś w swoich szkołach, Marzena trzyma to wszystko w garści, a ja wiodę próżniaczy i pusty żywot starając się jedynie nie doprowadzać do większych kryzysów.Zdaję sobie sprawę , że to może nie całkiem tak, może tych kilka chwil spędzonych z synami, gdy rozmawiam o fizyce lub matematyce ma jakiś sens, może tych kilka groszy , które dorzuciłem do budżtu domowego pracując u Marka Droba miały jakieś znaczenie, ale nie mogę sie jakos pozbyć przekonania o swojej znikomości i trudno mi się dowartościować i utwierdzić ,że ta moja "codzienność' służy czemuś dobremu.We wtorek idę do lekarza psychiatry po leki, zaczyna mi brakować pieniędzy nawet na to nędzne zycie jakie prowadzę...

29 V 2008 czwartek

Tak się składa, że wracam do tych zapisków przeważnie wtedy, gdy w moim życiu coś idzie nie tak. Przeżyłem tych kilka miesięcy we względnym spokoju.Obecnie na pozór nie ma specjalnych podstaw do niepokoju. Wszystko idzie normalnie.Synowie się uczą, moje stosunki z Marzeną są poprawne, wśród kolegów od szachów i brydża radzę sobie nieźle, czasami rozmawiam z Tadziem przez internet, możliwe , że uda mi się załapać do Marka Droba na tegoroczne czereśnie (może wybiorę się na zarobek do niego nawet z synem Dominikiem), kontaktów z braćmi w Łukowie nie utrzymuję i raczej rzadko myślę o nich i swoich z nimi interesach. Jednak ostatnio coś mnie niepokoi, coś nieokreślonego...

3 VI 2008

Jest coś w powietrzu, w atmosferze co powoduje moje zaniepokojenie a momentami nawet strach, który chwyta mnie za gardło...
Czy to coś w polityce ? Czy ostatnie moje niepowodzenia w szachach i brydżu ? Czy niepokojące sny, które zapominam zaraz po przebudzeniu, ale wrażenie po nich pozostaje jeszcze przez kilka godzin ? Nie wiem sam. Może to mnie najbardziej niepokoi.
Nie mogę znaleźć przyczyn. Trudno mi zracjonalizować...
Rząd Tuska prowadzi swoją grę, usiłując omijać oficjalnie, tematy trudne i mało popularne i forsować swoją politykę, która dla mnie jest polityką wilka, drapieżcy.Niemal każdego dnia odczuwam jak ubożeję materialnie i jak pogłębia się przepaść między bogatymi, którzy jawnie zaczynają afiszować się swoją zamożnością i pretendować do roli jedynych przywódców narodu, a większością obywateli, którzy często omamieni fałszywym optymizmem i nadziejami jakie obudził wbrew zdrowemu rozsądkowi obecny premier podczas ostatniej kampanii wyborczej, poprzez strajki i roszczenia usiłują wyrwać dla siebie jak największy kawałek tortu.Trudno mi znaleźć alternatywę polityczną dla siebie.PIS jest dla mnie zbyt klerykalny, zbyt anachroniczny i konserwatywny, w dodatku platforma demaskuje cynizm i obłudę w sposobie uprawiania polityki przez Kaczyńskich. Nie ulega dla mnie wątpliwości ,że zarówno demaskacyjne akcje PISu (wcześniejsze) , jak też akcje obecne platformy wobec PISu zawierają ziarno prawdy i pokazują prawdziwe mechanizmy polityki w Polsce.To samo odnosi się zresztą do SLD, która podnosi jedynie że nie udowodniono jej działaczom związków z kapitałem, będącym w rękach osób wywodzących się z kręgów nomenklatury postkomunistycznej i różnych ciemnych interesów na pograniczu (albo po za) prawem. SLD i cała tzw. "polska lewica" co jest jasne dla każdego ,kto jest obserwatorem poltyki w tym kraju wzbudzała się zawsze (i właściwie jedynie wtedy), gdy ktoś zaczynał mówić o rozliczeniach, albo sprawiedliwości, albo lustrcjii, albo dekomunizacjii.Co z tego ,że sercem zawsze byłem bliższy poglądom lewicowym jeśli zawsze drażniła mnie ta niechęć do odcięcia się zdecydowanego, od ustroju narzuconego Polsce ( i połowie Europy) przez Stalina i przyznanie się ,że zmuszeni warunkami narzuconymi nam przez Jałtę wcale nie tak wyobrażaliśmy sobie lewicowość ,a nawet komunizm.Po co była ta kurczowa obrona systemu "dyktatury proletariatu", po co te związki z dawnymi aparatczykami i bezpieką.
Cała prezydentura Kwaśniewskiego i "lewicowe" rządy np. Millera nie prowadziły do wypracownia atrakcyjnego programu dla lewicy a przede wszystkim dla społeczyństwa, w nowych bardzo szybko zmieniających się warunkach.Okazało się ,że rolą Kwaśniewskiego ,czy Milera było poza ochroną interesów grup powiążanych z dawnym reżymem właściwie całkowite wyjałowienie
"lewicy" z idei i w praktyce realizowanie polityki prawicy. Mógłbym np. podać argumenty za tym ,że rząd MIllera był bardziej "liberalny" niż obecny rząd Tuska.Czy z tego wynika ,że jedynym programem lewicy ma być program zapożyczony od ideologów kapitalizmu.Brakuje mi ludzi pokroju Jacka Kuronia,(Adam Michnik stanął zdecydowanie po stronie "zapominania i przebaczania" swoim byłym oprawcom).Jeżeli twarzą polskiej lewicy ma być np. Urban lub Kwaśniewski lub Miler lub Olejniczak to dla mnie barwniejszy od nich wszystkich jest nawet Palikot z Platformy.Według mnie należałoby w obecnej sytuacjii gruntownie zastanowić się co naprawdę w społeczeństwie poddanym wpływowi kościoła katolickiego, zróznicowanym majątkowo i materialnie i istniejącym w otoczeniu struktur Unii Europejskiej stojącego wobec niezwkle szybko zmieniającym się normom moralnym i obyczajowym, poddanego ciśnieniu zmian wywołanych rewolucją informatyczną i elektroniczą mogłoby być atrakcyjnego w tradycjii lewicowej szeroko rozumianej i niekoniecznie związanej z anachronicznym już Marksem , czy tradycją rewolucyjną wywodzącą się z nie tak dawnej przeszłości.

Sam nie wiem, na pewno jestem nieuleczalnym schizofrenikiem (chociaż czasami miewałem co do tego wątpliwości), gdyż targają mną sprzeczne uczucia i formułują się (w mojej biednej głowie) sprzeczne poglądy,,Przecież przy całej mojej sympatii do lewicy, zrozumieniu dla walki o polepszenie bytu najbardziej pokrzywdzonych muszę przyznać, zastrzegając moją niechęć do oficjeli kościoła i różnych odmian butnego klerykalizmu, że idee Marksa stały się znacznie szybciej martwe lub obróciły się we własne przciwieństwo niż idee Chrystusa. Muszę dodać, że funkcjonują współcześnie również inne idee co najmniej tak samo długo jak chrześcijaństwo, takie jak buddyzm, konfucjanizm , idee zwiążane z nauką , które narodziły się w Grecjii istnieje ciągle religia Hindusów i pewnie inne równie stare.Sama długowieczność pewnych symboli, idei czy memów (termin Dawkinsa) w kulturze nie musi też świadczyć koniecznie na ich korzyść. Możliwe jest , że choć długowieczne wywierają (lub od pewnego momentu zaczynają wywierać) negatywny i destrukcyjny wpływ na ludzi.
Istnieje więc zasadnicze pytanie jak zachowywać się w obecnej sytuacjii ? Jaką postawę przyjąć ? Z kim i o co walczyć ?
Według mnie należy chyba właściwie zdiagnozować to co się dzieje w społeczeństwie. Uznać, że globalizacja i rewolucja informatyczno-elektroniczna jest nieunikniona i usiływać sprawić, żeby była bardziej ludzka, humanistyczna...
Człowiek od zarania dziejów marzył , żeby uwolnić sie od ciężaru walki z naturą ,od tego ogromnego wysiłku który musiał ponosić aby przeżyć.Stopniowo metodą prób i błędów nauczył się przerzucać wysiłek fizyczny na zwierzęta później na maszyny. Obecnie nawet monotonny wysiłek umysłowy jest z sukcesem przerzucany na maszyny.Oczywiście z tego "postępu" najbardziej korzystali nieliczni "wybrani" z racjii swojego urodzenia lub bezwzględności.Obecnie ten cel ludzkości (jakim jest uwolnienie się od pracy) jest prawie osiągnięty.Prawdopodobnie do funkcjonowania społeczeństwa na obecnym poziomie, przy stuprocentowym stopniu wykorzystaniu środków technicznych potrzeba by było co najwyżej 30% całej populacjii ludzkości.Czy z tego ma wynikać ,ze 70% ludzkości jest właściwe niepotrzebna ? I co z nią zrobić ? Jak zapełnić im czas ? Jak nadać sens ich życiu ?
Najgorsze jest to , że po niemalże osiągnięciu celu uwolnienia się od pracy (na rzecz walki, czy też wspólistnienia z naturą) człowiek wcale (wiem to z własnego doświadczenia) nie stał się szczęśliwszy.Problem istnieje zarówno dla tych co zajmują się bezpośrednio walką o przeżycie czyli pracują i usiłują zwalczać zagrożenia, jak i dla tych co zostali z boku i właściwie jedynie egzystują.Ci aktywni stają bowiem wobec coraz trudniejszych problemów do rozwiązania i dręczy ich obawa,że któregoś dnia sobie z nimi nie poradzą.A problemy są poważne- takie jak wyczerpywanie się surowców naturalnych (przede wszystkim energetycznych), zmiany klimatyczne wywołane działalnością człowieka, ciągle istniejące zagrożenie globanym konfliktem zbrojnym i można by wymienić jeszcze więcej. Realizując swe prywatne cele (przeważnie hedonistyczne) ci aktywni domagają się przede wszystkim uznania i docenienia ich wysiłków ze strony reszty podkreślając (zresztą słusznie) wagę swojej pracy.Tymczasem reszta (ta nieaktywna) widzi głownie nierówności w dostępie do dóbr i kosumpcjii formułując coraz to nowe roszczenia,
W tej sytuacjii rodzi się wiele konfliktów lokalnych będących wyrazem niezadowolenia przede wszystkim tych, którzy czują się niedoceniani w swojej pracy lub poprostu brakuje im środków nawet na najmarniejszą egzystencję.
Jaka jest moja recepta ? I czy mam taką receptę ?
Wydaje mi się , że srodki masowego przekazu nie powinny obecnie kłaść nacisku na wyszukiwanie i podsycanie konfliktów politycznych, a na wzajemne zrozuminie sensu istnienia tak przeze mnie (a właściwie przez rzeczywistość) podzielonego społeczeństwa,Nie należy traktować też ludzi ,którzy pozostają po za nawiasem aktywnej pracy zawodowej jak idiotów
i oferować im jedynie rozrywkę w najgorszym gatunku a starać się ich dowartościować oferując tej grupie również dyskusje i programy o poszukiwaniu korzeni sensu życia w różnych kulturach , nie wykluczjąc również programów religijnych.Nie należy również preferować jednej filozofii liberalizmu i wzjii świata zwalczajacych się bezwzględnie jednostek konkurujących ze sobą o wszystko, jako jedynie możliwej.Wydaje się , że należy krzewić zrozumienie dla ludzi ,którzy podejmują aktywną walkę z realnymi problemami rzeczywistości poprzez swoją pracę , dając im prawo do nieco lepszego dostępu do kosumpcjii dóbr, które oni wytwarzają w stosunku do tych ,którzy często bez własnej winy pozostają na uboczu.Jednocześnie nie powinno się skazywać tych mniej aktywnych jedynie na pogardę, a spróbować zorganizować im rynek zajęć alternatywnych do np. alkoholu czy narkotyków (nie wykluczając w tym form religijnych i nie zwalczjąc tych form,ale traktując jako jedne z wielu możliwych) rozumiejąc ,że cała
produkcja i aktywność nie miałaby sensu bez tego ogromnego "zapasu" ludzkości. Tak jak genotyp ludzki posiada olbrzymi zapas genów, które możliwe,że nigdy nie zostaną zrealizowane tak społeczeństwo ludzkie (polskie ale w kontekście globalnym) powinno posiadać taki "zapas".
Ufff trochę mi ulżyło.....

4 VI 2008

Nigdy nie sądziłem ,że takie w sumie drobnostki jak przejściowe (mam nadzieję) niepowodzenia w szachach i brydżu mogą mnie tak dołować, zwłaszcza gdy sprawy poważne układają się w miarę pomyślnie.Synowie (starsi) nieźle radzą sobie na swoich uczelniach. Krystian podobno ma dziewczynę i jak był w domu sprawiał wrażenie zadowolonego z życia. Przemek ambitnie zamierza podjąć studia na drugim fakultecie na politechnice. Obaj mają plany podjęcia pracy zarobkowej w wakacje.Dwaj młodsi chociaż z niejakimi kłopotami jednak na razie dają sobie jakoś radę w szkołach. Z Marzeną ostatnio prawie się nie kłócę.A ze spraw, które mi nie wyszły ostatnio, należałoby wymienić jedynie, że nie udało mi się załapać na czereśnie do Marka Droba, o czym dowiedziałem się dzisiaj. W myślach swoich jednak moje porażki w szachach i brydżu nieproporcjonalnie przeważają i tłumią jakąkolwiek satysfakcję, Pojawijają się myśli o starości o spadku (znacznym i gwałtownym) moich funkcji intelektualnych, towarzyszy temu obawa o podstawy bytu materialnego całej mojej rodziny.Na codzień funkcjonuję całkiem nieźle, ale zajęcia , które dawniej dawały mi satysfakcję przestają mnie cieszyć.Być może potrzebuję czegoś nowego, jakiejś zmiany, ale czy nie jestem już na to za stary, czy udałoby mi się wejść w jakiś nowy wir zajęć i zdarzeń i dać mu się ponieść ? Owo biologiczne dojrzewanie i przemijanie ,która to obsesja tak widoczna była w twórczości Gombrowicza dotyka mnie osobiście i dotkliwie,wypadają mi zęby,coraz mniejsze libido.
Ja prawie 50-letni staruszek gówniarzem podszyty ...

5 VI 2008

Kiedyś zacząłem pisać "powieść".Później z jakiegoś powodu przestałem.Dzisiaj przeczytałem tych kilka rozdziałów, które napisałem. Sam nie wiem, może nie jest to aż tak niedobre. Ja przeczytałem to z zaciekawieniem.Oczywiście moje wrażenia nie są w żadnym przypadku miarodajne.Czy ja mam prawo zawracać tym głowę innym ludziom ? Czy spróbować to kontynuować ?
Na razie nie mam pomysłów.Ale może spróbować to dokończyć? Pośród tylu rzeczy niedokończonych, których się podjąlem (wewnętrznie) może jednak podjąć wysiłek , aby to dokończyć.Dobre ,niedobre , pies to trącał, spróbuję.

9 VI 2008 (poniedziałek)

Mistrzostwa Europy.Polacy znowu przegrali z Niemcami.Za to Kubica współpracując z niemieckim BMW odniósł spektakularny sukces.Wysunął się na pierwsze miejsce w klasyfikacjii kierowców Formuły I .U mnie też wszystko się przeplata, obok sukcesów pojawiają się też porażki.Szkoda, że sukcesy cieszą mnie za mało, a porażki strasznie przygnębiają...
Zdaję sobie sprawę z tego , że to nieracjonalne...

11 VI 2008

Historia pędzi naprzód. Historia mego życia również. Starsi synowie Krystian i Przemek już mają swoje dziewczyny. Tylko patrzeć jak zechcą się żenić i może pojawią się wnuki. Młodsi Michał i Dominik nie są tak zdolni jak starsi. Michał ma dosyć poważne kłopoty z Językiem Polskim w swoim liceum. Racjonalnie rzecz ujmując powinienem podjąć jakąś pracę w wakacje ze względu na narastający dług w PKO. Jarek rzucił kiedyś mimochodem , że mógłby załatwić mi pracę w Niemczech przy zbiorze owoców.

Jednak jestem pełen obaw. Czy dam sobie radę fizycznie ? Czy nie pojawią się jakieś sensacje ze strony psychiki, wszak już ze dwa razy, gdy byłem za granicą objawy schizofreni się nasiliły? Jestem jakiś mało przekonany, mało zmotywowany.

14 VI 2008 (sobota)

Samotność dokucza mi wbrew zdrowemu rozsądkowi, wszak mam rodzinę, mam kolegów, może nawet przyjacół. Mam możliwość porozmawiania (np. z Tadziem) o sprawach nawet tak abstrakcyjnych jak unifikacja fizyki,czy teoria samolubnego genu Dawkinsa.
Nadmiar wolnego czasu umiem sobie zapełnić grą w brydża i szachy. Mam niezłe relacje z synami, potrafię z nimi rozmawiać zarówno o życiu,codziennych kłopotach, jak i o ich i moich zaintersowaniach i pasjach. Jednak , jakby nie potrafię się otworzyć do końca przed nikim, mam przekonanie, że moich uczuć i mojej egzystencjii nikt nie potrafi zrozumieć (wszak sam często nie rozumiem). Jak to się dzieje,ze w okresach względnego powodzenia i sukcesów dopadają mnie znienacka nastroje totalnego przygnębienia, poczucie odrzucenia, a czasami wręcz myśli samobójcze. Trudno mi sobie nawet wyobrazić warunki i okoliczności, w których czułbym się w pełni zadowolony i szczęśliwy. Mam wrażenie , że nawet gdyby moje życie potoczyło się zupełnie

inaczej , nawet gdybym zdobył uznanie w pracy i był pozbawiony trosk materialnych, to jest coś we mnie co zaburzałoby normalną egzystencję, coś co spędzałoby mi sen z powiek i powodowało poczucie dyskomfortu i cierpienia. Nie umiem sobie wytłumaczyć, że w gruncie rzeczy wszystko jest OK i jakkolwiek byłoby to nieracjonalne muszę się zmagać z okresowymi napadami olbrzymiej chandry, a moje urojenia i wyobrażenia dominują mnie niekiedy wbrew wszelkiemu racjonalizmowi i zdrowemu rozsądkowi.

19 VI 2008 (czwartek)

Nic mnie ostatnio mocniej nie kręci, szachy, brydż, fizyka, matematyka, literatura, filozofia wszystko jest jakieś nieistotne, umowne nie rozpala moich emocjii i nie motywuje mnie do działania. Jedynie ostatnie wydarzenia w polityce delikatnie poruszają jakąś strunę we mnie i jakby zmuszają mnie do zajęcia stanowiska. Coś się dzieje. Wałęsa TW Bolkiem? Burza w mediach. Książka IPN-u. Przewartościowywanie najnowszej historii.Ludzie wokół jednak obojętni. Zajęci codziennymi sprawami. Cała awantura odbywa się w mediach, pośród różnorakich ekspertów, intelektualistów, zajmujących różne stanowiska. W mediach sprawa wygląda o wiele poważniej w mediach niż pomiędzy normalnymi ludźmi, którym wszystko to wisi. Odnoszę wrażenie, że gdyby nawet w telewizjii ogłosili, że pojutrze zjawi się z wizytą w Polsce Jezus Chrystus to ludzie rozmawialiby między sobą przede wszystkim o tym, że olej napędowy jest droższy od benzyny,że wieprzowina w skupie zdrożała ,albo potaniała, że panna Krysia z naprzeciwka urodziła niechciane dziecko, pan Kazio znów zalał pałę itp.
Wydaje się ,że perspektywa prowincji, na której żyję, ogranicza ludziom pole tematów i spraw , którymi ludzie zdolni się zajmować.Ale czy aby, tak samo nie jest w większych miejscowościach? Może olbrzymia większość ludzi ma za nic wszelkie debaty publiczne i cały ten cyrk w mediach jest tylko po to aby odwrócić uwagę nielicznych (naiwnych) od spraw naprawdę istotnych jakimi są niewątpliwie ostatnie ostatnie zajście w ciążę pani Hani, kłopoty zdrowotne pana Henia oraz problemy wychowacze ze swoimi dziećmi, z jakimi boryka się rodzina Pająków.
Odnoszę czasami wrażenie, że tak jak podstawowym problemem realnego socjalizmu było, jak nakłonić przeciętnego robotnika, żeby trochę popracował nie podnosząc mu pensji, tak teraz podstawowym problemem jest jak nakłonić przeciętnego Obywatela, aby interesował się czymś więcej niż tym gdzie, z kim i za co wypić puszkę piwa,

W tej sytuacjii ja (ponieważ cała ta historia z Wałęsą poruszyła we mnie jakąś strunę) wydaję się sam sobie jakimś dziwolągiem, gościem, który nie umie zająć się normalnymi sprawami, a poddaje się manipulacjii mass mediów i zamiast oglądać jak inni normalni ludzie z wypiekami na twarzy przygody rodziny Mostowiaków lub chociażby ME w futbolu zaprząta sobie głowę jakimiś nudnymi programami publicystycznymi. Odnoszę niekiedy wrażenie, że większość ludzi , z którymi się stykam, chce mi udzielić następującej rady: "Nie bądź głupi, od ciebie i tak nic nie zależy, nikogo nie obchodzi co o tym myślisz i jakie masz zdanie, nie ma znaczenia na kogo głosujesz i co głosisz, poprostu jedz, pij , sraj, śpij czasami coś zarób, czasami coś kup, czasami pojdż do kościoła, czasami na pogrzeb, albo na wesele, nie zaprzątaj sobie głowy sprawami, na które nie masz wpływu i nam nie zawracaj gitary"
Rzecz w tym ,że tak jak sam sobie wydaję się być naiwny i głupi przypisując jakąś wagę do tych ostatnich wydarzeń w polityce tak samo ci inni również wydają mi się głupi i naiwni, gdyż za chwilę będą ogromnie zaskoczeni gdy ,ceny żywnośći i paliw pójdą niebotycznie w górę, gdy będą lamentować , że nie stać ich na operację wyrostka lub leki przeciwko grypie,a pobyt w szpitalu jak

się nie ma wykupionego indywidualnego ubezpieczenia zdrowotnego kosztuje tyle co pobyt w luksusowym hotelu.
Cała ta dyskusja wokół Wałęsy toczy się w mediach jakby nie na temat. Mnie osobiście zupełnie nie jest żal wizerunku Lecha jako bohatera narodowego i rewelacje na temat jego przeszłośći, ani mnie nie zaskakują, ani nie bulwersują (o ile są prawdziwe).O wiele istotniejsze jest to , czy cały ruch solidarnośćiowy (niepodległościowy) nie był (a jeśli był to w jakim stopniu) sterowany przez siły związane z nomenklaturą komunistyczną. Oczywiście nie wyobrażam sobie , że cały ten ruch był inspirowany i sterowany od początku do końca przez te siły. Wyobrażam sobie raczej, że w tamtych czasach (tzn w latch 70-tych XX w Polsce) w kręgach związąnych z PZPR-em i jego "zbrojnym" ramieniem czyli Służbą Bezpieczeństwa wbrew oficjalnemu stanowisku istniały bardzo znaczne różnice poglądów na temat socjalizmu, roli Polski, problemów narodowościowych w realnym socjalizmie, spraw zwiążanych z hegemonią Sowietów, stosunku do religii a nawet spraw obyczajowych. Stan pełnej jednomyślności "monizmu" światopoglądowego i politycznego poprostu nie występuje w przyrodzie.W danej sytuacjii społecznej, czyli postępującym kryzysie gospodarczym późnego Gierka i narastających konfliktach w relacjach robotnicy-władza SB i PZPR szukała gorączkowo rozwiązań pozwalających utrzymać jak najdłużej władzę i przywileje grupom, które najwięcej miały do stracenia, czyli zwiążanej z władzą polskiej nomenklaturze j powiązanej różnymi nićmi z nomenklaturą sowiecką. Oczywiście od samego początku usiłowano spacyfikować Solidarność różnymi sposobami, starając się obsadzić kierownictwo formalne i ideowe ludźmi, którzy nie narażaliby
status quo i pozycjii nomenklatury.Kłopot w tym , że istniały w PZPR i SB zupełnie różne poglądy jak dawać sobie radę w zaistniałej sytuacjii, zapewne obok proponowanych rozwiązań siłowych (które były ryzykowne i dosyć skompromitowane np.wcześniejszymi wydarzeniami na wybrzeżu) istniały również propozycje pójścia częściowo na ugodę i powolnego zbliżenia się z zachodem oraz uniezależnienia od Sowietów.Wałęsa mógł być (i zapewne był) człowiekiem nasłanym przez SB i miał zapewne określone zadania od swoich pełnomocników.Rzecz w tym ,że zgodnie ze swoją pokrętną naturą ,gdy udało mu się (być może za sprawą przypadku) stanąć na czele strajku ,a później Solidarności, zaczął prowadzić własną bardzo odważną i ofensywną politykę. Nie sądzę ,żeby w tym okresie był stale kontrolowany i manipulowany przez SB, raczej rzeczywiście im się przeciwstawiał i z nimi walczył.SB i nomenklatura nie mogła w tym okresie zgrać karty i ujawnić agenturalną przeszłość Wałęsy po pierwsze dlatego ,ze nie było wśród nich jednomyślności, po drugie cała SB była wtedy bardzo mało wiarygodna i po trzecie Wałęsa mógł się jeszcze przydać w sytuacjii , która mogła się rozwinąć na wiele różnych sposobów. Sytuacja rozwinęła się tymczasem w Stan Wojenny, a później w Pierestrojkę Gorbaczowa, przemiany demokratyczne w Polsce i wreszcie w prezydenturę samego Wałęsy .
Mam wrażenie ,że przeszłość Wałęsy strasznie mu zaczęła ciążyć i ponownie zaczął być uwiązany na smyczy nomenklatury postkomunistycznej. Całą jego jak i Kwaśniewskiego prezydenturę interpretuję jako próbę utrzymania , a nawet powiększenia
wplywów i przywilejów tej grupy ludzi.
Ciekawy jestem jakie znaczenie ma teraz "zgranie karty Wałęsy" przez Kaczyńskiego (co do tego nie mam wątpliwości) ,czemu ma służyć i do czego to doprowadzi.Czyje głownie interesy reprezentują Kaczyńscy , a czyje Tusk i dlaczego między nimi istnieje tak ostro zarysowany konflikt.

21 VI 2008 (sobota)

Tadzio jest ostatnio

nieuchwytny w internecie. Czuję się samotny i opuszczony Koledzy od brydża zupełnie ignorują ostatnie wydarzenia w polityce.Z Markiem Drobem świadomie nie podtrzymuję kontaktów, gdyż całkowicie mnie zawiódł jako ewntualny pracodawca i w moim przypadku wybawiciel od moich problemów finansowych. W grze , która nazywa się życie spodziewam się obecnie jakichś komplikacjii i trudności pomimo obiektywnych sukcesów moich synow.Moja forma intelektualna, jeśli chodzi o szachy i brydża, które zawsze traktowałem jako sprawdzian moich zdolności intelektualnych jest kiepska.Najgorsza dla mnie w takich chwilach była zawsze pustka i obojętność wobeć moich zainteresowań.Obecnie z wyjątkiem ostatnich wydzarzeń w polityce nic mnie nie porusza.

23 VI 2008 (poniedziałek)

Dlaczego moje zainteresowania, namiętności potrafią urywać się tak nagle, dlaczego często mam wrażenie znikomości, nieważności tego czym się zajmuję. Oczywiście jedną z odpowiedzi jest to , że poprostu nie zarabiam na tym co robię.
Mam czasami wrażenie , ze moja choroba polega głównie na nieumiejętności zarabiania. Obiektywnie rzecz biorąc, bywa że robie rzeczy użyteczne wychowuję synów, uczę często przygodnych klientów grać w szachy , albo matematyki lub fizyki, piszę wiersze lub dziennik, wypełniam jakieś urzędowe formularze itp. Inni ludzie za taką działalność otrzymują wynagrodzenie i najczęściej nie pytają czy to wogóle ma jakiś sens. Odpowiedź, że wszysto sprowadza się do zarabiania pieniędzy nie jest jednak zbyt głęboka.
Pytanie brzmi bowiem dlaczego nie umiem zaprząc się w rutynę procedur pracy zarobkowej np. jako urzędnik lub nauczyciel i dlaczego takie życie w reżymie obowiązków, posłuszeństwa wobec przełożonych, w dyscyplinie narzuconej samemu sobie czynności , które często uważam za głupie i niepotrzebne, nie jest dla mnie atrakcyjne, a wprost przeciwnie jest nieznośne i wręcz niemożliwe do wytrzymania ? Na czym polega moje nieprzestosowanie? Na czym polega mój bunt ? Czy umiałbym zaprojektować życie społeczne i zawodowe tak , aby mi to pasowało? Szczerze mówiąc nie umiem odpowiedziec na te pytania, lecz rzeczywistość, której doświadczyłem w moje krótkiej pracy zawodowej była tak absurdalna, tak nikczemna, tak alogiczna i bezsensowna , że nic dziwnego ,że nie udało mi się utrzymać w pracy i ucieczka w chorobę stała się dla mnie jedynym egzystencjalnym wyjściem. Pracowałem krótko (dwa lata) jako nauczyciel w wiejskiej szkole, póżniej (nieco dłużej) w radzyńskim

odziale ZUS-u. Stosunki pracy z jakimi się zetknąłem, a więc poczucie absurdu i bezsensu tego co się wykonuje, stosunki międzyludzke takie jak zawiść, lizusostwo, brak uczciwej merytorycznej dyskusjii o celach i metodach pracy, powszechne spychanie obowiązków i odpowiedzialności z siebie, a nawet zwykła nieuczciwość czy korupcja to była norma , do której musiałem sie przystosować (czyli częściowo robić to samo ), aby się utrzymać. Ponieważ nie umiałem tego robić z zapałem, a także nie umiałem nie dostrzegać ewidentnych błędów, które pewnych ludzi mogły drogo kosztować narobiłem sobie wielu wrogów szczególnie wśród kierowników i dyrektorów. Może kiedyś bardziej szczegółowo (gdzieś) opiszę moje "przygody w pracy" w czasach chylącego się ku upadkowi "realnemu socjalizmowi" na głuchej prowincjii na lubelszczyźnie.
Skończyło się to wszystko tak , że zostałem postawiony przez panią dyrektor ZUS-u w Radzyniu Irenę Tetlak wobec alternatywy , albo wylatuję z pracy z kwitkiem (a o możliwość zatrudnienia już nie było tak łatwo), albo odchodzę na rentę (najniższą) co było możliwe wobec moich epizodów z chorobą ,które były znane pani Tetlak. Wobec nacisków ze strony ,żony i z uwagi na realną sytuację mojej rodziny zrezygnowałem z walki (sądowej) i przeszedłem na rentę.

24 VI 2008

Mam wrażanie ,ze ostatnio moi koledzy (niektórych uwazałem za przyjaciół) odwracają się ode mnie. Nie mogę zastać w Internecie

Tadzia (kontakt jakby się urwał), z Markiem Drobem świadomie przerwałem konwersacje po tym jak mnie zawiódł w sprawie zatrudnienia mnie do zbioru czereśni i nawet Jarek Guż nabrał ostatnio do mnie jakby dystansu i kontakty bezpośrednie jakby się rozluźniają.Mozliwe ,ze ma to związek z moim zdecydowanym stanowiskiem w kwestiach politycznych (choć nie w przypadku Tadzia ,z którym dyskusja odbywała się przede wszystkim na polu fizyki i nauki).
Mam obecnie ochotę jakby podsumować, uporządkować moje poglądy polityczne i mój stosunek do najnowszej historii naszego kraju poprzez pryzmat i optykę mojej indywidualnej historii...
Okazało się, że po okresie dyktatury i reżymu nazywanym "dyktaturą proletariatu", a będącą w istocie dyktaturą określonej grupy

(klasy) ludzi, nie tylko Polaków, wystarczyło tylko przestrzegać pewnych procedur (reguł), aby stopniowo przejść do ustroju demokratycznego. Chodzi mi o procedury związane z wyborami do sejmu, senatu, na prezydenta, dotyczącymi przebiegu kampanii wyborczej, zagwarantowaniu pewnych wolności (np, wolności zgromadzeń, prawa do strajku, zniesienia cenzury,pluralizmu światopoglądowego i politycznego).Nikt chyba ode mnie nie zdaje sobie lepiej sprawy ze śmieszności, absurdalności i głupoty niektórych przejawów demokracjii. Fakt , że głos jakiegoś wybitnego inelektualisty znaczy dokładnie tyle samo co głos zupełnego idioty i kretyna, że do roli polityka i przedstawiciela narodu może równie dobrze kandydować profesor renomowanej uczelni jak i Kononowicz, wydaje się być na pierwszy rzut oka szczytem groteski i urągać zdrowemu rozsądkowi.Ale nie mozna oczywiście poprzestać na tym stwierdzeniu. Demokracja bowiem obok tej widocznej groteskowości ma zalety ,których nie ma żaden inny ustrój polityczny. Niektórzy powołując się na przykład z Sokratesem wskazują na istotne wady demokracjii, która skazała na śmierć jednego z najwybitniejszych myślicieli w historii.Zapominają oni o fakcie, że w innych warunkach (niedemokratycznych) myśl Sokratesa i on sam, jako myśliciel w ogóle nie miałyby szans zaistnieć. Sokrates, nie mógłby na przykład prowadzić swojej działalności w Sparcie albo innym niż Ateny państwie greckim bo tam na pewno nie pozwolono mu na jego metodę prowadzenia dyskusjii o sprawach abstracyjnych jak idee dobra, cnoty itp. tak odległych od spraw bieżących i praktycznych. Należy równiez pamiętać, że sam Sokrates zgodził się z wyrokiem na swoją osobę wydanym według procedur demokratycznych odmawiając prób wywinięcia się od wyroku. Według mnie największą zaletą demokracjii jest jednocześnie największa jej wada (taki sobie zamierzony paradoksik).Zaletą jest dopuszczenie do koegzystencjii w ramach jednego ustroju małostki, głupoty, słabości, śmieszności, niedojrzłaości z powagą, heroizmem, mądrością, autorytetem. Dopuszczenie do głosu ludzkich słabości czyni ten ustrój bardziej ludzkim od konkurencyjnych.Jest to również największa wada demokracjii , gdyż z góry wiadomo , że w swobodnej dyskusji głupota zawsze weźmie górę na mądrością, karykatura i śmieszność weżmie góre nad powagą i zatroskaniem sprawami publicznymi.Zawodowi politycy rozumiejąc tą sytuację w czasie kampanii wyborczej i żebrząc o głosy wyborców prześcigają się
w demonstrowaniu swojego dowcipu, populizmu, nawet głupoty byle tylko okazać się " jednym z nas".Cały ten cyrk jakim jest kampania wyborcza i same wybory nie ma sobie równych jeśli chodzi o widowiska publiczne ku uciesze gawiedzi.Są debaty telewizyjne, obietnice ,kiełbasa wyborcza, dyskusje i kłótnie publiczne, demonstracje poparcia, rewie mody w wystąpieniach publicznych, zaangażowanie gwiazd popkultury itp. Oczywiście sam program polityczny i społeczny, różnice polityczne stają się drugo albo i trzeciorzędne, gdyż w wypadku zwycięstwa jakiejś opcjii i dojściu do władzy zawsze można wykrecić się z obietnic,a mająć przeważnie w garści "niezależne" media i cały aparat państwowy można prowadzić nawet politykę całkowicie niezgodną z głoszonym przez siebie programem. Mimo takiego obrazu demokracjii, porównując dwa ustroje ,w których przyszło mi żyć czyli dyktaturę (i to zależną od obcego supermocarstwa) oraz obecną młodą demokrację, muszę zdecydowanie opwiedzieć się za teraźniejszością. Obecnie chyba najbardziej (mimo , że sam za mądry nie jestem) doskwiera mi wszchobecna głupota, codzienny gwałt jaki zadają media zdrowemu rozsądkowi, taniocha, brak poziomu i stylu. Ten gwałt jaki odbywa się na osobie mądrzejszej, dojrzalszej przez osobę niedojrzałą niezwykle barwnie opisywał już Gombrowicz stając zresztą po stronie młodości , niedojrzałości i demaskując niedojrzałość dojrzłaych. Poprzedni ustrój właśnie był taki -autorytarny, pozował wymachując dziełami Marksa, Engelsa i Lenina na staruszka ,który pozjadał wszystkie rozumy świata i który doskonale wie co dla świata jest najlepsze w praktyce zachowując się infantylnie i irracjonalnie ,mnożąc kłamstwa i niedorzeczności i czyniąc z nikczemności i słabości cnotę.
Moja aktywność zawodowa zaczęła się w okresie przejściowym, sejm kontraktowy , rząd Mazowieckiego , Balcerowicz, prywatyzacje, prezydentura Wałęsy , a później Kwasniewskiego.Po ostrym kryzsie wywołanym chorobą,u schyłku Stanu Wojennego i wcześniejszych próbach działalności opozycyjnej (jeszcze na studiach) trafiłem do wiejskiej, zabiedzonej podupadającej szkoły podstawowej, gdzie próbowałem uczyć głównie matematyki i fizyki, ale uczyłem także chemii i WF-u .
Z miejsca popadłem w konflikt z dyrektorką szkoły Stanisławą Skwarą, która oczywiście należała do PZPR i była uwikłana z miejscowymi ludźmi w jakiś spór dotyczący przwłaszczenia sobie przez nią jakichś materiałów budowlanych przeznaczonych onegdaj na budowę nowej szkoły. Bardzo trudno było odnaleźć mi się w tamtym środowisku.Dzieci były straszliwie zaniedbane edukacyjnie i wychowaczo. Nie udawało mi się zyskać ich autorytetu , ani zaciekawić naukami ścisłymi,ani też utrzymać niezbędnej dyscypliny na lekcjach, przy próbach nawiązania kontaktu argumentowały ,że za nic nie chciałyby się uczyć, aby zarabiać tyle co ja podczas gdy ich rodzice (rolnicy) , albo znajomi robotnicy mają podobno miesięcznie trzy razy tyle co ja.
Zmagałem się nie tylko z takimi problemami jak brak podręczników, czy pomocy naukowych do chemii i fizyki, ale np.brak wody , którą trzeba było ciągnąć ze studni przy pomocy kołowrota, czy jedyny drewniany, brudny wychodek z którego można było korzystać do spółki z dziećmi i nauczycielkami (byłem jedynym mężczyzną w kadrze) i w , którym (co było normą)w tamtych czasach cżęsto brakowało papieru toaletowego, wobec braku takowego w sklepach.Sam dokładnie nie wiem z czego wziął sie konflikt z panią Skwarą. Czy z taktyki , którą zawsze obierałem od czasów szkolnych , a polegała na otwartym głoszeniu poglądów sprzecznych z oficjalnymi, prowokowaniu i rozbudzaniu dyskusjii, czy może podejrzeniach , że miejscowi za dużo mi powiedzieli o jej przeszłych sprawkach związanych z tymi matriałami budowlanymi dość , że zacząlem wyczuwać ,że zaczęła się mnie bać.
Zaczęły się wtedy wobec mnie zarzuty, które polegały głównie na tym ,że nie wywiązuje się ze swoich obowiązków ,które według niej miały polegać na pisaniu konspektów do każdej lekcjii , a które ona miała podobno prawo sprawdzać.Nie pisałem tych konspektów bo poprostu nie widziałem w tym sensu. Sytuacja każdego dnia w szkole była inna , nieprzewidywalna i trudno było cokolwiek zaplanować, nie miałem podręczników ,gdyż brakowało ich nawet dla uczniów, a do fizyki nie miałem nawet jakiegokolwiek programu nauczania (taką sytuację odziedziczyłem po poprzedniczce).Pomijając to, często wobec bardzo różnie kursujących PKS-ów i niekiedy pięcio-kilometrowym marszu do Ulana bywałem tak zmęczony, że wymyślanie planu na następną lekcję było ponad moje siły."Dyrektorka" tej szkoły w każdym razie posunęła się prawdopodobnie (nie jestem tego pewny do końca gdyż miewałem nawroty choroby) do przywłaszczenia sobie moich pieniędzy (tzw trzynastki) ,miała bowiem zwyczaj przywozić pieniądze z gminy i dawania ich nauczycielkom i mnie bez pokwitowania.Z całą natomiast pewnością posunęła się do anulowania mojej decyzji dotyczącej pozostawienia na następny rok pewnego "ucznia" ,który w ósmej klasie nie umiał czytać ,ani liczyć do dziesięciu (postulowałem do oddania go do szkoły specjalnej).Wykorzystała moją nieobecność na radzie pedagogicznej z powodu jakiejś silnej grypy, ktora mnie napadła i podrobiła moją notę i mój podpis w dzienniku.

25 VI 2008

Czy pisać o tym dalej, czy ktokolwiek to przeczyta i wyciągnie jakieś wnioski , jakie to ma znaczenie wobec problemów globalnych, przed którymi stoi ludzkość ? Szczerze mówiąc wobec znikomej szansy , ze ktoś to wogóle przeczyta mam to w dupie, i jedynie cień tej znikomej szansy, że byc moze np, wskutek mojej śmierci, ktoś jednak będzie to czytał oraz fakt ,że pisanie przynosi mi pewną ulgę w mojej egzystencji powoduje, że mimo wszystko piszę.Zamierzam na podstawie przypadków mego dalszego życia pokazać mechanizmy funkcjonowania systemu ,który chylił się ku upadkowi, a którego orędownicy stosując różnorakie techniki zachowania zupełnie dobrze się mają obecnie i usiłują nawet nadawać ton i narzucać tematykę toczacej się obecnie dyskusjii.Nie próba dyskusji i krytyki poglądów ,ale totalne lekceważenie podszyszyte nutą pogardy wobec egzystencjii bliźniego i jego problemów,owo zmienianie tematów, płaski dowcip wykręcający się od problemów zasadniczych powoduje, że czuję się całkowicie samotny, dziwaczny w swoim widzeniu świata i nie ośmielam się wystąpić publicznie ze swoimi poglądami, mając zresztą bardzo ograniczone środki techniczne i praktyczne.Niemal sklonny jestem uwierzyć, że problemy rodziny Mostowiaków z "M jaj miłość" rozrywka w pogramach takich jak "Gwiazdy tańczą na lodzie" czy "Jak oni śpiewają?" całkowicie wyczerpuje możliwości percepcyjne i ciekawość poznawczą całego społeczeństwa Polaków i wszelka inna tematyka jest nieistotna i nudna nie wyłączjąc tematyki religijnej mimo, że 90% społeczeństwa deklaruje swoją katolickość.
Ale przejdźmy do dalszego ciągu moich wspomnień i przygód w pracy zawodowej.W szkole, ktorej pracowałem poznałem przyszłą moją żonę Marzenę, która zdecydowanie i z większym przekonaniem niż ja sam opowiedziała się przeciwko Skwarowej oskarżając ją o malwersację mojej trzynastki.Musieliśmy oboje odejść z pracy w tej szkole ze względu na to ,że władze były niezdecydowane czy zająć nasze stanowisko czy też podważać "autorytet" Skwarowej, choć sprawa z prawnego punktu widzenia chyba była oczywista, gdyż dyrektorka nie miała prawa bez pokwitowania przekazywać nam pieniędzy .Mnie nie chciało się specjalnie ciągnąć sporu i walczyć za wszelką cenę, gdyż sytuacja życiowa (miał się wkrótce narodzić nasz pierwszy syn) zmuszała mnie do poszukania pracy, bliższej mojego miejsca zamieszkania i (miałem nadzieję mniej stresującej). Okazja trafiła się w oddziale ZUS-u w Radzyniu Podlaskim, gdzie poszukiwano do pracy informatyków mających się zająć komputeryzacją i unowocześnieniem urzędu.
Miałem skromną wiedzę w dziedzinie programowania wyniesioną ze studiów na fizyce na UMCS oraz duży zapał i chęć poznania tajników programowania i wykorzystania komputerów w praktyce.Trzeba od razu zaznaczyć , że nowe prądy i nurty polityczne docierały na prowincję ze znacznym opóźnieniem i np. dyrektor odziału ZUS w Radzyniu Podlaskim usiłował zagonić swoich pracowników, w tym mnie, na demonstrację pierwszomajową z udziałem czerwonych flag pod hasłem "czerwone bo na nich robotnicza krew" już w okresie gdy np. w Warszawie nikt nie przywiązywał wagi do pochodów pierwszomajowych i odbywały się raczej demonstracje antyrządowe, a czerwień na flagach była powszechnie znienawidzonym symbolem zniewolenia Polski przez Sowietów.Dyrektorem ZUS-u , który mnie przyjąl do pracy był wówczas Leon Rumowski , postać bardzo swoista i charakterystyczna.Określał się jako komunista, nie stronił od alkoholu, a stosunek do podwładnych pań miał taki, że dzisiaj nazwalibyśmy to molestowaniem seksualnym, a wówczas (podejrzewam) było to normą w stosunkach między przełożonym starszym panem, a dużo młodszymi podwładnymi. Z resztą dużo lepiej od terminu "molestowanie seksualne" sprawę oddaje gombrowiczowski termim "upupianie" bowiem wskazując niezmiennie na swój autorytet jako dyrektora traktował kobiety infantylnie

nazywając "Smerfetkami", zdrabniając i traktując tak jakby się samych głupstw po nich spodziewał niekiedy mówił o którejś że się "szlajają" i udawał zdziwienie, że ta zachowywała sie tak jakby była obrażona Pełen był mądrości w rodzaju "prowizorki są wieczne" i właściwie na niczym się nie znał , dumny był jedynie ze swoich znajomości i wpływów dzięki którym przyznano mu środki na budowę nowej ,okazałej siedziby urzędu. Budowę tą realizował (wymuszał dotrzymywanie zobowiązań na wykonawcach) w ten sposob, że groził tym firmom (głownym wykonawcą.był LZNS) przeprowdzeniem kontroli przez swoich podwładnych.Rzeczywiście był to w tamtych czasach dużo skuteczniejszy środek niż groźby płacenia kar za opóźnienia, czy sprawy sądowe o niedotrzymanie umowy wykonania. Taki sposób działania przyznaję bywał skuteczny, ale charakterystyczne jest to ,że Rumowski (a podejrzewam i jemu podobni) uważał to za sprawę zupełnie naturalną a także to, że kontrola płacenia składek ZUS jest fikcją i jedynie środkiem wymuszającym pewne usługi było rzeczą zupełnie normalną dla niego, podobnie jak to ,że pieniądze i umowy między podmiotami były fikcją i bardziej liczyły się prywtne znajomości i usługi.Piszę o tym aby uzmysłowić lepiej mechanizmy działania przedsięb

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Filibert      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
24 czerwca 2008

bez tytułu

Szanowny Anonimie, który piszesz "SYNUW" zamiast "SYNÓW', dziękuję za słowa zachęty w sprawie ewentualnej publikacjii moich wytworów. Zapewniam Cię, że moja wstrzęmiźliwość wynika z zupełnie innych przyczyn niż brak odwagi. Owszem nawet mam ochotę stanąć w szranki z surowością ocen jakichś potencjalnych czytelników.Idzie o całkiem co innego. W dzisiejszych czasach symptomatyczne jest totalne lekceważenie wszystkiego co się pojawia i nie jest umieszczone w nurcie pewnych tendencjii, mód , stylów lansowanych przez media i mieszczących się w kanonie ogólnie uznanych, konformistycznych zachowań.Tak jak istnieje pojęcie "poprawności politycznej", tak tez istnieje pojęcie
porawności wypowiedzi artystycznej. Mógłbym np. zamieścić na łamch "Łatwiej" fragmenty mojego pamiętnika, który zatytułowałem "Mój dziennik niecodzienny", lub tych kilka wierszy , które popełniłem i których nawet niespecjalnie cenię. Jednak powstrzymuje mnie od tego coś co nazwałbym "nadmiarem formy".We wspólczesnych czasach istnieje taka przewaga podaży nad poytem jeśli chodzi o "produkcję " dzieł artystycznych, w tym literackich, ze mam wrażenie prawdziwe arcydzieła, według dawnych norm, mogą pozostać zupełnie niezauważone i zlekceważone i zaginąć w ogólnym chaosie iformacyjnej papki jaką zjada przeciętny konsument kultury.Jaką tedy ja miałbym motywację aby narzucać się ze swoją osobą, ze swoimi problemami jakimś potencjalnym czytelnikom, gdy wokół tyle jest fabrykowanych dzieł róznorakich, artstycznych, literackikich, wybitnych, nietuzinkowych, pośród morza dzieł tanich , rozrywkowych, drugorzędnych a jednack najbardziej żywotnych i popularnych?

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Filibert      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
10 czerwca 2008

bez tytułu

Niezmiennie dążę i prowokuje rozmwy z żoną i synami jednak nie czuję się spełniony, mimo wszystko odczuwam samotność.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Filibert      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
9 czerwca 2008

a jednak czuję się samotny...

Rzecz w tym,że z żoną umiem rozmawiać tylko o rzeczach konkretnych dotyczacych bytu rodziny.Pragnę natomiast nawiązać kontakt z kimś kto potrafiłby zrozumieć i ogarnąć moje zainteresowania o, których napisałem.Potrafię rozmawiać o nich z niektórymi synami, którzy mają podobne zainteresowania, jednak dręczy mnie pragnienie ekspresjii (uzewnętrznienia) moich przemyśleń.Nie mam pojęcia czy to jest coś warte, ale historia mojego życia i rzeczy , które jakoś stworzyłem mogłyby być może być przydatne także dla innych.
" W pokoiku bony panny Mici byli skryci w szafie dwaj bandyci"
Gombrowicz to nie jedyna moja fascynacja i nawet w tej chwili nie najważniejsza...

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Filibert      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
27 maja 2008

szachy ,brydż,fizyka,matematyka....

Codzienność schizofrenika,egzystencja wypełniona intensywnymi zainteresowaniami,które jednak nie umieją się przerodzić w sposób na zarabianie na życie ze względu na trudności z koncentracją na jednym zajęciu przez dłuższy czas , powiedzmy z miesiąc.Mam żonę,czterech synów..
Żyję z renty..Jestem chory już ze 25 lat.Pisałem dziennik,pisałem wiersze,zacząłem pisać nawet powieść interesuję się nauką i filozofią,jestem raczej niewierzący,właściwie agnostyk..Chętnie porozmawiam z kimś o filozofii ,życiu, matematyce ,fizyce, szachach, brydżu, literaturze,polityce.Właściwie sam nie wiem dlaczego ?

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Filibert      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
 
 
 
 
 
 
Kilka faktów...
Według WHO na schizofrenię choruje obecnie około 24 mln ludzi na całym świecie; przeważają osoby z grupy wiekowej 15-35 lat.
Ponad 50% chorujących na schizofrenię nie jest objęta odpowiednią opieką medyczną i leczeniem.